środa, 23 lipca 2014

Candida albicans leczenie

Ostatnio dostaję dużo maili i wiadomości z pytaniami dotyczącymi wyleczenia Potomka ze stanu przerostu grzyba Candida albicans. Chciałabym opisać to tutaj na blogu. Może komuś jeszcze się przyda. 
Jednocześnie informuję, że nie jestem specjalistą w tej dziedzinie :) Część etapu leczenia wykonywałam intuicyjnie. Pomogła nam bardzo nasza pani dietetyk, z którą konsultujemy niektóre etapy leczenia. Jadłospis również układałam samodzielnie, aczkolwiek konsultowałam na bieżąco z dietetyczką. Jedna z mam chłopca, który również chorował na kandydozę przesłała mi kopię swoich jadłospisów, które stosowała podczas leczenia. 
Kwestia wyleczenia Potomka z kandydozy wciąż pozostaje pod znakiem zapytania i nadal nie jest dokończona. Leczenie trwa bowiem bardzo długo. Nawet do 3 lat. 
Opiszę od początku jak wykryliśmy kandydozę i od czego zaczynaliśmy. 


Mniej więcej na początku kwietnia 2014 roku , kierując się sugestią jednej z mam, z którą nawiązałam kontakt, postanowiłam zrobić Potomkowi badania przed udaniem się do konkretnych specjalistów. 
Na podstawie moich obserwacji wspomniana mama, która przechodziła przez część naszych problemów ze swoim dzieckiem, zasugerowała właśnie badanie w kierunku drożdżaków i pasożytów. 

Co mnie niepokoiło? 
  • PRZEDE WSZYSTKIM (!!) nieciekawe, luźne stolce
  • wybiórcze jedzenie (podstawą diety Potomka, gdyby żywić go wg jego upodobań,były produkty mleczne, białe pieczywo, banany, jabłka, słodycz, zero warzyw, mięsa, itp)
  • ochota na wszystko co słodkie : mleko modyfikowane, słodkie owoce, przekąski, białe pieczywo drożdżowe 
  • rozkojarzenie , zupełny brak koncentracji , nadpobudliwość
  • częste pobudki w nocy - zaburzenie snu 
  • budzenie z przeraźliwym krzykiem w nocy , ciężkim do uspokojenia
  • lekko przekroczone próby wątrobowe (badałam w miarę na bieżąco, ze względu na przebytą żółtaczkę noworodkową, która przeciągnęła się Potomkowi do mniej więcej 4tego miesiąca jego życia, zatem od lekarza dostałam zalecenie kontrolowania wątroby , tym bardziej, że jego skóra była wiecznie w kolorze śniadym i "opalonym", a my jesteśmy raczej z serii bledziochów :) )
W pierwszym rzucie zrobiłam badanie w kierunku pasożytów.Materiał złożyliśmy w laboratorium dr Dymona w Krakowie. Ponoć jest jednym z najlepszych specjalistów i w żargonie lekarskim mówi się o nim, że wystarczy by tylko spojrzał na kupę i już wie, czy są pasożyty czy nie. Badanie kosztowało 150 zł, materiał składa się jednorazowo, chyba, że pan Dymon ma jakieś wątpliwości, to w cenie badania składa się materiał ponownie. To starszy pan, bardzo sympatyczny, polecany zarówno przez lekarzy jak i rodziców na forach internetowych. 
Wiem, że wykryć pasożyty jest niezwykle ciężko, ale zaufałam kompetencjom  dr Dymona i już więcej nie badałam. Myślę, że za jakiś czas w razie niepokojących objawów zbadam  kał Potomka ponownie w tym kierunku. 

W badaniu tym , oprócz nieobecności pasożytów, dostałam informację , że mamy do czynienia z dużą ilością drożdżaków. Dr Dymon nie określa rodzaju drożdżaka, jedynie wskazuje na ich obecność. 

Kolejnym krokiem było oddanie materiału do badania w kierunku grzybów. Badanie robiłam w pracowni mikrobiologicznej w Krakowie, przy ul. Daszyńskiego 22. Od razu zleciłam badanie w kierunku bakterii. Wynik jaki uzyskaliśmy, to "bardzo wysoki wzrost Candida albicans" i wynik ujemny jeśli chodzi o bakterie. 
Wiem, że najdokładniejszym badaniem na drożdżaki są badania inwazyjne, ale o tym u nas nie było mowy. Dlatego postanowiłam oprzeć się na tych wynikach, które posiadałam. 
W międzyczasie , za radą dietetyczki ( po przeprowadzonym wywiadzie, dotyczącym zarówno mnie, przebiegu ciąży, wczesnego okresu niemowlęctwa Potomka, jego obecnych nawyków żywieniowych, stanu skóry, wyników podstawowych badań - w tym prób wątrobowych, zachowania Potomka, nieprawidłowości w wypróżnianiu, itp) zleciliśmy wykonanie panelu na nietolerancje pokarmowe. Robiliśmy test Food Detective na podkładach warszawskiego Cambridge Diagnostics. Badanie wykonane zostało w Krakowie, w laboratorium (nie w domu !!) współpracującym z Cambridge. Na wynik czekaliśmy około 14 dni. Początkowo pani dietetyk sugerowała bezwzględnie jak najszybszą diagnozę w kierunku nietolerancji. Jednak po otrzymanej informacji o bardzo wysokim przeroście candida stwierdziła, że radziłaby poczekać do wyleczenia z kandydozy i dopiero potem przeprowadzenie testów na nietolerancję, bowiem istniało  duże prawdopodobieństwo, że alergie są wywołane i spotęgowane przez grzyba i wynik może wyjść zafałszowany. Sugerowała , aby do tego czasu przejść na restrykcyjną dietę bezglutenową, bezmleczną, bezcukrową, bezjajeczną, bez siarczanów, bez żywności wysoko przetworzonej. Uznałam, że sobie nie poradzę z taką dietą ( miała trwać pół roku minimum, potem mieliśmy badać nietolerancje) i jeśli nie ma potrzeby wykluczania glutenu i jajka, to wolę tego nie robić :)  Dlatego sama zadecydowałam o wcześniejszym przeprowadzeniu testów. O tyle mi to ułatwiło sprawę, ze obecnie gluten ograniczamy (2x w tygodniu) a nie wykluczamy i ze wiem o alergii na orzechy i cytrusy. 
O tym, że mamy do czynienia z nietolerancją na mleko wiedziałam przed testami. Na samym początku naszej "przygody" za radą wspomnianej mamy i po konsultacjach z dietetyczką wycofałam mleko odzwierzęce i jego produkty. JUŻ po tygodniu Potomek zaczął lepiej sypiać. Po dwóch tygodniach zniknęła szorstka skórka na łokciach i kolanach. Po trzech - uległo poprawie jego zachowanie. Wykluczając zaledwie mleko i cukier z jego diety spowodowałam, że stal się spokojniejszy, mniej sfrustrowany, mniej pobudzony,  lepiej śpiący i ogólnie rzecz biorąc lepiej funkcjonujący. 

