niedziela, 8 czerwca 2014

ZONKKK

Drugie urodziny już za nami. Matka szybciutko zrobiła podsumowanie, które przedstawia się następująco:

- umiejętne przesuwanie palcem po ekranie telefonu z ekranem dotykowym, odszukanie skrzętnie ukrytego folderu z ikonka yt, włączenie sobie ulubionej bajki z historii oglądania KONTRA lanie bez opamiętania w gacie!
- włączenie odpowiedniego kanału z bajkami w tunerze tv KONTRA zasypianie ze smoczkiem i mamusino - tatusiną ręką :)

więcej grzechów nie pamietam, ale za te powyższe serdecznie żałuję.

Od 3 dni dzieć chodzi bez pieluszki ( poza drzemkami i wybiórczo spacerami, jeśli oddalamy się np do jakiegoś sklepu, gdzie nie bardzo wiem jak miałabym go przewinąć, albo dość daleko od domu, me plecy , stare i sponiewierane nie udźwigną walizki ubrań a z torbą na kółkach nie będę paradować :) ). Szczerze powiem, że wymiękam i liczę na to, że niania ogarnie temat! 3 dni pełnego zajmowania się tematem, 3 dni prania , suszenia, 3 dni przekonywania do nocnika, a nawet świeżo zakupionej nakładki, dziesiątki zamoczonych spodenek, kilkadziesiąt plam na dywanie, w końcu - zasikana kanapa i krzesło - a ON nadal nie czai do czego służy nocnik. Ja wiem.. można parsknąć śmiechem... 3 dni i takie wymagania :D Ale LUDU.... Potomek nie robi sobie nic z zasiuranych majtek !! Owszem, pierwszego dnia tak się biedny zestresował, że nie sikał przez pół dnia, i za Chiny Ludowe nie dał się przekonać, że sikanie bez pieluszki to nie jest nic złego. A gdy drugiego dnia to do niego dotarło to już nie miał kompletnie skrupułów ... leje gdzie popadnie, bez względu na okoliczności :) I to zazwyczaj wtedy, kiedy z konieczności muszę spuścić z niego oko na 2 sekundy. Przychodzi potem łaskawie poinformować mnie, że o tam jest kałuża i biegnie dalej <MUR>
Próbujemy wszelkich metod. Obserwuję gościa, wiem kiedy następuje godzina "zero", wiem, że największy strumień leci około 10 minut po przebudzeniu i 10 minut po posiłku czy piciu, ale nie daję sobie rady z tym, żeby się wysikał tam gdzie "trza". Siada na minutę , dwie na nocniku ( nakładka jednak nie podeszła, sikanie na stojąco do sedesu też odpada), odsiedzi, wstaje - leje prostym sikiem na dywan ! Ba! On nawet nieźle trzyma mocz! Będzie wiercił się na nocniku i zachowywał tak , że gołym okiem nawet laik zauważy, iż dzieć ma parcie na szkło, ale zepnie się, postanowi wstać i odleje tam gdzie akuratnie ma ochotę w danej chwili. Dziś posunęłam się także do zamknięcia naszej dwójki w łazience na klucz ( inaczej podciąga gacie i zwiewa ledwie wyrabiając na zakręcie), puściłam wodę, i patrzę co się będzie działo. Niestety, zamiast ochoty do zalatwienia się ( a było to już wg matki odpowiednia pora) Potomek nabrał chęci na kąpiele...... <MUR>.
Niestety , o tej porze kolej przypadła na matkę, zatem po 10 minutach napełniania ciurkiem wanny Piskle zostało odesłane do Ojca. Prezentu w nocniku brak, o czym poinformowałam głowę rodziny, co by miał na względzie. Nie minęły 3 minuty, słyszę przez drzwi  :
- "Nie wiesz gdzie mam czyste spodnie?"
- ( klasyk) "w szafce?"
- "A gdzie są jakieś ścierki suche?"
OHO!!!!! Got ya!!!! -"A co się stało ?" Przecież wiem :P
-"No jak to co???! Zalał siebie, mnie, kanapę, dywan i chyba nawet sąsiada z dołu......" rozpacz w głosie Ojca wręcz chwytała za serce! :D

Ale tak na poważnie... wyglądałoby , tak na pierwszy rzut oka, że boi się nocnika. Ale nie! Moim zdaniem nie boi się, ubłagany siada i jak już tego dokona to nawet przy włączonej bajce ( tylko wtedy) potrafi posiedzieć około 5 minut . Nigdy nie lubił siadać na tym sprzęcie. Próbowaliśmy go przyzwyczajać już  jako 8 miesięcznego berbecia i też było podobnie. Nie chciał. Nie zmuszałam, schowałam nocnik do szafy. Ale nie mogę go chować do 18tki na Boga :) Przyszedł czas na zmiany! Rewolucja rozpoczęta!

Macie jakieś pomysły co tu zrobić ? Jak przekonać Potomka do sikania do nocnika czy muszli ? Chętnie przyjmę wszelkie sensowne rady, bo serio nie wiem jak to długo ma trwać ! Wydawało mi się, że dwulatek dość szybko załapie już o co chodzi....
A tu  : 



piątek, 30 maja 2014

Klub dwulatka

Matka postanowiła sprawdzić czy jej dzieć da radę ! :)
Początkowo nie był kompletnie zainteresowany tym, co działo się na zajęciach, patrzył z miną nietęgą i pewnie myślał :"Zwariowałaś Matka!!! Popatrz na nich, to jakieś małe świrki!"
Zniesmaczony postanowił odwrócić się tyłem do dzieci i nie bawić się w "witanie grupy". Sam też nie chciał być przywitany, nie i już !!
Po kilkunastu minutach odzyskał humor, bowiem dzieci zaczęły się bawić w "starego niedźwiedzia" . Nie wiem, czy dlatego, że ja się z nim czasami w to bawię ( zgadnijcie kto jest starym niedźwiedziem) , czy dlatego, że w pewnej fazie tej zabawy można bezkarnie pobiegać... W każdym razie .. zaskoczył :)
Potem nie trzeba go było namawiać na integrację z grupą, ponieważ był czas na wybór i wykonanie własnego zadania na ćwiczeniach. Czyli zabawa poprzez edukację ;-) Coś co Matka lubi najbardziej.

Zaczerpnęłam tyle inspiracji , że już nie mogę się doczekać, aby Wam pokazać jak łatwo i co najważniejsze TANIO można zająć Potomka na co najmniej 30 minut. :) O tym w przyszłym tygodniu.

Kolejnym etapem było żarcie i tu też nie trzeba było zmuszać Potomka do współpracy.
Matka była dumna. Dzieci przyniosły jako posiłek owoce i chrupki, a on miał jedynie placki jaglane :) Swoją drogą bardzo dobre. Jednak duma rozparła mnie po brzegi widząc, że nie sięga dzieciom do talerzy po ulubione owoce i inne łakocie. Zapach kurkumy z placków Potomkowych rozszedł się po sali, aż dzieciaki pytały "co tak pięknie pachnie?" :) Matka urosła w dumę po raz drugi. Niestety Potomek nie zechciał poczęstować swoich kolegów śniadaniem .. no coż.. nikt nie jest idealny, jeszcze to dopracujemy . W sumie to nawet siię nie dziwię, bo były pyszne.

Potem było już z górki. Myślę, że mogłabym spokojnie wyjść z sali ( byłam jedyną mamą na sali, reszta czekała w poczekalni).
Zajęcia trwały 1,5 godziny. Można przychodzić dwa razy w tygodniu, ale my będziemy chodzić raz, bo jedne zajęcia pokrywają nam się z logopedą.

Jutro przed nami wielkie wyzwanie. Impreza weselna. Normalnie Matka by skakała pod niebiosa, impreza, alkohol ;-) , rodzina, te sprawy. No ale.. gościem będzie też Potomiasty. Strach się bać, co gwiźnie ze stołu gdy go tylko spuścimy z oka. W każdym razie zabieramy własne żarcie, może damy radę. Trzymajcie kciukasy!!!


niedziela, 25 maja 2014

Matka walczy !

