niedziela, 18 stycznia 2015

Bezmleczne i bezjajeczne pancake'sy bez cukru, czyli śniadanie w nurcie PYCHA! :)

Dieta eliminacyjna dedykowana dzieciom charakteryzuje się sporą monotonnością. Zwłaszcza, gdy dziecko nie jest wszystkożerne w ramach dozwolonych produktów. 
Tradycyjne bezmleczne, bezjajeczne i bezcukrowe śniadania wychodzą Potomkowi już bokiem. Dlatego dziś przypomniałam sobie o czymś, co wszyscy w domu uwielbiają, łącznie z Potomkiem. 



Składniki: 

*miarka ( szklanka) mąki pszennej 
*1 łyżka mąki ziemniaczanej 
*miarka (szklanka) mleka sojowego 
*łyżeczka octu jabłkowego 
*1 łyżeczka kamienia winnego 
*1 łyżeczka syropu z agawy/klonowego/ksylitolu 
( ja dałam syrop klonowy)
*1 łyżka oleju 
(dałam rzepakowy) 
*masło klarowane do smażenia 

do dekoracji:
*słód lub miód 
*kakao/cynamon
*owoce lub konfitura


Składniki suche mieszamy, dodajemy mleko, ocet i słód. Miksujemy na gładką masę dodając podczas miksowania olej. Smażymy na rozgrzanej, natłuszczonej patelni na złoty kolor. Ja smażyłam na maśle klarowanym. Podałam posypane cynamonem z łyżką domowej konfitury z jagód. 

Smacznego :) 



Oryginalny przepis pochodzi STĄD

niedziela, 28 grudnia 2014

Podsumowanie roku 2014

To był ciężki rok. Na prawdę. Mam nadzieję, że już nigdy się te emocje nie powtórzą i że 2015  będzie dużo bardziej obfity w pozytywne wydarzenia. 

Nasze problemy były widoczne już w styczniu w postaci poszpitalnej czkawki. Punkt kulminacyjny to marzec, i myślę, że śmiało mogę powiedzieć, że grudzień to szczęśliwe zakończenie. 
Wiemy już bowiem, że Potomkowi nic poza faktycznym opóźnieniem w mowie nie dolega. On czuje się świetnie, elegancko reaguje na gluten ;-) , nie ma objawów kandydozy, powoli, bardzo powoli zaczyna też mówić. Nie liczę już słów. Ciężko się doliczyć. Bardzo ładnie ruszył i myślę, że duża zasługa w tym wszystkim naszych pań logopedek i zajęć, które odbywają się 3x w tygodniu. 
Pojawia się coraz więcej zdań dwuwyrazowych, coraz więcej słów, które może nie do końca są wyraźnie wymawiane, ale zawsze znaczą to samo. Komunikacja i rozumienie mowy na prawdę znacznie się polepszyło. W końcu on też dorasta i dojrzewa, więc to chyba naturalna kolej rzeczy. Jego rówieśnicy, co prawda recytują wierszyki ;-) ale i my się doczekamy. 
Z fajnych rzeczy, które akurat traktuję jako efekt uboczny zajęć logopedycznych jest to, że gość czyta :) Ale tak to właśnie ma być, musimy go nauczyć czytać zanim zrobią to w szkole czy przedszkolu. Ponoć minimalizuje to ryzyko dysleksji. Dzieci z ORM, które i tak są mocno dysleksją zagrożone, w dużej mierze nie potrafią przełożyć sobie sposobu klasycznego nauczania czytania w szkole na własne warunki i umiejętności. Objawia się to tym, że mają trudności nie tylko z czytaniem ale i rozumieniem tekstu. Jeśli tak się dzieje, pojawiają się problemy np z pisaniem testów. Mamy taki przypadek w rodzinie, dziewczynka dyslektyczna ustnie odpowie na każde z pytań, natomiast jeśli ma zakreślić odpowiedź w 90% zakreśli ją błędnie.
Potomek uczy się czytać metodą sylabową. Dzięki temu ma nie mieć problemu z czytaniem :) Ale to okaże się dopiero za parę lat. Zobaczymy. Na pewno o tym napiszę :) 