W początkowej fazie był na diecie bezmlecznej, bezcukrowej, z ograniczeniem glutenu ( co drugi dzień). Po otrzymaniu wyników testów, kiedy okazało się, że mamy alergie na mleko krowie, białko jajka <szok! :) >, orzechy i migdały oraz cytrusy, wszystkie alergeny zostały wycofane. Wycofałam również drożdże (i zakwas na 6 tygodni), grzyby ( i tak nie podawałam), gluten oraz WSZYSTKIE owoce ( na 4 tygodnie), suszone owoce, ziemniaki, skrobie ziemniaczaną, tapiokę, wędzone produkty, ograniczałam pozostałe skrobie. 
Przy wycofaniu glutenu w pierwszej fazie leczenia kandydozy osiąga się lepsze wyniki leczenia, organizm małego dziecka nie jest tak bardzo obciążony przez białko roślinne, nie mamy do czynienia z oblepianiem przez gluten ścianek jelita, zatem szybciej działają wszelkie specyfiki naturalne działające grzybobójczo, lepiej wchłaniają się także probiotyki zasiedlające jelita dobrą florą bakteryjną. Owoce wycofałam ze względu na fruktozę. 
Zamiast cukru wprowadziłam ksylitol i stewię, ale też nie przesadzałam z ich ilością. "Słodziłam" cynamonem i wanilią. 
Było BARDZO ciężko. To nie jest takie proste, żeby dwulatkowi, który już ma swoje smaki, tak drastycznie zmienić dietę. Robiłam to stopniowo. Tak jak wspomniałam, najpierw wypadło mleko i cukier. To nie było takie ciężkie, aczkolwiek Potomek dopominał się o mleko, bardzo mu go brakowało. 
Potem ograniczyłam gluten ( co drugi dzień). Późniejsze wykluczenie alergenów i pozostalych produktów już w nas tak nie uderzyło. Jednak najgorzej było z owocami. To był KOSZMAR! Ale jak widać do przejścia :) Poradziłam sobie w ten sposób, że po prostu ich nie kupowałam. Tak samo jak chleba. Tych produktów u nas w domu nie było bardzo długo.
Po około 5 tygodniach zaczęłam je wprowadzać na nowo. Za radą dietetyczki podawałam jeden raz dziennie po 100g owoców sezonowych. Akurat przypadło na okres truskawkowy.Potem malinowy, jagodowy. Dziś podaję nawet arbuza ( mimo wysokiego IG, zawsze mieszam z czymś o niskim IG).
Bazowałam głównie na kaszach bezglutenowych (jaglanej, gryczanej, quinoa), ryżu ( niewiele), mięsie, warzywach, ziołach i przyprawach. Korzystałam z przepisów z blogów Jadłonomia, Smakoterapia, OlgaSmile, Biblia Smaków.
Obecnie dieta Potomka znów przechodzi metamorfozę. Dostaliśmy bowiem spis przepisów od dietetyczki. Dla mnie są one super inspirujące! Potomek dopiero się wdraża. Sukcesem jest to, że zaczął jeść takie warzywa jak pomidor, ogórek kiszony, zieleninę, przemycam też awokado. Przymierzam się do bakłażana i past roślinnych do chleba :) Trzeba stopniowo gościa przyzwyczajać do zdrowych smaków. Niestety kubki smakowe odziedziczył po tatusiu, więc dla niego najsmaczniejsze są potrawy tłuste, smażone , ciężko strawne. Co dla jego wątroby nie jest najszczęśliwszym rozwiązaniem, zatem odtłuszczamy jego dietę. Do tej pory przyzwyczaiłam go do smaku cukinii ( ścierałam ją do placków, kroiłam w kostkę zamiast ziemniaków w zupie), pora, cebuli i czosnku.
Wątroba : 
Jeśli za 3 miesiące , po powtórnych wynikach badań, okaże się, że próby wątrobowe nie są przekroczone, oznaczać to będzie , że była obciążona przez kandydozę i alergie. Jeśli wyjdą jednak przekroczone - będziemy szukać innej przyczyny. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy ! I z tym też sobie poradzimy.

Jeśli chodzi o dania, to gotujemy raczej tradycyjnie i prosto. Zupy jakie podaję ( pewnie też dlatego, że są to zupy, które Potomek lubi), to : pomidorowa, ogórkowa, krupnik, żurek (raz na dwa tygodnie, na zakwasie żytnim), kapuśniak, rosół. Drugie dania są równie proste : mięso gotowane, pieczone, czasami smażone ( ostatnio już nie) od kilku dni- surówki warzywne ( oł jeeeaaaaaa! :) ). Prawie wszystko robię sama, raczej nie korzystam z półproduktów .