Matka Polka się nie poddaje! Nigdy! ( no prawie :) ). Jest wredną i upartą ( chociaż niektórzy nazywają to ambicją :P ) babą.
Dlatego też taaaa dammmm...... po 2 tygodniach analiz i  poszukiwań, udało się zrobić chleb dla Potomka, bez mąki, drożdży, jajek, proszków do pieczenia i mleka i orzechów  :)
Nie wygląda najgorzej, w smaku też jest ok.

Przed upieczeniem


Po upieczeniu 


We czwartek otrzymaliśmy wreszcie długo wyczekiwane wyniki badań na nietolerancje pokarmowe. Potomek jedzie po bandzie i jak klasyczny facet jest zerojedynkowy, czyli albo wszystko albo nic :) Zatem wyniki wyglądają w ten sposób, że albo czegoś nie toleruje na maksa, albo toleruje w pełni. Nie ma półśrodków. Wg wyników musimy wykluczyć mleko krowie ( co mnie nie zdziwiło), migdały + orzechy nerkowca + orzechy ziemne + orzechy laskowe ( podejrzewałam), cytrusy ( w sumie też mnie nie zdziwiło), i..... bohater tygodnia - białko jajka . Tu przyznam, że oniemiałam :) 



Zatem z naszej cudownej diety NIC musimy też wykluczyć ulubione mleka migdałowe, mąkę migdałową, no i jajka, które dodawałam w dość sporych ilościach do różnych potraw. 

Ale co to dla Matki Wariatki ?! Phi.. też mi wyzwanie :D 

Co więc jada Potomek? Żyje powietrzem? Nieeee... Potomek jada na bogato , sami zobaczcie. Poniżej jego menu z zeszłego tygodnia. Nie jest idealne, a do czwartku z jajkiem i migdałami w roli głównej, ale .... dopiero się uczymy, no i wiedza była niepełna przez pierwszą połowę tygodnia. 

Poniedziałek : 
1. owsianka z płatków owsianych bezglutenowych na mleku kokosowym z cynamonem. (Zeżarł swoją i MOJĄ porcję, a Matka nie dzieli się jedzeniem, więc złość była okrutna :) ). 
2. kopytka bezglutenowe ze szpinakiem ( z kaszy jaglanej) 
3. zupa jarzynowa z indykiem i ryżem 
4. deser z kaszy jaglanej, ( coś jak budyń) na mleku kokosowym 
5. parówki bezglutenowe i bezmleczne ( 100% mięsa z kurczaka, całkiem smaczne, firmy KONSPOL)

Wtorek: 
1. Owsianka z płatków gryczanych, jaglanych, z cynamonem, na mleku ryżowym domowym. 
2. Chleb z blachy ( całkiem niezły btw) z pastą z makreli - w sobotę dowiedziałam się, że przy kandydozie makrela jest zakazana :) 
3. klopsiki z indyka w sosie koperkowym - wszystko bezglutenowo bezmleczne. 
4. kopytka z kaszy jaglanej i szpinaku 
5. zupa krem warzywny z boczkiem i fasolą czerwoną 

Środa: 
1. jajecznica z 2 jaj, z kurkumą, pietruszką, na oleju kokosowym ( no cóż.. to było ostatnie jajko Potomka) 
2. zupa krem warzywna z wtorku 
3. wątróbka drobiowa z cebulą + surówka z ogórka 
4. bg i bm placki naleśnikowe ( z jajcem - czyli wygląda na to, że TO jajko było ostatnie ) :) 
5. gołąbki ryżowo mięsne we włoskiej kapuście z sosem pomidorowym 

Czwartek: 
1. Owsianka z platków owsianych bg na mleku jaglanym 
2. zupa krem z warzyw 
3. gołąbki 
4. napój z zielonej pietruszki + domowe żelki z mleka kokosowego 
5. i znowu gołąbki, bo zrobiłam za dużo. 

Piątek : 
1. owsianka 
2. zupa krem z brokułów z kaszą jaglaną 
3. kotelciki "frykadelki" z ogórkiem 
4. woda - serwowałam coś lepszego, ale nie reflektował :) 
5. kiełbasa wiejska, od baby ( znaczy , że bez glutenu) 

Sobota: 
1. zgadniecie??? :D owsianka 
2. zupa krem z brokułów z chrupkami kukurydzianymi zamiast grzanek 
3. naleśniki gryczane z humusem z fasoli ( wzgardził aż miło, zjadłam sama, a on dostał zupę krem z pomidorów bez śmietany i kurczaka grillowanego - jako że byliśmy "na mieście") 
4. zapchał się i nic nie chciał
5. kiełbasa bg i bm 

Niedziela: 
1. owsianka z płatków ryżowych i otrębów gryczanych na mleku kokosowym 
2. chleb "a'la życia" z humusem z białej fasoli 
przygotowane mam: 
3. krupnik z kaszą jaglaną + indyk z grilla 
4. zrobię kuleczki coś a';a trufle 
5. szukam inspiracji :) za to wiem, że jak pójdzie spać, to my zjemy pizzę , a co ! 

Teraz , gdy już problem z chlebem mamy rozwiązany ( pod warunkiem, że wolno nam pestki z dyni przy kandydozie, a tego nie jestem pewna jeszcze), moim kolejnym celem są lody i jakieś ciasto, które będzie mogło robić za tort urodzinowy. Planuję zamówić tort dla gości, w zasadzie dziadek Potomka zaoferował się to załatwić, więc w tym roku nie będzie postu z tematem przewodnim "Dlaczego k... ja zawsze muszę się wpakować w takie bagno!" :) Chociaż w sumie upiec ciasto bez mleka,glutenu, drożdży, cukru, jajek i orzechów i bez owoców, to chyba też nie taka prosta sprawa ... także .. oczekujcie !! 

Miłej niedzieli ! :) 

P.S. Swoje inspiracje czerpię z wielu blogów wegańskich, wegetariańskich, mam alergików, sama jeszcze nie wymyśliłam żadnej potrawy, wszystko robię z karteluszek :) 


niedziela, 18 maja 2014

Spowiedź Matki

Wciąż zastanawiam się, skąd nas dopadło to dziadostwo. Przyczyn widzę bardzo wiele. Staram się nie doszukiwać problemów zdrowotnych u Potomka, bo to tylko pogarsza mój stan, a wówczas ochota na samozakopanie się w piachu znacząco wzrasta. Ale nie da się uchronić przed takim myśleniem. Zawsze gdzieś tam, z tyłu głowy pojawia się impuls z wykrzyknikiem "A co jeśli to ma związek z jego upośledzonym metabolizmem i jakąś jego wadą?!" Ponoć przerost Candida nie bierze się z niczego. Ponoć zawsze ma związek z problemami związanymi z metabolizmem..... Jak jest u nas ? Jeszcze nie wiadomo.