prof. Jagoda Cieszyńska o metodzie sylabowej pisze tak: 
"Pierwszym poważnym błędem, będącym przyczyną późniejszych trudności szkolnych uczniów, jest podawanie dzieciom nazw lister. Rodzice ( czasem, niestety, także nauczyciele) mówią dzieciom: 'to litera em, a to litera ce'. Operowanie nazwami liter wymaga wiedzy metajęzykowej, której dzieci jeszcze nie posiadają i nie jest im ona konieczna na tym etapie nauki. Nazywanie liter przez dzieci podczas czytania powoduje powstawanie 'wyrazów', których dziecko nigdy w rzeczywistości nie słyszało. I tak, kiedy uczennica klasy zerowej czyta 'jotajotkao' trudno , nawet dorosłemu, usłyszeć w tym wyrazie słowo jajko. Drugi błąd to głoskowanie wyrazów powodujące, iż podczas wymowy spółgłosek pojawia się element wokaliczny, np dom- dy o my, dziecko zapisuje 'dyomy', tak powiem słyszy głoskowane wyrazy." 
Nie mam doświadczenia w tym temacie, jedyne czym mogę się sugerować to własne wspomnienia. Nie przypominam sobie zatem, abym jako dziecko miała problem z zapisywaniem głoskowanych wyrazów. ALE ... ja już umiałam czytać zanim poszłam do przedszkola. Nauczyłam się u dziadków, podczas czytania bajek. Wątpię, żeby dziadek uczył mnie czytać metodą krakowska :) czyli sylabami. W każdym razie problemów z czytaniem nigdy nie miałam. Ani ja, ani moje rodzeństwo. Niestety enigmatyczna postać mojego męża powoduje to, że nie dowiem się jak to było u niego :) Na starość czyta całkiem dobrze :) na dodatek rozumie tekst , ale testów z nim nie przeprowadzam :)
Z opowieści specjalistów wywnioskowałam jednak, że dzieci, które zagrożone są dysleksją  po prostu nie bardzo potrafią przełożyć sobie głoskowanie na pisanie i czytanie. Do tego dzieci ze skrzyżowaną lateralizacją ( a ponoć Potomek takową może mieć- okaże się po 6tym roku życia, obecnie ma pewne symptomy) to już w ogóle jest kosmos. Nie ekscytuję się jednak tym, że czyta i składa pisane sylaby w wyrazy. Uważam, że 2,5 latek ma jeszcze czas na czytanie, więc gdyby nie jego problemy pewnie nigdy nie wpadłabym na to, by uczyć go czytać.
Rok 2014 uważam za beznadziejny ! :)
Choć chyba w żadnym innym roku nie 'naumiałam' się tak bardzo jak w tym. W żadnym poprzednim nie zdobyłam takiej wiedzy z dziedziny, która do tej pory była mi kompletnie obca. Myślę sobie "Matko, to ci nie zginie..." co pomaga mi uwierzyć, że jeszcze nie zwariowałam do końca.
Wszystkim Wam życzę udanego 2015! Aby spełniły się wszystkie Wasze marzenia i plany.
I sobie też tego życzę! I mocno wierzę w to, że tak będzie !
Buziaki ! i do zobaczenia w Nowym Roku !

 

środa, 24 grudnia 2014

Wesołych świąt :)

Moi Mili! 
Z okazji Świąt Bożego Narodzenia
wszystkim Wam, mojej rodzinie, przyjaciołom, czytelnikom
życzę przede wszystkim spokoju i radości. 
Oby udało Wam się spędzić święta w gronie rodziny lub przyjaciół, bo to ludzie tworzą ich klimat. 
Oby suto zastawione stoły nie odbijały Wam się czkawką i zgagą :D 
Niech w tych dniach nie zabraknie Wam uśmiechu na twarzy, a słońce zagości w serduchach ! 

Buziaki !
 <3 




środa, 10 grudnia 2014

Ćwiczymy lewą półkulę :)

Czasami nawet nie zdajemy sobie sprawy,że czynności, które wykonujemy codziennie mogą stanowić całkiem niezłą dawkę terapeutyczną dla tych wybrańców, którzy mają problem z mową :) 

W taki oto bardzo prosty sposób możemy ćwiczyć z dzieckiem , stymulując lewą półkulę jego mózgu [odpowiedzialna za rozwój mowy]. 
Zdjęcie koszmarne, bo robione z telefonu, ale nie o to chodzi. 

Zadanie było następujące: 
Wyjmij sztućce z koszyka i powkładaj do pojemnika. 
(potem jeszcze pokazałam gdzie są duże łyżki)

Potomek układa sztućce, różnicując je na małe i duże oraz na rodzaje. 

Nasza logopeda poleca również segregację skarpetek :) oraz czynności, które wymagają naprzemiennego ruchu rąk lub nóg, ot choćby wchodzenie po schodach. 