Suplementacja: 
Przez pierwszy tydzień leczenia, na wyraźną prośbę dietetyczki ( lekarka uważała, że to nie jest konieczne i trochę bezsensowne) Potomek dostał dawkę Nystatyny w zawiesinie. Podawaliśmy 3x dziennie. Po zakończeniu podawania Nystatyny ( nie wspominam tego dobrze, ponieważ przy ubijaniu grzyba dziecko jest mega pobudzone, mega drażliwe, mega złe i mega , mega, mega męczące ) wprowadziłam olejek z oregano. Do dzisiejszego dnia podaję 1 kroplę olejku raz dziennie. Niebawem będę go wymieniać na jakiś specyfik z aloesem, muszę poszukać odpowiedniego. Podaje się też citrosept ( wyciąg z pestek grejpfruta), ale Potomek nie może ze względu na nietolerancję cytrusów. Do tej pory podajemy raz dziennie probiotyk, obecnie z Solgara.
Grzyba ubijaliśmy głównie wspomnianym olejkiem, olejem kokosowym, ksylitolem, i innymi naturalnymi przyprawami, ziołami i produktami. Leczenie Nystatyną podobno niewiele pomaga, wyjaławia organizm i jeśli nie trzyma się diety, to potem grzyb odrasta w tempie ekspresowym.
Niedługo napiszę spis produktów, które włączyliśmy do codziennej ( no prawie :)) diety oraz opiszę ich właściwości pro zdrowotne :)

Jeśli będziecie chcieli mogę Wam też napisać kilkudniowy jadłospis , ułożony przeze mnie przy wykorzystaniu przepisów dietetyczki. Są mega proste, na prawdę ! I smaczne ! Dajcie znać :)

Tymczasem zmierzam na masaż !
Nie dla przyjemności niestety. :(  Od dwóch tygodni  "łupie mnie coś w dupie" :D  i kręgosłup odmówił posłuszeństwa :(






piątek, 18 lipca 2014

Nie próżnujemy ! :) Ćwiczenia poprzez zabawę cz.3

Wakacje wakacjami, ale ćwiczyć TRZEBA ! :) 

Tym razem uczymy się kształtów i dopasowywania do siebie takich samych obrazków na hasło 
"taki sam".

Wydrukowałam sobie planszę z podstawowymi kształtami w dwóch wersjach: w kolorze i w skali szarości. 
Rozkładam jeden komplet ( szary lub kolorowy na stoliku) a w ręce trzymam drugi. Podając po kolei karteczki z drugiego kompletu proszę Potomka, by przyłożył daną karteczkę do takiego samego kształtu. 



Wykonuje to bezbłędnie. 
Musicie uwierzyć na słowo, bo nie sposób z nim ćwiczyć i robić zdjęcia jednocześnie :) 


Kolejne ćwiczenie, to poznawanie ( u nas utrwalanie) poszczególnych zwierząt oraz ćwiczenie sekwencji "taki sam" . 
Wykorzystuje do tego MEMORY z Czuczu. 

Rozkładam jeden komplet , w ręce trzymam drugi. Podaję Potomkowi po kolei każdy element i proszę, żeby nałożył na drugi taki sam, jednocześnie nazywam zwierzęta i razem naśladujemy ich odgłosy. 

Po każdym ćwiczeniu następuje mały relaksik :) 

Jak Wami mija piąteczek ? :) 






czwartek, 17 lipca 2014

Absorbujące dziecko


Czymś sie z wami podzielę, gdyż agro wczasy przygoniły do mej głowy pewną myśl , być może dla niektórych uznaną za oczywistą, ale mnie olśniło całkiem niedawno. 

Przez 20 miesięcy życia Potomka tak właśnie go postrzegałam, jako dziecko, które wymaga znaczniej więcej uwagi niż latorośl zwykłego Kowalskiego. Wciąż miałam wrażenie, że mną zawładnął, osaczył mnie, że jego absorbujący tryb postępowania to coś nienormalnego.  Mając 29 lat zdecydowałam się na powiększenie rodziny, była to decyzja świadoma, zaplanowana, ale do tej pory uważam, że nie byłam na to jeszcze odpowiednio przygotowana. 
Pominę na razie kwestię ciąży, która mnie rozczarowała już na samym początku. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie ten czas w życiu kobiety. Skończyło się to depresją poporodową , aczkolwiek termin "depresja ciążowa" uznaję również za jak najbardziej poprawny i sensowny. 
Skutkiem wielu wydarzeń było także poczucie, że macierzyństwo mnie również rozczarowało. 
Utwierdzały mnie w tym przekonaniu słowa babć , dziadków i dobrych ciotek , które co chwilę postanawiały wyrazić własne zdanie w temacie, o którym dziś piszę. 

 "On jest absorbujący ponad miarę"
"Nie zabawi się sam dłużej niż 2 minuty"
"Nie poleży sam na macie"
"Nie poleży sam....samotnie"
 "Ciężko przy nim zrobić cokolwiek innego niż opieka nad nim"
"Nawet na placu zabaw wymaga, żeby się z nim bawić"

 Tych tekstów można by mnożyć i mnożyć. A przez nie moja świadomość o moim dziecku stawała się coraz bardziej depresyjna. Myślałam sobie w duchu, że pech mnie nie opuszcza. Dlaczego akurat ja, kobieta niezależna, kiedyś aktywna zawodowo, autonomiczna jednostka, wolna jak ptak, zostałam obdarowana przez los akurat tak wyjątkowym egzemplarzem. 
Szczęśliwie, dzięki pewnej osobie nauczyłam się z tym żyć i zaakceptowałam Potomka takim jakim jest, czyli jak mi się wówczas wydawało , dzieckiem które wymaga większej uwagi niż inne. Dzieckiem, które osacza - w pozytywnym tego słowa znaczeniu. 
Myślałam sobie : "Widać taki mój los. Inne matki malują sobie paznokcie gdy ich roczne/półtoraroczne/dwuletnie dziecko bawi się swoimi zabawkami, a ja akurat jestem w grupie tych matek, które zmuszone są odstawić malowanie paznokci na "za 3 lata" i bawić się razem z nim tymi zabawkami" 
Mój sposób myślenia odwrócił się kompletnie 25 marca 2014 roku :) Tę datę zapamiętam chyba do końca życia, bo dzięki niej czuję się wolną, świadomą matką, najwspanialszą na świecie w oczach mojego dziecka. Matką, która rzuciła wszystko i poszła po rozum do głowy. Matką, która przestała myśleć jak klasyczna Polka urodzona w latach 80tych, gdy życie wyglądało zupełnie inaczej, a jej rodzice nie mieli takiej świadomości, jaką obecnie posiadają ( tu chyba jednak można pokusić się o znak zapytania) młodzi ludzie. 