Najbardziej lajtowa wersja to taka, że candida jest bonusem poszpitalnym. Potomkowi oprócz leków otumaniających, znieczulających i usypiających podawano także Augmentin. Mocny antybiotyk, którego podobno nie powinno się dawać dzieciom mającym "problemy" ze względu na amoksycylinę w jego składzie. "Problemy" można rozumieć wielorako, ale nie będę tego tematu rozwijać. Potomka z racji wzmożonego napięcia mięśniowego, alergii i przedłużającej się żółtaczki, można zakwalifikować do tej grupy. Nikt na to nie zwrócił uwagi, ja tego wcześniej nie wiedziałam. Potomek w ciągu ostatnich 6 miesięcy został dwukrotnie potraktowany tym lekiem. Pierwszy raz w szpitalu, po oparzeniu. Drugi raz w lutym, gdy nie udało się nebulizacją wyleczyć zapalenia krtani. Za pierwszym razem ( w szpitalu) dostawał antybiotyk dożylnie bez probiotyku osłonowego ( nie wpadłam na to, a szpital się nie popisał). Jedni lekarze twierdzą, że powinien , nawet bez względu na to, że antybiotyk podany był dożylnie a nie doustnie. Inni zaś uważają ,  że nie było takiej potrzeby. Ja się na tym nie znam, więc tylko komentuję :) Aczkolwiek gdybym mogła cofnąć czas, to bym mu podała probiotyk w dość sporej dawce, nie zaszkodziłby, a może pomógł. Szpitalne żarcie jeszcze tylko mogło podkręcić całą imprezę grzybom. Nie wolno mi było wnosić swojego jedzenia, a to co oferowano pacjentom, było przesiąknięte cukrem do granic możliwości. Potem zawiniłam ja. Nie zorientowałam się w porę ( nie zauważyłam, nie przejmowalam się.... itd), że Potomek ma ogromny ciąg do wszystkiego co słodkie: biszkopcików, bananów, słodkich owoców, soków, serków homogenizowanych, białego pieczywa, etc. Podawałam więc to wszystko licząc, że ukoję jego ból pooparzeniowy tym , co tak bardzo lubi i kocha - słodkim żarciem. Parę miesięcy takiej diety, plus kolejna antybiotykoterapia ( wspomagana probiotykiem, ale widocznie w zbyt małej ilości), lekceważone alergie ( miał niby wyrosnąć), zbagatelizowanie niektórych objawów spowodowało, że mamy to co mamy. Założenie o tyle prawdopodobne, że o ile mnie pamięć nie myli, problemy z trawieniem zaczęły się właśnie w szpitalu.

Moja teoria, podparta sugestiami dietetyczki, jest taka, że na przerost Candidy u Potomka mają wpływ nieleczone alergie ( organizm jest tak nimi obciążony, metabolizm kuleje, jelita są podniszczone i to wszystko powoduje , że tak mały człowiek i jego wnętrzności nie radzą sobie ze złymi grzybami czy bakteriami ) oraz długotrwałe prowadzenie nieprawidłowej diety w połączeniu z silną antybiotykoterapią. Bakteria chyba była, i została przez przypadek wyleczona antybiotykiem w czasie kuracji zapalenia krtani. Na chwilę bowiem poprawiły się kupy. Ale potem znów wszystko wróciło do dawnego stanu i trwa do tej pory. Obecnie w badaniach bakterie nie wychodzą.

Czasu już nie cofnę, ale gdybym mogła zacząć wszystko jeszcze raz......... zupełnie inaczej bym to poprowadziła. Czas się przyznać, że wcześniej nie zwracałam uwagi na prawidłowe żywienie mojego dziecka. Dopóki dostawał mleko wszystko było w miarę prawidłowo. Ale mam do siebie żal, że tak wcześnie wprowadziłam gluten, mam do siebie żal, że tak wcześnie pozwoliłam Potomkowi poznać słodki smak ( biszkopciki, kaszki sklepowe, a nawet nadmiar owoców). Mam żal do siebie, że podawałam mu tyle soków, że codziennie dostawał końskie dawki glutenowych produktów  ( musli na śniadanie, bułka na drugie śniadanie, makaronik do zupki na obiad, na kolację kaszka... i tak codziennie).   Gdybym mogła zacząć od początku powalczyłabym o karmienie piersią i tylko piersią. A gdybym mogła cofnąć się jeszcze o dwa lata wstecz - sama bym się zbadała i wyleczyła to, co i mnie zżera od środka i to zdecydowanie przed tym, jak zaszłam w ciążę. Sprawdziłabym u siebie Candidę ( teraz mam niewielki wzrost, nadający się do przeleczenia dietą i tylko dietą). Podobno gdy matka ma przerost tego grzyba, zachodzi w ciąże, utrzymuje ją ( candida powoduje poronienia, ja miałam ciążę zagrożoną , którą szczęśliwie udało się utrzymać- jakim sposobem, to już inna inszość, i to też bym inaczej załatwiła :) ), to dziecko z automatu zaraża się tym grzybem i przerost występuję w zasadzie chwilę po urodzeniu, albo zaraz po wprowadzeniu nowych pokarmów, takich jak owoce i fruktoza, ktorą Candida kocha. Bardzo możliwe, że to moja wina, tej jednej rzeczy nie sprawdziłam przed zajściem w ciążę. Nie zbadałam sobie bakterii i grzybów w przewodzie pokarmowym, nie mówiąc już o poważnym potraktowaniu własnych alergii. Nigdy tego nie sprawdzę już, może nie ma co gdybać.... ale jeśli miałabym tę wiedzę , którą mam teraz, nie zbagatelizowałabym żadnego z nieprawidłowych objawów wysyłanych przez moje ciało.

Moja ciąża też nie należała do najlżejszych. Bardzo prawdopodobne , że przez alergię i resztę dziadostwa, które we mnie siedziało. Od 5tc wspomagana była przez wiadro magnezu i duphastonu. Magnez - ok. Ale duphaston, w połączeniu z kolejnym wiadrem luteiny od połowy ciąży, aż do samego jej końca, to już nie jest taka fajna sprawa.  Sprawa jest o tyle trudna, że każda kobieta w takiej sytuacji robi to samo - szuka ratunku dla własnego dziecka, zrobi wszystko by nie stracić ciąży. Nie wiem czy teraz odważyłabym się nie przyjmować leków, ale na pewno przemyślałabym sprawę 500 razy zanim zaczęłabym brać takie końskie dawki leków. Każda,  która brała duphaston czytała pewnie bardzo długą listę skutków ubocznych. Nie wydaje mi się, żeby przyjmowanie tego leku było kompletnie bez znaczenia dla płodu, a potem dziecka. Myślę, że teraz przeczytałabym tę listę z wielką uwagą, a może gdyby mój organizm był zdrowy w ogóle nie musiałabym się wspierać podczas ciąży tym dziadostwem. Nie miałabym pewnie też cukrzycy ciążowej, która również nie była obojętna dla Małego Człowieka dorastającego pod moim sercem.
Tą są teraz tylko moje przemyślenia i niczemu nie służące dywagacje :) Ale wolno mi :) więc piszę, co myślę i funduję sobie katharsis. Może komuś dam do myślenia tym co piszę, i sprawię, że kobiety zaczną inaczej patrzeć na siebie, swoje ciało, organizm, ale też i na dziecko, za które są odpowiedzialne jako matki.

Przy okazji fascynacji i fanatyzmu związanego ze zdrowym żywieniem i leczeniem poprzez żywność naturalnymi sposobami, zwariowałam też na punkcie ... szczepień :) Tak. Chociaż... może po prostu coś zrozumiałam.

I znowuż... gdybym mogła cofnąć czas .... nie zaszczepiłam dziecka w pierwszej dobie. Jaką możemy mieć pewność, że w 12 godzinie życia nasze dziecko jest w pełni zdrowe i nie dolega mu chociażby jakaś alergia, czy coś, czego nie widać gołym okiem, a może mieć wpływ na dalszy rozwój sytuacji? Potomek na przykład miał przedłużającą się żółtaczkę, wzmożone napięcie mięśniowe. Tego nie widać w pierwszej dobie życia. Noworodki przez około 4 pierwsze tygodnie  zmagają się ze wzmożonym napięciem. Potem jednym mija a drugim nie. Potomkowi nie minęło. Mówiono mi, że to przez długotrwałą żółtaczkę ( do 3miesiąca życia). No , ale właśnie... czy w związku z żółtaczką powinien być zaszczepiony czy nie? Moim zdaniem nie. Organizm noworodka jest obciążony przez żółtaczkę, a do tego wszystkiego dostaje mocną dawkę szczepionki, pomyślcie jak taki mały organizm ma sobie z tym poradzić ???