Wiedzieliście, że te prozaiczne czynności są bardzo stymulujące dla naszych dzieci i pomagają w mówieniu ? :) 


Kiedyś jeszcze napiszę o "codziennej terapii" SI [ zaburzeń integracji sensorycznej]. Jak się okazuje, na co dzień dzieciaki wykonują mnóstwo czynności, które pomagają im się "dostymulować"- jak mawiają w żargonie terapeutycznym :) 


piątek, 5 grudnia 2014

Kluski [kopytka] z warzywami /bezglutenowe/ wegańskie

Jak przemycić kalafior i fasolkę szparagową dziecku, które nawet na te warzywa nie spojrzy, o skosztowaniu nie wspomnę? 

W KOPYTKACH ! :) 

Potomek jest klasycznym antywarzywniakiem
Toleruje jedynie pomidory i paprykę, z resztą muszę kombinować. 
W plackach jaglanych przemycam pora i zieloną pietruszkę, w zupach warzywnych uciekam się do bardzo drobnego krojenia warzyw i dodawania ryżu lub makaronów, wówczas , niechętnie, ale jednak z sukcesem , porcja warzyw zostaje wtrząśnięta. 
Surówka?? Zapomnij Matko ! 
Jedyne, co udaje się wrzucić na ruszt w postaci surowizny to tarta marchewka z jabłkiem, ale dobre i to :) 

Od kilku miesięcy mam niezły patent na przemycanie tego, czego nie znosi całym sercem, choć nawet nie wie czasami jak to smakuje, bo przecież Książę nawet nie raczy skosztować. 

KOPYTKA
 [choć u mnie zawsze wychodzą niekształtne i nazywam je kluskami :) ] 

Robię je na dwa sposoby. Pierwszy to podpatrzony w serwisie przepisownia.pl sposób na jaglane kopytka ze szpinakiem. Robię je w wersji wegańskiej, bez jajka, które jest alergenem dla Borysa. 
Drugi sposób to ten dzisiejszy. Czyli klasyczne ciasto na kopytka ( z ziemniaków i mąki ziemniaczanej) , które wzbogacam o ugotowane i zmiksowane warzywa takie jak kalafior i fasolka szparagowa. Czasami dodaję marchewkę lub fasolkę azuki jeśli mam akurat ugotowaną.



Składniki dzisiejszej wersji to: 

250g ugotowanych i wystudzonych ziemniaków 
3 łyżki skrobi ziemniaczanej 
1 łyżka oleju [ ja dałam z pestek winogron] 
4 łyżki mąki gryczanej
sól do smaku [ u mnie himalajska] 
kilka różyczek kalafiora 
kilka fasolek szparagowych 

Wykonanie: 
Fasolkę i kalafiora podgotowuję lekko w wodzie [nie solę]. Wrzucam wszystko oprócz skrobi, mąki i oleju do miksera i rozdrabniam. Następnie dodaję mąkę gryczaną, skrobię i olej  i mieszam na niskich obrotach lub włączam opcję wyrabiania ciasta. Można to zrobić klasycznie - czyli ręcznie.
 Mnie się nie chce :)  

Wyjmuję ciasto na blat oprószony mąką gryczaną lub ryżową i formuję podłużne wałeczki. Jeśli ciasto nie będzie zbite [wszystko zależy od tego jaki dodatek zastosujecie i z jakich ziemniaków będą zrobione] dodaję jeszcze mąki gryczanej, tak aby można było uformować wałek. Potem kroję tak, jak kroi się kopytka. Gotuję w osolonej wodzie 3 minuty od wypłynięcia na wierzch. 
Done!

Potomek w tym przypadku jeszcze nigdy nie zorientował się, jak bardzo Matka go przechytrzyła :)

Smacznego ! :) 



wtorek, 2 grudnia 2014

Z serii : Matka pyta


Zastanawiałam się, czy pojechać prosto z grubej rury, czy to jeszcze nie ten moment :) 
Publicznie trochę się wstydzę [noo, taki ze mnie wstydzioch jeden]. 

Chociaż .... jak mawiają: temat kupy, to temat życiowy :D , a poruszony w towarzystwie świadczy o pewnego rodzaju bliskości między rozmówcami [doprawdy, interesujące :) ] 
A , że Was traktuję jak rodzinę ....
[pauza,chwila zadumy..]

Zatem

...... skoro już wiecie, o czym chciałabym dziś napisać, to musicie uzbroić się jeszcze w odrobinę cierpliwości....... 