Co się stało tego dnia? Nie pisałam o tym, bo temat do tej pory wydawał mi się za ciężki. 
Ale napiszę! Bo bez tej informacji mój tekst może okazać się kompletnie nie zrozumiały. 

25tego marca br mieliśmy umówioną wizytę u pani neurologopedy, pani z polecenia, która to miała orzec, czy moje obawy w związku z rozwojem ( nie tylko mowy) u Potomka są zasadne czy nie. 
Umówiłam się na tą wizytę po rozmowie z psychologiem, który uznał, że sprawdzić nie zaszkodzi, a osoba , którą mi poleca jest na prawdę kompetentna i zna się na rzeczy. 
Martwiło mnie to, że zauważyłam cofkę w rozwoju Potomka , a nastąpiło to po okresie pobytu w szpitalu w związku z oparzeniem. Mniej więcej w styczniu zorientowałam się, że przestał naśladować zwierzęta, że każde z nich wg niego mówi "muuu", że jest bardziej pobudzony niż do tej pory, że zaczął wybiórczo jeść zajadając się tylko serkami homogenizowanymi, białą bułką i bananami, że nie woła "mama" , "tata" , że ciężko mu idzie nawet powtórzenie tego po nas, że nie potrafi się na niczym skupić, że nic oprócz bajek dla niego nie istnieje. 
Najpierw przeczytałam książkę Pani Cieszyńskiej. Potem do niej napisałam maila. To, co mi odpisała spowodowało, że niemal utonęłam w morzu własnych łez. 
Gdy się otrząsnęłam uznałam, że czas porozmawiać z kimś, kto się na tym zna - stąd rozmowa z psychologiem. Potem poszło już szybko. 

Pojechaliśmy na wizytę. Ja i Potomek. Miała być rutynowa. Pojechałam z myślą, że usłyszę od tej pani coś w rodzaju : "Proszę się nie martwić, z pani dzieckiem wszystko jest w porządku, przeżył traumę w swoim życiu, co nie jest bez znaczenia, poza tym każde dziecko rozwija się inaczej i we własnym tempie."
Niestety. Tych słów nigdy nie usłyszałam, a to co wyniosłam z gabinetu, spowodowało, że przez 40 minut powrotu do domu ryczałam w samochodzie jak bóbr, nie mogąc pogodzić się ze wstępną diagnozą. 
Pani logopeda powiedziała mi dużo słów, strasznie brzmiących chyba dla każdej matki. Nie chcę się wdawać w szczegóły, bo to wciąż dla mnie ciężka sprawa. W każdym razie, po 1,5 godzinnej wizycie i wstępnym badaniu Potomka pani orzekła, że opóźniony rozwój mowy zostawimy sobie na deser, bo mamy tu prawdopodobnie do czynienia z czymś bardziej poważnym. W końcu wydusiłam z niej, co ma na myśli. Te słowa zapamiętam do dziś: 
"Być może mamy do czynienia ze spektrum autyzmu. Oczywiście, to nie diagnoza, bo ja nie jestem od stawiania diagnoz, ale musi pani to sprawdzić". 

Potem wpadłam w szał. Szał związany z zaczytywaniem się na forach, blogach, szał związany z poszukiwaniem specjalistów, lekarzy, odpowiedniej literatury. To był bowiem temat, z którym nigdy nie miałam do czynienia. Nigdy nie spotkałam autysty, ani dorosłego, ani dziecka. 
Dzięki jednej z koleżanek udało mi się nawiązać kontakt z pewną fantastyczną mamą autystycznego chłopca. Rozmowy z nią raz mi pomagały, a potem znów nakręcały tak, że miałam wrażenie rychłego szaleństwa. 
To był najcięższy okres w moim życiu. Przysięgam! I mam nadzieję, że już nigdy się nie powtórzy! 

Nie będę szczegółowo opisywać, co się działo w tym czasie, bo to bardzo złożony temat, napiszę tylko, że po wielu wizytach u specjalistów, po obserwacji Potomka, po tym jak na własną rękę odkryłam u niego kandydozę, ponieważ lekarze pukali się w czoło, po jej przeleczeniu, po wycofaniu alergenów z jego diety moje dziecko przeszło metamorfozę życia. Nie bez znaczenia był też fakt, że w zasadzie rzuciłam pracę i wszelkie swoje obowiązki, poza jednym, z którego nie mogłam zrezygnować (uczelnia), i poświęciłam mu znacznie więcej czasu niż dotychczas. 

Obecnie jest chłopcem, który czerpie radość z życia. Chłopcem, u którego takie, a nie inne objawy dawała ta cholerna kandydoza i alergeny w diecie, a także jak się okazało , niewielkie zaburzenia integracji senso-motorycznej. 
Zaś ja, jego matka, coś wreszcie pojęłam. 
W nosie mam te wszystkie teksty o absorbujących dzieciach !!!!!!! 
Możecie sobie je wszyscy włożyć w sam środek tyłu ! :)
Jestem najszczęśliwszą matką na świecie, właśnie z tego powodu, że moje dziecko jest
 ABSORBUJĄCE!! 
Że nie ma własnego świata, w którym się zamyka, nie potrzebując w nim nikogo poza sobą !
Że łaknie towarzystwa w swoim życiu, nie izolując się od otoczenia ! 
Że wchodzi wspaniale w interakcje z domownikami i innymi dziećmi! 
Że interesuje go świat, że ciągle pyta "co to?"!
Że podbiega do mnie, szturcha mnie oczekując, że spojrzymy na siebie, a potem ja będę się przyglądać jak on jeździ autkiem, buduje wieże z klocków, albo układa puzzle!
Że jeździ autkiem po ścianie ! ( serio !! to rozwija jego wyobraźnie i daje dowód na to, że potrafi bawić się zabawką inaczej niż ja mu to pokazałam) 
Że twórczo się bawi ! 
Że woli spędzać czas z ludźmi niż z przedmiotami ! 
Że rutyna to dla niego SAMO ZUOO!
Że symuluje wypadki , oczekując, że będę się temu bacznie przyglądać ( spada specjalnie z jeździka, czy z dmuchanej krowy wołając "ooooch, bach")!
Że gdy ogląda bajkę i jakiś bohater zapłacze on przybiega do mnie, ciągnie mnie przed tv i pokazuje na płaczącego bohatera, jednocześnie okazując emocje, świadczące o tym, że się przejął tym płaczem i chce żebym i ja w tych emocjach uczestniczyła! 
Że nie siedzi zahipnotyzowany przed piorącą pralką wpatrując się w jej bęben bez żadnego entuzjazmu, tylko biegnie do mnie, żeby podzielić się swoją radością związaną z obserwacją tego faktu! 
W końcu: że nie zajmuje się czymś przez okres dłuższy niż 15 minut, kompletnie nie zwracając uwagi na otoczenie! 
O rozpoczęciu mówienia i ciągłym gadaniu "mama, mama" już nawet nie wspominam, bo pisałam, że jego słowa są dla mnie jak najpiękniejsza muzyka!