Szczęśliwie się złożyło, dzięki naszej lekarce, że kolejne szczepienie było dopiero po 12 tygodniu życia. To było jedno z najlepszych posunięć jakie mogliśmy wykonać wówczas. Popełniłam jeden błąd jednak. Nalegałam na szczepionki skojarzone. Dziś bym tego już nie podała. Dlaczego? Podobno organizm dziecka ze wzmożonym napięciem zdecydowanie lepiej znosi standardowe szczepionki. Ja bałam się ich jak ognia. Zupełnie niepotrzebnie. Trzeba było wybrać taką o dobrym składzie i jechać z koksem, przy okazji rozkładając je w czasie. Już 1,5 roku temu w poradni , do której uczęszczaliśmy w związku z terapią napięciową zwracano mi uwagę na rodzaj szczepionek i indywidualny kalendarz szczepień dla Potomka. Głupia byłam, bo nie posłuchałam. Bardzo tego żałuję. Do tego zaszczepiłam gościa na Pneumokoki ( 1 dawka) i na rota. A dzieci ze wzmożonym napięciem powinny mieć jedynie podstawowe szczepionki , przynajmniej w pierwszym roku życia. Wszystkie bowiem tego typu gadżety to ogromne obciążenie dla takiego organizmu. To również mówiono mi w poradni - i również nie posłuchałam. Nie muszę pisać , jak bardzo żałuję :(
Gdzieś ktoś nad nami czuwał, a nasza lekarka była bardzo wyrozumiała w tej kwestii i nie napierała, dlatego też Potomek od samego początku miał przesunięty w czasie kalendarz szczepień. Wszystkie szczepienia które dostał ( ostatnie w 13 miesiącu życia) były podane później niż standardowo. Od czerwca poprzedniego roku nie szczepię go wcale. Trochę przez przypadek, trochę z własnej woli. Czekało nas na jesieni szczepienie na odrę, świnkę, różyczkę. Najpierw Potomek przychorował, potem wylądował w szpitalu, a potem , gdy już miałam okazję go zaszczepić, nie było w aptekach szczepionki zamiennika ( chciałam mu podać Priorix zamiast MMR, którego się bałam jak ognia). Szczepionka pojawiła się w styczniu tego roku, ale wstrzymałam się jeszcze ze szczepieniem, mimo wysyłanych "listów gończych" przez przychodnię. Coś mnie tknęło. W lutym Potomek zachorował , więc znów nie było okazji, a w marcu neurologopeda odradziła nam na razie szczepienia ze względu na opóźniony rozwój mowy i być może problemy z zaburzeniami integracji sensorycznej ( które mogą mieć związek z niedoleczonym wzmożonym napięciem mięśniowym).
Nie wiem jak to wytłumaczyć, że posłuchałam swojej intuicji, która mówiła mi "Nie spiesz się matko ze szczepieniami, macie czas.". Zazwyczaj tej intuicji nie słucham :) Nawet nie chcę myśleć co by mogło się stać, gdyby został zaszczepiony przy tak ogromnym przeroście candidy, nawrotem wzmożonego napięcia, przeciążoną wątrobą i alergiami, które go dopadły. Nie wydaje mi się, żeby szczepionki nie pozostawiły żadnego śladu. Organizm , by zwalczyć takie bomby żywych wirusów musi być silny i zdrowy, a Potomkowy  teraz taki nie jest. Udało nam się więc odroczyć szczepienia. Gdy sytuacja się ustabilizuje i będę miała pewność, że organizm mojego dziecka wrócił do normalnego stanu, a pokażą mi to wyniki badań, a nie fusy z kawy, to rozważę ponowne rozpoczęcie kalendarza szczepień, ale chciałabym zamienić szczepionki skojarzone, na te "zwykłe". Myślę, że to odległa sprawa, bo leczenie na pewno potrwa długo, zatem jeszcze nie jestem zorientowana w temacie, ale mam wrażenie, że to nie będzie trudne do przeprowadzenia.
Nie jestem przeciwko szczepieniom, uważam, że te podstawowe są potrzebne, dzięki temu nie mamy do czynienia z epidemiami, można powiedzieć, że nasze dzieci nie są narażone na cieżkie choroby ( chociaż wiem, że tu zdania są podzielone :) ale ja aż tak bardzo w to nie wnikam). Ale moim zdaniem, lekarze powinni trochę mocniej zaangażować się w ten temat, nie szczepić na oślep, jeśli są jakieś problemy dobrać indywidualny kalendarz szczepień , bo to kalendarz powinien być dobrany do małego pacjenta, a nie pacjent do kalendarza. Przecież dzieci są różne, nie są takie same, mają różne problemy zdrowotne, rozwojowe, etc... zatem widełki wiekowe, które sa podane w standardowym kalendarzu szczepień są moim zdaniem o dupę roztłuc. I jakoś specjalnie się nimi nie przejmuję :)

Takie oto przemyślenia "najszły" mnie dnia dzisiejszego.

Miłej niedzieli Kochani !!
Wracam do zbuntowanego Potomiastego, którego dzisiaj coś ciężko ogarnąć.... ehhh....







czwartek, 15 maja 2014

Candida nam nie straszna!!!

Mimo tego, że na początku chciałam zapaść się pod ziemię, wygląda na to, że jednak mam akurat okres wzlotu :) Zrezygnowałam z zakopywania się w piachu na własne życzenie. No i jestem ! :)

Co u nas?
Kandydoza nadal w pełni. Ale walczymy! Potomek jest dzielny jak nikt inny. Przez 7 dni popijał żwawo 3xdziennie po 5 ml nystatyny. Niestety gołym okiem widzę, że nie podziałała, więc postanowiłam skupić się na diecie i naturalnych metodach. Za radą jednej z mam , która również zmagała się z tym syfem, podaję Potomkowi 1 kroplę olejku z oregano. Oregano ma działanie przeciwzapalne, bakteriobójcze i przeciwgrzybicze. Wykluczyliśmy z diety mleko, cukier, drożdże, a teraz nawet gluten i owoce. Podstawą menu Potomka są warzywa i bezglutenowe kasze oraz mięcho i wiecie co.... nawet zjada :) Stałam się do tego fanatyczką zdrowego żywienia i nie wyobrażam sobie teraz jeść inaczej. Ojciec pozostaje dalej przy dawnym sposobie odżywiania, ale zdarza się, że zje coś co przygotuję dla siebie i Potomka i powie : "oo dobre!". Może z czasem się przekona .....

Oprócz tego Potomek dostaje codziennie tran ;-) i łyżeczkę/dwie oleju lnianego na wygojenie jelit, które zostały spustoszone przez grzyba . Ja też stosuję, a co... zdrowe ... nie zaszkodzi :)
Oczywiście suplementujemy też probiotykami, ponieważ trzeba wspomóc organizm w odbudowie nowej flory w jelitach, gdy ta "zła" będzie wybijana.

Na stałe zagościły u nas migdały i kokos. Mam nadzieję, że nie wyjdzie nam uczulenie na orzechy bo wtedy trzeba będzie zapomnieć o pysznych mlekach kokosowych i migdałowych, albo najpyszniejszym - migdałowo kokosowym. Wyników nadal nie mamy. Czekamy ! Myślę, że niebawem dotrą :)

Polecam Wam olej kokosowy! Również jest przeciwgrzybiczy i mega pro zdrowotny. A do tego smaczny ! Zakochałam się w nim i jeszcze chwila a zacznę się nim smarować od góry do dołu :) Póki co, zastosowanie tylko spożywcze, ale słyszałam o cudownych jego właściwościach i chyba je wykorzystam !