Moje dziecko ma problem ! Dwójkowy, że tak to ujmę delikatnie. 
Już bardzo dawno temu udało nam się opanować trudną sztukę manipulacji zwieraczami układu moczowego.  Tzn Potomkowi !! ......ja - nie chwaląc się oczywiście [ na drugie mam przecież Skromność, a na trzecie Delikatność]  już  dawno to potrafię :) Chyba nie wątpiliście, co ? :) 

[ Że zajadę takim offtopem.... Nie wiem o co cho..., ale wszystkie matki , w tym ja, jak jedna <i nie znam takiej, która choćby raz się tak nie wyraziła!>, mówią o swym dziecku w 1. osobie liczby mnogiej! Co to za cholerna mania dożywotniej symbiozy?  Nie wiem ! Ale wiem, że MUSZĘ popracować nad wyrażaniem się  w 1. lub 3. osobie liczby pojedynczej. JA, nie MY. ON , nie MY. Nasz piękny język ma tyle ciekawych zagadnień gramatycznych, a my ciągle na skróty i na skróty ... :) ]

ALE WRACAJĄC:

O czym to ? 
A.. o kupie.. no to tak... 
Jest problem z dwójką. 
Powiedzmy, że jedna na dziesięć zostaje schwytana, pożegnana i spuszczona do Wisły. 
Pozostałe mają więcej szczęścia - lądują w kuble na śmieci. 

Pomyślałam, że trzeba może doedukować Potomka.....chciałam kupić taką książkę :) 


Czy ktoś ją może ma i mógłby powiedzieć, czy warto ? Bowiem kolega Google przestawia różne treści wewnętrzne i serio , zastanawiam się :) 

Jeśli uważacie, że zgłupiałam do reszty, możecie napisać 
"Matko Polko i Potomku , nie idźcie tą drogą!" - nie obrażę się ! :) 




sobota, 29 listopada 2014

ORM - postępy vol.2 ( 17 słów)

Mamy kolejne słowa!! 

Tym razem "dobrze" i "ciocia"
( To 15 i 16 słowo - za 5 dni Borys skończy 2,5 roku) 
"Dobrze" wymawia bez "ż", a ciocia tak jakby przez "t". Nie ważne, to się poprawi :) 

O "ciocię" walczyłam długo :) Jakieś pół roku. 
Uciekałam się do różnych sposobów. Pokazywałam zdjęcia z ciociami, zaprowadzałam do cioć, dzwoniliśmy do cioć, słowo "ciocia" pojawiało się kilka razy w ciągu dnia, a gdy zaczął rozpoznawać rodzinne auta i dopasowywać je do konkretnych osób, kupiłam nawet miniaturkę autka cioci, by wymusić to słowo. 
Nie sądzę, żeby najbardziej pomogła nam owa miniaturka :) stawiam na poluzowanie wędzidła i terapie płynące z 3 źródeł, ale bardzo się cieszę, że póki co, w każdym tygodniu pojawia się nowe słówko. 

Obecnie walczymy o słowa: jeść (je), pić (pije), chodź. 

Metoda Krakowska idzie nam kiepsko. Borys nie lubi ćwiczyć w ten sposób. Zmieniliśmy lokalizację zajęć , teraz to MY chodzimy do cioci Ani, a nie ona przychodzi do nas. Na obcym terenie zawsze Borysowi ciężej rządzić, chociaż powiem szczerze - specjalnie go to nie krępuje :) 

Ja w domu nie ćwiczę tą metodą. Nie jestem do końca do niej przekonana i nie bardzo mam ochotę "bawić się" z nim w terapię. Wiem, że daje dużo dobrego jeśli jest konsekwentnie stosowana, zarówno przez logopedę jak i rodziców w domu, i że raz w tygodniu to trochę za mało, no ale.. taką sobie drogę obrałam i taką drogą będę szła :) Poza tym do czegoś Wam się przyznam. Bardzo nie lubię tych ćwiczeń. Robię to tylko dlatego , że muszę. Nie mam do tego ani serca ani cierpliwości. Może dlatego też i Borys ma ich dość...?  Kto wie....
Ale na prawdę ciężko pałać do nich sympatią, wierzcie mi :)

Powoli staram się wychodzić z roli rodzica, który musztruje. Za radą pewnego tajemnego zgromadzenia :) zaczynam delikatnie odpuszczać Borysowi, dając mu więcej luzu licząc, że się odblokuje. Sobie też odpuszczam..... z tym chyba najciężej mi idzie. Z Borysem pracują wykwalifikowani specjaliści dwa lub trzy razy w tygodniu, naszej niani pokazałam kilka zabaw, w które mogą się razem bawić, więc dwa razy w tygodniu i ona stymuluje jego rozwój. Wystarczy. Teraz Borys będzie miał mamę, a nie policjanta :) 

P.S. Wprowadzanie glutenu idzie nam bez zastrzeżeń. :) 


***
P.S. 2 . Dziś kolejne słówko, mianowicie "Baz" czyli Buzz Astral :P (zaliczam jako nr 17)