Przyznam też, że radość z posiadania absorbującego dziecka  strasznie mnie czasem męczy :) Nie będę ściemniać, że dodaje mi to energii niczym baterie Duracell. Jasne, że serce z posiadania zdrowego dziecka się raduje, cieszy mnie jego postęp w rozwoju i aktywność życiowa. Ale dni, kiedy przychodzi niania, żeby mnie zastąpić w opiece nad Potomkiem, gdy ja muszę zrobić w tym czasie coś innego, są dla mnie równie szczęśliwe jak te, kiedy jestem z nim cały dzień obserwując absorbujący sposób życia :) 

Na koniec chce powiedzieć teraz jasno i wprost: 
TAK!
Jestem szczęśliwa i DUMNA z tego , że moje dziecko jest ABSORBUJĄCE ! I takich właśnie dzieci wszystkim matkom życzę ! 
I zdania nie zmienię ! 





środa, 16 lipca 2014

Wziął i zdechł :)

Oficjalnie i z wielką radością spieszę donieść, że wyniki Potomka pod kątem kandydozy są IDEALNE!! 
Badany materiał <żeby nie napisać wprost KUPA :) > jest czysty od wszelkich złych i niepotrzebnych drożdżaków !!!! 

Wielka radość zagościła w związku z tą informacją w sercu Matki ! 
Nic się co prawda w naszej diecie nie zmienia, ale ważne dla mnie jest to, że nie walczę z wiatrakami, że nie zabijam, a zapobiegam wzrostowi, że cały trud , który włożyłam w leczenie Potomka nie był bezcelowy i bezsensowny! Że jak się chce - to się da ! 
A wierzcie mi,  od 25 marca 2014 roku nasze życie uległo zmianie o 180 stopni, ale w taki sposób, że aż mnie samej w to trudno uwierzyć, że w ogóle tak można było życie swe powywracać do góry nogami i że to możliwe ! 

Teraz czeka nas około 3 letnia dieta zapobiegająca ponownemu wzrostowi grzyba i tzw trzymanie go w ryzach <chociaż myślę, że Potomek przez całe życie będzie musiał już uważać>. To dość trudne. Zarodniki Candida mogą krążyć we krwi przez 2-3 lata. Wystarczy chwilowe osłabienie organizmu, aby się uaktywniły, dlatego nadal musimy się bardzo pilnować. Bo te dziady tylko czekają na właściwą dla nich okazję ! Ale tak jak kiedyś napisałam: nie pozwolę na to, żeby jakieś zmutowane gnomy zżerały mojego Syna od środka ! To jest walka na noże ! A Matka zawzięte stworzenie! Nie damy się !!! :) 

Do tego jeszcze przez minimum rok będziemy gościa leczyć z alergii, ale co to dla nas !? :) 

Trzymajcie kciuki i bądźcie z nami !! 

Tymczasem pozdrawiamy z wiejskich agro wakacji ! :) 


sobota, 12 lipca 2014

"Polenta Fries" czyli frytki z polenty :)

Jak wiecie, Potomkowi nie wolno spożywać ziemniaków. Mają dużo skrobi, którą karmi się grzyb i to warzywo akurat w menu Potomka gości bardzo rzadko. 2 tygodnie temu dostaliśmy pozwolenie na wprowadzenie ziemniaka, mając obserwować jednocześnie , czy nie będzie się działo nic złego w związku z rozszerzeniem diety. 
 Jako, że leczenie ( przynajmniej po objawach) przynosi efekty, nie stosujemy już tak restrykcyjnej diety. 
Ale nie szarżuję z żadnym z nowych produktów, które możemy wprowadzać do diety. Nauczyłam się bez nich gotować i żyć, i włączam je stosunkowo rzadko do menu mojego Syna. Dotyczy to owoców, glutenu i chociażby ziemniaka. Chociaż jeśli chodzi o owoce, to zarówno pani dietetyk, jak i lekarka, która z nią współpracuje uważają, że dzieciom nie powinno się drastycznie ograniczać owoców, szczególnie tym, które jedzą mało warzyw lub ich nie lubią, zatem i ja postanowiłam ich nie ograniczać. Jedyne czego pilnuję, to aby były świeże, sezonowe , staram się kupować je ze sprawdzonych źródeł, jako że ogródka własnego nie posiadamy no i jednak patrzę na ich ilość spożytą w ciągu dnia. Większość poradników żywieniowych traktuje o tym, że owoce powinny być spożywane przy każdym posiłku. Potomek spożywa je 2-3 razy dziennie. Jeśli je owsiankę rano, to dostaje do niej porcję owoców, drugim posiłkiem z owocami jest zazwyczaj drugie śniadanie i ewentualnie dostanie owoc o niskim IG na podwieczorek z prostej przyczyny - najłatwiej mi to zabrać na spacer :) Mnie-matce, która wiecznie stoi w garach :)
Wciąż zakazane są alergeny (mleko odzwierzęce, białko jajka, orzechy, migdały, cytrusy) oraz grzyby, drożdże, biała mąka, cukier, słodycze, generalnie  produkty o wysokim IG ( wyjątkiem od tej reguły są kasze: jaglana, gryczana, które podaję bez ograniczeń mimo wysokiego IG. Kasza jaglana ma najmniej skrobi ze wszystkich zbóż i uznałyśmy wspólnie z lekarką i dietetyczką, że jej wlaściwości pro zdrowotne są na tyle duże , iż przewyższają jej jedyną wadę - wysoki IG :) ). Czasami taki wyjątek robię też dla daktyli suszonych, które Potomek dostaje w niewielkich ilościach i stosunkowo rzadko. 