Najgorsze dla nas było chyba to, że trzeba również na jakiś czas wykluczyć skrobię, czyli ziemniaki, kukurydzę i pochodne ( nie wspomnę już nawet o owocach, bo z tą tragedią jeszcze się nie pogodziłam :) ). Zatem w połączeniu z koniecznością zaprzestania używania drożdży nagle okazało się, że nie ma dla nas chleba :( Tydzień czasu godziłam się z sytuacją :) Ale znalazłam rozwiązanie ! Pieczemy taki chleb : http://smakoterapia.blogspot.com/2013/01/fantastyczny-chlebek-jaglany.html tyle że bez dodatku skrobi. Nie jest on może pulchnym i pachnącym chlebem , do którego byliśmy przyzwyczajeni, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma... taki też nie jest zły, ważne że jest :)

Codziennie czytam o tym jak układać dietę dla dziecka, które jest pozbawione tylu składników, witamin i minerałów. Ale okazuje się, że to wcale nie jest problem. Wszystko to, co mu zabrałam z odstawieniem mleka, mąk, skrobi, owoców i drożdży dostaje w innych produktach, co ciekawe, dostaje produkty, które są bogatszym źródłem "zabranych" minerałów i witamin niż te, które odstawiliśmy. Człowiek uczy się całe życie, przysięgam :)

Jesteśmy niby pod opieką dietetyczki, ale do tej pory nie udało się ustalić menu, służy nam jedynie poradą. Jadłospis powstanie dopiero po wynikach testów na nietolerancję.

Martwią mnie wyniki prób wątrobowych, które od stycznia się nie zmieniają. Nie ma tragedii, ale widocznie candida i alergie powodują, że ta wątroba nie wyrabia, kolokwialnie pisząc. Lekarze nie uznają tego za problem, natomiast ja .. no cóż.. lekarzem nie jestem, ale jako matka najnormalniej w świecie się martwię. Tym bardziej, że ta jego wątroba od początku była trochę tak jakby nadwyrężona. Po pierwsze przez przedłużającą się żółtaczkę noworodkową ( do 3 miesiąca życia), a po drugie przez wzmożone napięcie mięśniowe, które ponoć też ma na nią wpływ. Już dawno temu lekarka "od napięcia" zwracała mi uwagę, że Potomiasty jest zbyt pomarańczowy i należaloby wykluczyć marchewkę i dynię. Nie przypilnowałam tego wtedy ( jak i wielu innych spraw) , no to mam :/
Po 6 tygodniowej, ścisłej diecie zrobię Potomkowi ponownie badanie i zobaczymy czy coś się poprawiło czy nie. Na razie ma nieznacznie przekroczone AST i obniżone dość mocno GGTP. Reszta w normie.

No i tak sobie żyjemy ! A co u Was? :)

niedziela, 4 maja 2014

Są takie dni.....

Tygodnie mijają, a matka żyje tylko tym bezglutem i bezglutem i jeszcze raz bezglutem,a po godzinach dietą bezmleczną.
Do tego wszystkiego doszła nam dość obfita kandydoza, trzeba wyłączyć drożdże ( przynajmniej na początku) i w dużej mierze jednak zboża, zatem Potomek niedługo będzie pił chyba tylko wodę, a o chlebie na razie może spokojnie zacząć zapominać, tak więc jednak marzenie o domowej piekarni powoli odchodzi w siną dal.

Mam ochotę strzelić sobie w łeb i piszę to bez kokieterii.

Żeby jednak nie myśleć o potraktowaniu się tępą żyletką postanowiłam skupić swoje myśli na tworzeniu jogurtów roślinnych :) I już wiem, że na grzybku tybetańskim i mleku sojowym wychodzi średni ( mnie wyszedł o konsystencji rzadkiej śmietany, co mnie nie zadowala :) ), na grzybku i na mleku kokosowym to już jest w ogóle dramat, a dziś połączyłam kolejne składniki jogurtu roślinnego "CUD", czyli mąkę owsianą bezglutenową z wodą. Ponoć ma wyjść. We will see :) Szczerze wątpię, ale nie poddaję się. Mam w zanadrzu jeszcze jeden przepis, w razie co, na którym będę skupiać myśli. Gorzej, jeśli i one ( jogurty) mnie zawiodą, wówczas rzucę się jak Wanda w dół, tyle że bez Niemca w tle. Ale podejrzewam, że już mi będzie wtedy wszystko jedno czy Niemiec stoi w tle, czy też nie stoi i czy  w ogóle gdzieś się pałęta.

Pocieszające jest to, że Potomek ruszył z mową. Może nie wygłasza elaboratów i nie jedzie jeszcze Inwokacją, ale jak na kogoś, kto nie potrafił zawołać mamy czy taty zrobił gigantyczny krok. Potrafi nas już świadomie wołać, a szczególnie upodobał sobie ojca... to chyba jakaś po prostu kosmiczna więź między mężczyznami, czy tam solidarność plemników. Coraz więcej słów używa świadomie. Naśladuje coraz więcej zwierząt. No i powtarza niektóre wyrazy. Na razie po swojemu, dość zniekształcone, ale ważne, że próbuje.
Wróciliśmy do oglądania bajek, co chyba niezmiernie go ucieszyło. One mimo wszystko też są rozwijające. Np ostatnio ma fazę na Strażaka Sam'a , ale dzięki temu potrafi rozpoznać dźwięk syreny i zaczyna naśladować jej odgłosy. Dziwne, bo mieszkamy niedaleko jednostki straży pożarnej i jakoś przez 23 miesiące ( no właśnie... dzisiaj skonczył 23 miesiące :) ) nie jarzył o co chodzi z syreną, mimo iż słyszymy ją co najmniej 10 razy dziennie. Dlatego uważam, że bajka jest rozwijająca :)

Bilans dwulatka się zbliża wielkiiiiiiimi kroooookami , a ze szczepieniami jesteśmy w lesie. I dalej będziemy, bo nie zamierzam na razie szczepić Potomka. Stałam się fanatyczką :) Wiem, zdaję sobie z tego sprawę, ale w obliczu pewnych zdarzeń niektóre argumenty dość mocno do mnie przemawiają. I po prostu, najnormalniej w świecie się boję. Ścigają nas za MMR i kolejną dawkę Pentaximu. Zaraz nas zaczną ścigać za kolejne .... trudno. Wydaje mi się, że okres przerośniętej Candidy i alergii to nie jest odpowiedni moment na szczepienie, które może obciążyć dodatkowo i tak już mocno nadszarpnięty tymi świństwami organizm. Potomek jest spadkobiercą wzmożonego napięcia mięśniowego, co na dodatek potęguje jego doznania i dlatego zadecydowałam o zmodyfikowaniu kalendarza szczepień. Będziemy szczepić, ale nie teraz. Pozostaje mi tylko jeszcze rozmowa z naszym lekarzem w tej kwestii.

Wielkimi krokami zbliżają się też potomkowe urodziny. Drugie. Od tygodnia zaczęłam interesować się wypiekami, chociaż z pewnością o >takim<, jaki był w zeszłym roku mogę zapomnieć , z racji składników. Pomyślałam... trudno... ważne, że cokolwiek będzie, z czego mógłby Potomiasty zdmuchnąć swe dwie świeczki. I tu znów okazało się, że jakimś dziwnym trafem dobra dusza przychodzi z pomocą. Za sprawą mojego jedynego i niepowtarzalnego teścia udało się nawiązać kontakt z dziewczyną, która piecze torty dla alergików. Torty z serii tych "wypasionych". Zatem będzie bez drożdży , bez glutenu, mleka i cukru. I nie będzie to tort z kartonu :) - mam nadzieję ;-) Jest jeszcze jeden plus....nie będzie >takich< akcji... ;-)








wtorek, 15 kwietnia 2014

Dziewica bezglutenowa

Tak mogłam się określać całkiem do niedawna.
Otóż moi mili. Dzisiaj powstał mój pierwszy , bezglutenowy chleb !! Jestem z niego taka dumna, bo jest po prostu przepyszny. Strasznie się cieszę! Dzięki temu ograniczanie glutenu Potomiastemu już nie będzie tak skomplikowane. Teraz mogę mu dawać chlebek codziennie , tyle na ile ma tylko ochotę :)
Głównemu zjadaczowi oczywiście tak posmakował, że zjadł 3 grube pajdy na kolację! Dla nas szok, bo wcześniej chleba nie tykał, gdy podano do stołu. Co najwyżej chwytał w locie kromkę czy bułkę i spożywał bez dodatków. Dziś zjadł jak człowiek - z dodatkami !
Chleb jest PYSZNY ( chyba się powtarzam ! :) ), wysoki, miękki, z chrupiącą skórką, idealnie wilgotny, o dobrej konsystencji i co najważniejsze, prosty w robocie! Dla mnie, laika i do niedawna narkoglutenowca, kompletnie nie do odróżnienia w smaku od domowego chleba z mąki z glutenem. To jeden z lepszych , jakie zrobiłam samodzielnie. Autorką przepisu jest OlgaSmile, która niesamowicie inspiruje mnie na co dzień swoim blogiem.
Muszę tylko popracować jeszcze nad kolorem jego wierzchniej skórki, gdyż wyszła biała ;-) ale wszystko w swoim czasie!