Polenta ma również wysoki indeks glikemiczny, bo aż 70. Jednak zdecydowałam się spróbować tych frytek i zastosować jedną z rad pani dietetyk - mianowicie połączyć produkt o wysokim IG z produktem o niskim IG, wówczas indeks jest uśredniony i nie powoduje takiego wzrostu glukozy we krwi. Podałam je Potomkowi z grillowaną cukinią licząc na to, że zachłyśnie się jej smakiem. Jakże się myliłam. :) Zjadł tylko kawałek, ale dobre i to. 

Powiem szczerze ! Frytki z polenty są ok, ale nic chyba nie dorówna tym ziemniaczanym. Myślę, że gdybym nie mogła spożywać ziemniaków, to byłyby one fajnym zamiennikiem. Potomkowi smakowały, aczkolwiek ma chyba podobne zdanie do mojego - nie wiem, nic nie powiedział :) mogę się tylko domyślać. 
Na zagranicznych stronach, skąd zaczerpnęłam przepis, czytałam, że często mamy robią te "frytki" na przyjęcia dla dzieci, a nawet dorosłych. Jedzą je jako zamiennik glutenowych czipsów - wówczas robią je niższe. Poza tym są pieczone, a nie smażone, zatem - zdrowsze. 

 Podam przepis , może ktoś z Was jest w podobnej sytuacji jak Potomiasty i chętnie zasmakuje nieziemniaczanych frytek. 

Składniki : 
3 gałązki rozmarynu 
1 litr bulionu ( obojętnie jakiego) 
450g kaszki kukurydzianej 
olej do wysmarowania blachy 
olej do posmarowania "frytek" - ja dałam kokosowy
sól (niekoniecznie) 


Wykonanie: 
Rozdrabniamy rozmaryn (TM  3sek/obr.8).  Do naczynia wlewamy bulion (w wersji standardowej wrzucamy rozmaryn do bulionu) i zagotowujemy ( TM 10min/100C/obr.3.) 
 Robiąc polentę w Thermomixie, po 9 minutach wyłączamy sprzęt, odmierzamy 450g kaszki, włączamy ponownie na takie same parametry i wsypujemy powoli kaszkę przez otwór w pokrywie. Jeśli robimy standardowo, trzeba zmniejszyć ogień po zagotowaniu bulionu i powoli wsypywać odmierzoną kaszkę do garnka jednocześnie mieszając, żeby nie przywarła. 
Gotujemy na wolnym ogniu, dopóki polenta nie wchłonie bulionu i nie stanie się gęstym ciastem, podobnym do naleśnikowego.
 ( TM: gotujemy 10min/80C/obr.soft). 
W tym czasie przygotowujemy sobie płaskie naczynie - formę do pieczenia. Pędzelkiem pokrywamy naczynie olejem. Gdy polenta jest ugotowana wylewamy ją do naczynia i odstawiamy do całkowitego wystygnięcia ( wysokość ciasta po wylaniu nie powinna przekraczać 0,5cm). 
Gdy ostygła w temperaturze pokojowej wstawiłam ją do lodówki na godzinę. Jeśli po tym czasie swobodnie odchodzi od boków i spodu naczynia, oznacza to, że można już ją zacząć kroić :) 
Przykładamy na wierzch naczynia dużą deskę do krojenia, odwracamy formę do góry nogami. Polenta powinna spocząć na desce :) Jeśli tak się nie dzieje, można sobie pomóc rękoma, lekko ją podbierając palcami. Następnie wykrawamy kształt. Ja chciałam frytki, więc kroiłam nożem. Ale można użyć foremek do ciastek. Wykrojone części polenty układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, górę smarujemy lekko olejem ( ja posmarowałam kokosowym), lekko solimy  i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni , grzanie góra-dół na 20-30 min do momentu , gdy zaczną przypiekać się z góry i robić złoto brązowe. Ja nie mam takiej opcji w moim fantastycznym piekarniku, aby grzała jednocześnie górna i dolna grzałka, zatem włączyłam funkcję... grilla :) I też wyszły. 






Smacznego ! :) 






czwartek, 10 lipca 2014

Nie taki bilans straszny jak go malują

Matka nie lubi chodzić do lekarzy. 
Z wizytami Potomka idzie jej kiepsko, a ze swoimi własnymi to już po prostu jest dramat. 
Co najśmieszniejsze , Matka to klasyczny hipochondryk , diagnozujący się u dr Google'a :) 


Były w moim życiu takie historie, kiedy to z pomocą tego Pana postawiłam sobie diagnozę zapalenia opon mózgowych ( które okazały się de facto ostrą grypą), zapalenia stawu skroniowo - żuchwiowego ( wiecie , że taki macie ?? :) ), który okazał się po prostu bolącą ósemką. W tym drugim przypadku byłam prawie pewna swojej diagnozy i dość długo upierałam się, że pan dentysta nie ma racji, bo przecież objawy pasują jak ulał do całej litanii objawów zapalenia owego stawu, o których pisał mój osobisty felczer Google. 
W sumie moje wizyty u lekarzy polegają głównie na tym, że idę, oznajmiam co mi jest i czekam na potwierdzenie. Taka zdolniacha ze mnie :) 
Chociaż może nie, bo zazwyczaj moje diagnozy są nietrafne, dlatego przestałam takoż czynić , wrzuciłam na luz, leczę się sama i po przychodniach nie chodzę :) 

Z Potomkiem jest inaczej. 
W tym przypadku boję się szarlataństwa i dr Google'a, dlatego  głównie opieram się na opinii specjalistów (mimo iż swoje sobie myślę :) ). Może szczęściem jest też to, że Potomek ma wspaniałą opiekę medyczną  i ludzie, którzy o niego dbają są dla nas osobami pełnego zaufania. 

Dziś na bilansie dwulatka dowiedziałam się, że wszystko jest ok, dzieć mierzy 93,5cm i waży 15,5kg, zatem plasuje się na 75 centylu. Co oznacza, że od ostatniego mierzenia i ważenia, w przypadku obu parametrow,  spadł poniżej 90tego centyla i bardzo dobrze, bo do tej pory zazwyczaj mieścił się na samym końcu siatki centylowej, a wagowo w zasadzie wychodził lekko poza nią. 

Z całą resztą też jest gites, zęby wszystkie są, żadne spróchniałe :) ale z zauważalnymi krzywiznami od smoczka ( tego przyjaciela chyba nigdy się nie pozbędziemy ....<sic!> ), stulejki brak, lekkie iksiki - do skontrolowania. Już byłam wcześniej to sprawdzić, mamy czekać jeszcze do września i wtedy przyjść na kontrolę. Kręgosłup prosty, serduszko w porządku, odpieluchowany ( no prawie, bo dwójka nadal w pieluchę leci, ale walczymy). Zez widoczny, ale.. pozornie :) Czyli nadal jest hipnotajzing, ale nie groźnie dla jego rozwoju i zdrowia. Kontrola wzroku po 3 roku życia. 

W szczepieniach braki -  i na razie nadal tak zostanie. 
O właśnie - poszukuję dobrego, rozsądnego i mądrego neurologa dziecięcego z Krakowa, który pomógłby nam ułożyć indywidualny kalendarz szczepień. Czy ktoś , coś  wie w tym temacie może? 

A z zaskakujących informacji mogę dodać jeszcze to, że Potomek .... CZYTA :) 
Jednym z jego ćwiczeń u pani logopedy jest taki obrazek  z zeszytu : 


Ćwicząc tę część mówimy : "Lala mówi A" i pokazujemy jego paluszkiem ( lub sam to robi) na literkę A. 
Dalej w zeszycie ma wklejone zwierzątka , np barana ( BE BE) i węża (SSS) i co ja dzisiaj paczeeeee...?
Moje dziecko przynosi mi książeczkę , otwiera ją i : 

-"Mama?!" 
-Tak Synku ?
- A, Be, SSS
- ????? - myślę sobie - nie ogarniam :)
podchodzę więc do stoliczka przy którym siedzi Potomek, a gość powtórnie recytuje znane mu literki pokazując je jednocześnie paluszkiem w zwykłej książeczce z bajkami <3 wyszukując za każdym razem daną literkę z ciągu liter w zdaniach! 
a potem domaga się braw i splendoru :) 

Radość Matki - OGROMNA!!! 
Emocje - BEZCENNE!!! 

Miłego dnia ! :) 





wtorek, 8 lipca 2014

Ćwiczenia poprzez zabawę cz.2 /pomoce w opóźnionym rozwoju mowy/

Potomek przemówił do nas ludzkim głosem całkiem niedawno. Pamiętam dokładnie ten dzień, kiedy po raz pierwszy usłyszałam wypowiedziane przez niego w świadomy sposób słowo "mama'. 
Stałam wówczas na balkonie "kątem plując" - jak mawiała moja przyjaciółka - aż tu do mych uszu dotarł cienki głosik małego ludka, który stojąc w swoim łóżeczku , w naszym wspólnym pokoju ( taaaaak wiem... wygląda na to, że będziemy dzielić jedną izbę aż do jego osiemnastki :D ) poczuł się widocznie bardzo samotnie i postanowił przywołać matkę do siebie. Początkowo myślałam, że to głos osiedlowego dziecka, bo skąd mogłam przypuszczać, że mój Potomek nagle zacznie mówić, skoro tyle czasu się wstrzymywał. <"kompot zawsze stał na stole" :) znacie to ?>
Gdy uświadomiłam sobie, że to moje dziecko mnie woła, niemalże w sekundzie znalazłam się w sypialni. Radość trwa do dziś!!! 
Tenże jednak osobnik w ciemię bity nie jest. Gdy tylko zrozumiał  że na jego wezwanie "mama" lecę-pędzę co sił w nogach, żeby usłyszeć to jeszcze raz , robi to po tysiąckroć w ciągu dnia.
Obecnie już nie lecę - pędzę na każde zawołanie, bo co tu dużo mówić - osłuchałam się :) , ale uwielbiam gdy mnie woła, mimo pękających bębenków i wiecznego trajkotania :) Słowo "mama" w jego wykonaniu - jak zresztą każde inne, ale to akurat wyjątkowo - jest dla moich uszu najpiękniejszą melodią świata ! 

Zabawne jest to, że mimo tego, iż Potomek plasuje się wśród rówieśników na liście dzieci niemówiących, to "gada jak najęty" non stop. On po prostu się nie zamyka. I wiecie, że on "gada" z sensem ? Potrafi powiedzieć bardzo niewiele. Myślę, że roczne dzieci więcej mówią :) ale czasami to snuje taaaaaakie historie używając tylko tych słów, które zna, że kopara opada. Tzn mnie opada, bo pewnie inni uznają mnie za chwilę za wariatkę - ale do tego już przywykłam , więc spoko - nie krępujcie się ! 
Moja teściowa mówiła mi kiedyś, że ze swym dzieckiem, a mym mężem i ojciem Potomka, rozumieli się bez słów. Myślałam sobie wtedy w duchu "Jasne! Po prostu się domyślałaś!" . Ja też się domyślam :) ale na prawdę w 98% rozumiemy się z Potomkiem bez słów. Potrafię zrozumieć to, co mi opowiada, używając tylko 4 wyrazów.
-"Mama??"
- Słucham Cię Synu.
-"Haloooo, baba, dziadzia, bum bum, ja " 

:) 

tłumaczenie Matki : "Mamo, zadzwoń do babci i dziadzi niech do mnie przyjadą"

No dobra, może jestem walnięta , może brakuje mi piątej klepki, może życie na bezglucie poczyniło pustki w mózgu moim, ale wiecie co?.. wali mi to :) Cieszę się, że potrafię zrozumieć moje dziecko i ba! nawet sobie z nim pogadać tak, że mnie uszy od słuchania i żuchwa od gadania bolą. Cieszę się każdym jego słowem i wiem , że mamy problem. Ale na prawdę wkładam w jego terapię całą siebie i wierzę, że skoro w ciągu 8 tygodni zrobił taki postęp, to teraz już będzie tylko lepiej. Mało tego : skok w jego rozwoju jest na prawdę mocno zauważalny, więc nawet nie wypada mi myśleć inaczej. 