wtorek, 8 kwietnia 2014

OMC Stylista Fryzur

Ojciec Potomka - jak wspomniałam wcześniej  - inżynier. Ale z duszą artysty :P I przede wszystkim człowiek stąpający po tej ziemi z bardzo mocnym przekonaniem, iż pozżerał wszelkie rozumy świata. :)
To tytułem wstępu.
Rozwinięcie :
Gdy po raz kolejny na placu zabaw pomylono naszego Potomka z dziewczynką zapadła decyzja o pierwszych postrzyżynach.
Myśleliśmy o tym już od bardzo dawna, ale jakoś nam nie było po drodze ( zupełnie jak ze sprawą nocnika i odpieluchowania :) ). Nigdy nie było odpowiedniego czasu, a poza tym, ludzie z nas zabobonni ( w sumie to matka jest wodzirejem w tej kwestii) , więc skoro Potomek nie mówi, to lepiej zostawić jego włosy w spokoju :) Ale przyszła kryska na matyska, czy jakoś tak ...

Jako, że Matka zdaniem Ojca nic nie potrafi dobrze zrobić ;-) a może inaczej... nie potrafi tak dobrze jak Ojciec ( o.. to jest dobry opis sytuacji), OP postanowił sam dokonać zbrodni pozbycia się włosków Pisklęcia . Taki oprawca z niego.

Miał tylko podciąć.. skrócić o centymetr... Znacie to uczucie, gdy wchodzicie do fryzjera i mówicie "Proszę podciąć tylko końcowki!" , a wychodzicie z łysą głową ? No to Potomek chyba dziś się tak poczuł.

Od początku zatem.

Stanowisko fryzjerskie zostało przygotowane. Stołek pod lampą dla klienta, fotel dla fryzjera, nożyczki, woda, grzebień.. Wszystko jest na miejscu. Potomek wystylizowany, obłożony papierowymi ręcznikami i z naciągniętym śliniakiem pelerynką jak na prawdziwy salon fryzjerski przystało. Bajki przygotowane. Czas rozpocząć zabieg.
Ojciec skrupulatnie rozpoczął cięcie. Matka zabawia dziecko jednocześnie próbując opanować ruchy skrętne głową, starając się utrzymać ją pionowo wedle życzenia OP. Pierwsze przymiarki naszego nowego stylisty. Matka próbuje wtrącić dwa słówka, że chciałaby, żeby było tak i tak... Stylista zarządza cisze, jako że musi się skupić na dziele. No dobra! Niechże mu będzie. Tysiąc myśli na raz w głowie matki się przewija, czy zrozumiał co ustalaliśmy? czy wie jak to zrobić ? czy na pewno oglądnął odpowiedni filmik na yt ??

Nagle BUCH!! spada na ziemię pukiel włosów długości 6 cm!!! Matka jak nie wrzaśnie! "Ale moment!!! miało być skrócenie końcówek!!! a tu co to, co to, co to tu do jasnej Anielki spadło.. spadło... spadlooo ??"
"Jakich końcówek ???? Potomek przyszedł do fryzjera , więc fryzjer go tnie! Cicho,bo mnie stresujesz !"
Tnie??? O Potomiasty! To wpadłeś jak twój dziadek przed laty ! ;-)

Kurza twarz! Dziecko łyse wstanie ze stanowiska fryzjerskiego. Padnie trupem jak się w lustrze zobaczy! Matka padnie trupem jak go w lustrze zobaczy! Święty Barnabo! Jakżesz tu z takim na spacer potem wyjść ?? Toż to trzeba będzie po krzakach jeno pomykać, co by nikt nie zobaczył.
Matka zamyślając się tłumaczy sobie, że to tylko parę tygodni, że przecież to nie jej lalka z dzieciństwa, którą jej brat dożywotnio oszpecił wycinając nożyczkami połowę rudych, sztucznych włosków, że Potomek taki śliczny, to może i w nowej, ekstremalnej fryzurze nie będzie wyglądał źle, a w ostateczności kupimy modny kapelusz i też jakoś ujdzie...Nagle BACH!!!! spada kolejny pukiel włosów! Matka ma zawał!

"Cicho kobieto!" przez zęby cedzi stylista. To siedzę cicho, w końcu to stylista. Tydzień czasu ogladał kanały fryzjerskie na yt. Wie co robi!

;-)

Sytuacja powtarza się kilkukrotnie, matka sto razy zamiera. Łzy napływają jej do oczu. Żal cztery litery  ściska. Chociaż tyle, że Potomek siedzi cicho i nie smęci. Dobrze że nie ma lustra przed sobą, bo by tak różowo nie było. Zamykam oczy i widzę tylko to :
http://blog.kamilwojewoda.pl/
Rozumiem Cię dziecko! Też mi przykro! 
Jedno jest pocieszające. Straszono nas , że Potomek będzie się kręcił, będzie wierzgał każdą kończyną, fruwał po ścianach z powodu zalegających na cielsku resztek kłujących końcówek.. a tu proszę... cisza, zero jęknięć, skupienie na bajce. CZAD! Chociaż pewnie dlatego, że żadne końcówki go nie kłuły .... BO TO NIE BYŁY KOŃCÓWKI !!!

No cóż.. pozamiatane... trzeba przyjąć klęskę na klatę. OP stwierdził, że to był pierwszy i ostatni raz. Kolejnym razem Potomek zostanie zaprowadzony do profesjonalnego stylisty ( ciekawe, bo niecałą godzinę wcześniej miałam wrażenie, że takowy stoi przede mną ;-) ) bo to "ciężki kawałek chleba" :)
Trochę opitolony zamiast ostrzyżony, trochę wyszczerbany zamiast wystajlowany, nieco przykrutki....

Zakończenie:
A mnie się nawet podoba :)

Musimy zrobić jakąś bardziej profesjonalną sesję, bo ta była spontaniczna :)








środa, 2 kwietnia 2014

Reorganizacja

Nie wiem od czego zacząć , żeby połowa z Was nie uznała mnie za totalną kosmitkę :)

Może zacznę od tego, że prawie 2 tygodnie temu byliśmy z Potomkiem u logopedy. Tak jak wspominałam, nie możemy się z nim ostatnio coś dogadać :) Potomek jest w tzw grupie ryzyka, ze względu na swojego ojca, który jest szczęśliwym posiadaczem wszelkiego rodzaju dys - dysleksji, dysgrafii, dyskalkulii i Bóg wie jeszcze jakiego "dys", on sam nie jest pewien, ale twierdzi, że dobrze nie jest :) Do tego dochodzi nam wzmożone napięcie  mięśniowe, które miał jako noworodek i które rehabillitowaliśmy do ukończenia 12 miesiąca życia.
Ojciecj Potomka do 3 roku życia nie mówił, potem się rozpędził tak, że niewielu było w stanie go zrozumieć. Pamiętam, że na początku naszej znajomości, po kilku minutach rozmowy telefonicznej, prosiłam, żeby jednak wysłał mi smsa, bo zrozumiałam tylko "Bo wiesz.... brbrrbikhrkhjrkhrkjrh".