Ale do rzeczy! 
Pokaże Wam, jak wspólnie z logopedą nauczyliśmy Potomka wołać świadomie mamę i tatę.

Mamy u pani Asi taki zeszycik. Na pierwszej kartce wklejone jest zdjęcie Borysa , ma ono na celu pomóc mu zrozumieć co to znaczy "ja" i to, że Borys to właśnie on. Dzieci z opóźnionym rozwojem mowy mają problem także z jej rozumieniem i u nas czasami to widać. 
Zatem zaczęliśmy od fotek. Borys podczas ćwiczeń , a przerabiamy ten zeszyt codziennie, otwierając kartkę z danym zdjęciem musi pokazać paluszkiem na zdjęcie, a potem na osobę, ja ( czy ktokolwiek kto z nim pracuje) jestem lektorem. Mówię : "tu Borys" gdy on pokazuje zdjęcie "i tu Borys" gdy on pokazuje siebie. "tak, tu jesteś TY" -> wskazując paluszkiem na zdjęcie 
"Ja" - przykładając jego paluszek do brzuszka

Teraz doszedł już do takiej wprawy, że w zasadzie palcem operuje sam, ja tylko mówię. Ale początki wykonywania nowych ćwiczeń zawsze są wspomagane przez osobę, którą z nim ćwiczy. 

W taki sposób właśnie nauczył się świadomie wołać mama i tata. 
tu akurat pokazuje Tatę, siedzącego w .. innym pokoju :) 

Wystarczyło z gościem przerobić kilkanaście razy tą część zeszyciku ( to był w ogóle początek naszych zajęć u logopedy, może po drugiej wizycie), żeby nagle go oświeciło, że może nas sam wołać, bowiem do tej pory tylko powtarzał,  gdy go poprosiliśmy, wskazywał również prawidłowo, ale nigdy sam z siebie nas nie zawołał. 

Zeszycik ma sporo kartek :) Ale niestety nie należy on do ulubionych ćwiczeń i zabaw Potomka, zatem ciężko po pierwsze robić foty  (Ojciec ciężko pracuje, żeby Matka mogła pisać bloga :) więc nie ma czasu na robienie nam zdjęć podczas ćwiczeń), a po drugie nie wolno mi rozpraszać ucznia, bo chwila nieuwagi i spierdziela z krzesełka :) 
Będę, co jakiś czas starała się pokazywać, co zawierają kolejne kartki magicznego kajetu :) 

Kolejnym fajnym ćwiczeniem są labirynty. 
Dla Potomka to nowe ćwiczenie, więc nie robi go jeszcze samodzielnie. 
Miał znaleźć drogę od krowy do krowy . Moje niecierpliwe dziecko samodzielnie zrobiło to tak: 

"Poszedł" na skróty po prostu  :) 

Potem ( i myślę, że jeszcze parenaście razy tak będzie ) musiałam chwycić jego rączkę , w której trzymał kredkę i pokazać mu, jak jedna krówka ma dostać się do drugiej krówki. 

To są labirynty, które dla dwulatka są chyba za trudne. Chociaż już sama nie wiem.... 
W każdym razie , mnie chodzi o umiejętność prawidłowego trzymania kredki i po prostu rysowanie esów , floresów. Do tego przy tym ćwiczeniu utrwalamy dźwięki naśladujące krowę oraz samo słowo "krowa", którego na razie jeszcze nie wypowiada :) 
Wzory znalazłam w sieci, wydrukowałam i kseruje na bieżąco. 

I kolejne, fajne ćwiczenie. U nas również nowe. 
Dopasowanie kolorowego przedmiotu do jego cienia. To uczy go spostrzegawczości , musi wskazać dwa takie same kształty. Lepiej nam idzie na kolorowych obrazkach, ale myślę, że to kwestia czasu  - jak z każdym dotychczasowym ćwiczeniem. 
Do tego poznajemy nowe słownictwo. Staram się mu pokazywać  na przedmiotach to, co znajduje się na kartce. Na przykład wygląda to tak : 
"Tu okulary <pokazuje na prawą stronę obrazka> i tu okulary <pokazuję na lewą stronę obrazka> i tu okulary <pokazuję na swoje okulary>"
"Tu parasol <pokazuję na prawą stronę obrazka> i tu parasol < pokazuję na lewą> i tu też parasol <pokazuję przygotowany wcześniej parasol>" 


Łatwiej nam idzie z prostszymi wyrazami, ale podnoszę poprzeczkę powoli :) 


Moim kolejnym celem ( a z panią logopedą przez wakacje się nie spotykamy, więc biorę osobiście byka za rogi), jest nauczenie Potomka wypowiadania słów takich jak : woda, pić, jeść. Bo w tych przypadkach akurat muszę się domyślać, i najczęściej lecę litanią na jego frustrację : 
"Chcesz jeść?" czekam na potwierdzenie lub zanegowanie 
" Pić ?" znów czekam 
"Wodę? " <tak jakby mógł coś innego pić :D >

Trzymajcie kciuki !! 
<jak macie jakieś ciekawe pomysły jak tego dokonać , to będę wdzięczna za każde sugestie :) > 


P.S. Chciałam tylko poinformować Jedną Olę i jej Mamę , że "Bosy" dziś wołał pod waszym oknem "OŁA", więc chyba to nasze kolejne nowe słowo :D 
Buziaki od Bosego :* Wracajcie bo nuuuuuuudyyyy !