Możecie sobie wyobrazić rozmowę.
-"Bo wiesz...hjfdhkhdfkjdkfj"
-Aha....
-"blfjadkajflksjflksdjfsldjflks"
-Oooo... Aha
-"ljdaljdlasjdlsdjflksdjfsdjkfsdkfjskd"
- No coś ty ?!
-"ljfsdjfsdjflsdjflsdflsfksdljf"
- Wiesz co .. nic nie rozumiem... jakieś zakłócenia chyba są.... napisz mi smsa!
Jeb słuchawką !!!
 :)

Z czasem on sam chyba zaczął mówić wolniej , starzeje się, wiadomo, każdy wtedy zwalnia. A może i ja nauczyłam się rozumieć ten bełkot, ot tak po prostu. Przy kontakcie twarzą w twarz nie miałam problemu, po prostu czytałam z ruchu warg ! :)
Chyba mnie zatłucze jak to przeczyta. Gdybym się nie pojawiała dość długo, to .. no wiecie.. mnie nie będzie, stary pojdzie siedzieć , a Potomek zostanie sierotą.. Słabo... ! Ale brnę dalej, co  mi tam :D

Pozostałe dys- chyba mu jakoś specjalnie życia nie utrudniają. Jest inżynierem, więc poematów nie pisze, błędy poprawia mu Word. Liczyć? Już dawno nic nie liczył poza pieniędzmi na koncie, a w zasadzie ich ulatywaniem. Używa kalkulatora, więc ku mojemu nieszczęściu , nigdy się nie sztachnie.
To co ja zauważam na co dzień, to przekręcanie nazw własnych i niektórych słów. Czasem to śmieszne, chociaż może być też męczące, bo potrafi prosić mnie o nóż, a chodzi mu tak na prawdę o widelec i ni huhu nie możemy się dogadać :)

No w każdym razie zmartwiło mnie to, że Potomek ociąga się z mówieniem i miałam wrażenie, że 22 miesięczne dziecko powinno być trochę bardziej wygadane. Do tego dochodziła ogromna nadpobudliwość, agresja, brak koncentracji.  Potomek nie siedzi, nie odpoczywa, nie relaksuje się jak jego ojciec na kanapie. On jest wiecznie w ruchu, jadłby na chodząco, pił na stojąco przebierając nogami , zabawa na siedząco też jest beznadziejna.

Logopeda uznała nas za trudny przypadek. Kompletnie jej się nie dziwię. Potomek miał ciężki dzień wtedy, ale ostatnio ma ich dość sporo, więc dla mnie to nie było nic nienormalnego. Zaleciła wizyty co tydzień. Wstępnie orzekła, że mamy do czynienia z opóźnionym rozwojem mowy. Ale , że spoko - to nie tragedia. Na początek jednak trzeba opanować jego nadpobudliwość i kompletny brak umiejętności skoncentrowania się przez więcej niż sekundę na czymkolwiek, ponieważ w przeciwnym wypadku nie będziemy w stanie przeprowadzić terapii. Czyli etap pierwszy - tzw. behawiorka :)

W międzyczasie dzięki jednej dobrej duszy nawiązałam kontakt z inną duszyczką , która poradziła mi , żebym na samym początku ograniczyła cukier i kazeinę. I powiedziała jakie badania mogę zrobić, żeby wyeliminować przyczyny nadpobudliwości czy dekoncentracji . Powiedziała, że dzięki temu łatwiej będzie wyciszyć Borysa i przygotować do terapii i może behawiorka nie okaże się taka ciężka jak to zazwyczaj bywa. Aczkolwiek ja uważam, że jestem posiadaczką wyjątkowo rozpieszczonego elementu i wcale by mu to nie zaszkodziło. No, ale... pomyślałam "Wchodzę w to!".

Przypomniałam sobie, że dokładnie rok temu gościłam u siebie doradcę od laktacji, a w zasadzie była to pani, a więc doradczyni, która podczas luźnej rozmowy opowiadała mi o tym, czym się zajmuje w życiu poza sprawami dotyczącymi karmienia maluchów. Pani była dietetyczką, ale taką zafiksowaną na zdrowe żywienie. Sama jest na diecie bezmlecznej, bezjajecznej i bezglutenowej, czy jak mawia moja znajoma "bezglutowej" :D Z konieczności, nie z zamiłowania.
Wiedziałam, że wprowadzenie diety poprzedzone jest u jej pacjentów badaniami, w szczególności na nietolerancję pokarmową. U Potomka co jakiś czas pojawiają się jakieś wypryski, wysypki, cuda wianki, do tego wszystkiego próby wątrobowe, które robiliśmy w styczniu wyszły lekko poza normą. Myślę sobie "a co mi szkodzi, zadzwonię!" .

No i udałam się po poradę.
Pani dietetyk wstępnie powiedziała mi co mam zrobić  "na razie", a resztą zajmiemy się po wykonaniu odpowiednich badań w porozumieniu z lekarzem pediatrą, z którym ona współpracuje. No niech będzie.

Stanęło na tym, że będziemy się badać pod kątem nieproszonych gości, takich jak pasożyty i Candida oraz pod kątem nietolerancji pokarmowej, z racji tych wykwitów oraz tego, że Potomek w swej niedalekiej przeszłości przechodził nietolerancję mleka krowiego. Do tego w wywiadzie wyszło na jaw, że budzi się "w nocy koło północy", wierci w łóżeczku, przekręca, mamrocze w nocy, popłakuje przez sen albo budzi się z krzykiem nie do uspokojenia. Wiem, że na to mogą mieć wpływ przeżycia w ciągu dnia i nadmierna stymulacja np telewizorem, dlatego z elektronicznych pudeł powyciągaliśmy kable, żeby sprawdzić, czy jeśli nie ogląda tv to dalej pojawiają nam się problemy. Niestety pojawiają się. Nie uznajemy się za patologiczną rodzinę, chociaż bywało, że talerze fruwały :) ( no cóż.. dwa włoskie temperamenty). Dlatego też postanowiłam pójść za dalszymi radami.

Wykluczyłam sacharozę z jego diety, mleko krowie i produkty mleczne, kozie i w ogóle odzwierzęce. Nieproszeni goście gustują właśnie w takich produktach. Nie będę dziadom , jeśli są, urządzała imprezki kosztem własnego dzieciaka. No fuc...g way !
Własnymi ręcami przygotowuję mleka roślinne. Dziś np. kokosowe ( świetne do kawy , polecam!) :) Ograniczyłam gluten, z racji tego, że zachodzi podejrzenie, że może uczulać. Do wyników badań mamy go ograniczać, czyli np  fundować Potomkowi co drugi dzień totalnie bezglutowy. I tak się staram robić. Wszyscy tak jemy, cała Potomkowa rodzina trzyosobowa. Zakazane dla Potomka produkty wpierdzielamy nocą D:
Jest mi łatwiej gdy i my nie jemy przy nim tego, czego mu nie wolno. Przyznam, że ja przełykam niektóre rzeczy bez gryzienia, bo mi nie smakują :) ale Ojciec i Potomek całkiem się rozsmakowali w takim menu. Ojcu ostatnio podeszły bezglutowe kotlety mielone z indoooora. Twierdzi , że smaczniejsze niż tradycyjne. Dziś będzie bezglutowy schabowy , zobaczymy jakie wrażenie zrobi. A to dla mnie duży sukces bo moja połówka rodem pochodzi ze Ślunska i jego żołądek nie pała z natury miłością bezglutową, zatem cieszy mnie fakt, że udało mi się połechtać tę część wnętrzności mojego męża :)

Zaliczyłam już kilka porażek. Okazuje się bowiem, że z mąk bezglutenowych wychodzi jedno wielkie GIE bez względu na to, co chce z nich zrobić, bez użycia mąki z glutenem czy gumy "cośtam"  :) Ale i do tego dojdę , jeśli  będzie trzeba.

Ponadto , ograniczyliśmy tv i pochodne . I to jest nasz największy sukces! A Potomek też się dość szybko z tym pogodził. Nie pamiętam , kiedy ostatnio "chodził" tv w pokoju dziennym. Nie wiem co się dzieje na świecie :) Ale jakoś mi to nie przeszkadza zbytnio.

Po 2 tygodniach mogę napisać, że mamy nieco inne dziecko. Spokojniejsze, mniej agresywne, przede wszystkim  (wierzę) , że zdrowsze. Zdecydowanie lepiej śpi, chociaż wciąż w nocy koło północy zatacza kręgi w łóżeczku i mamrocze czy popłakuje.
Zostaje nam tylko do ujarzmienia bunt dwulatka, ale na to chyba nie ma recepty :) W przyszłym tygodniu zajmiemy się badaniami. Póki co skontrolowaliśmy jamę brzuszną ( byliśmy na usg) i wszystko jest ok, wątroba też. Więc jesteśmy spokojniejsi.

Na początku było mi żal Potomiastego. Bardzo! Nie mam dalej pewności, czy potrzebna mu taka dieta, ale uznałam, że nie zaszkodzi. Natomiast widząc poprawę własnymi , dużymi , czarnymi oczętami wiem, że dobrze zrobiłam. I już tego nie żałuję. Od braku cukru nikt jeszcze nie umarł. A mleko w każdej chwili mogę wprowadzić z powrotem jeśli okaże się, że to nie ono nam szkodzi. Potomek przeszedł detox, który oduczył go jedzenia wyłącznie białej bułki i serków homogenizowanych, chociaż podejrzewam, że przyzwyczajenie i wręcz uzależnienie od tych produktów jest na tyle jeszcze silne, że gdyby zobaczył taki serek czy Monte, to z pewnością oddałby za nie życie :) Nie mówiąc już o słodyczach, co uważam za swoją osobistą porażkę.

Wymyśliłam nasz własny substytut "serka". Gotuję i miksuję kaszkę jaglana z owocami i dziecię wpierdziela, aż się uszy trzęsą. Z równym zapałem co serek homo, czy inny deser.

Najbardziej ciężko mi z tym calym glutem. To białko wraz z kumplem cukrem są teraz wszędzie , w niemal każdym gotowym produkcie , czasem skrzętnie ukryte w składach, ale wprawne oko matki wszystko wyczai :) Niedługo zrobię doktorat z żywienia, jak babcie kocham.
Gdybyśmy musieli wyeliminować go całkowicie, to chyba sobie palnę, ale żyję nadzieją, że jednak los nas oszczędzi. :)
Niech się jeszcze okaże, że uczula Potomka jajko i już w ogóle będzie pełnia szczęścia w gnieździe. Ostanie się jeno woda i pieczywo chrupkie :)

No i przy okazji :
Macie jakieś pomysły na bezmleczny i bezcukrowy deser z tofu albo posiłek drugośniadaniowy czy kolacyjny ?





środa, 19 marca 2014

Chwila spokoju ....

O matko... jak dobrze usiąść po tak długim czasie i mieć pewność, że jeśli zacznie się post, to będzie go można skończyć tego samego dnia. :)
Witajcie po długiej przerwie!!!!!!! Co u Was???
A u nas ....
Oficjalnie ogłaszam nasz domowy szpital za otwarty! Wczoraj uroczyście przecięłam wstęgę z czerwoną kokardką, gdy swym zgrabnym noskiem zaczął pociągać Potomkowy Ojciec. Już czuję, że to będzie kolejny piękny tydzień, jeszcze piękniejszy niż ten z rotawirusem. Ach.. Skąd tyle szczęścia na raz... no sami powiedzcie ! ?

***** no i to by było na tyle jeśli chodzi o piątkowy wieczór , gdy pisałam ten post :) ********

Musiałam oderwać się od pisania i zamienić się na chwilę z kurę domową. Czekało na mnie pranie - prozaiczna sprawa. Poszłam więc śmiało wieszać je na balkonie, gdy w tym samym czasie Ojciec P miał się nim zaopiekować. Powiesiłam, dumna i zadowolona, że wreszcie pogoda pozwala na rozstawienie suszarki na świeżym powietrzu. Rozmyślalam w tym czasie o wielu sprawach, odlatując myślami gdzieś daleko. Podchodzę do drzwi balkonowych.... ZAMKNIĘTE !! Ki czort???! Stukam, pukam, wołam "Halooooo". Cisza..... Nagle .... za winklem, przy drugich drzwiach prowadzących na ten sam balkon , słyszę jakieś pukanie. Podchodzę... Potomek. Stoi uśmiechnięty i bije sobie brawo , w przerwach stukając w szybę. Najpierw pojawiła się konsternacja...o co kaman?! Po kilku sekundach oprzytomniałam. Tak wiem.. wolno mi to idzie, ale po ciąży nic nie jest już takie proste i nawet mój mózg to wie. A w zasadzie, przede wszystkim ON.
Reasumując, dotarło do mnie, że zostałam uwięziona przez moje dziecko na balkonie. Zerkam przez dziurę w firance cóż się dzieje z Ojcem Potomka i czemu do cholery jeszcze go tu nie ma. Patrzę w strachu, spoglądam, wyginając śmiało swe ciało ( dobrze , że był już półmrok) i co ja do cholery jasnej paczę???? Wyciągnięte syry na łóżku wystające zza lekko uchylonych drzwi do sypialni!!!! Miał się bawić z dzieckiem, a polazł spać. Klasyk :) Tu, najpierw w mojej głowie, a potem na mych ustach, w niemym ułożeniu warg, pojawiło się kilka dość dosadnych wyrażeń, których publicznie nie powinnam ujawniać. A, że łaciną posługuję się dość sprawnie, to łatwo można się domyślić cóż takiego matka wykrzykiwała.
OK... nic tak nie pomaga jak spokój i opanowanie..... Zatem wzięłam kilka wdechów i postanowiłam uporać się z sytuacją. Stwierdziłam, że najprościej będzie zacząć od przekonania syna, że jednak warto jest wpuścić mamusię z powrotem do środka. Dialog przebiegał marnie. Potomek postanowił najpierw pobawić się w kuku , potem w chowanego ( znikł, przepadł, a ja miałam zawał), potem w machanie, puszczanie buziaczków, i samonagradzanie w postaci bicia braw, oklasku i splendoru . EXTRA! Na nic zdały się moje prośby, by okazał mi litość. Na nic stukanie w szybę i próby obudzenia Ojca.
W końcu matka postanowiła przypomnieć sobie kilka sztuczek, których nauczyła się od samego McGyvera dawno, dawno temu. Zaczęła rozglądać się dookoła szukając jakiegoś cudownego narzędzia, coś na zasadzie "Sezamie Otwórz Się", dzięki któremu znów mogłaby się znaleźć w pieleszach własnego M. Drugim okiem szukała jakiegoś miejsca do spania i czegoś do jedzenia. Może wreszcie trzeba będzie zjeść tę zupę, która stoi na balkonie od tygodnia ? :D
Strasznie chciałam wykorzystać umiejętności nabyte podczas oglądania serialu w młodości, ale jednak nic pomysłowego nie przychodziło mi do głowy. Jak wspominałam - efekt uboczny ciąży dotyka mnie do dnia dzisiejszego.
Nagle dostrzegłam, że Potomek zamykając mnie na balkonie nie przekręcił klamki do samego końca. Drzwi są rozwierano uchylne, zatem istniała szansa na pojawienie się w górnej jego części jakiejś szpary dzięki temu niedociągnięciu ze strony zamachowca. Nie myliłam się . Stałam tak przy tej dziurze szerokości 1 cm i wołałam imię mego męża przez dobre dziesięć minut. Prosiłam też Potomka, by poszedł łaskawie po tatusia. Nawet , wyobraźcie sobie, że poszedł. Tyknął go w syrę, ale ten tylko poruszył nią w górę i zaczął girą machać, dając do zrozumienia biednemu dziecku, że nie jest zainteresowany żadną formą kontaktu. Shit happens !
Po kilkunastu minutach Stary się obudził. Podchodzi do okna, odsłania firankę i mówi zaspanym głosem :
- "Po jakiego grzyba zamykasz się na balkonie?! Oszalałaś! "