czwartek, 30 października 2014

Matka dba o urodę vol.1

Co tu opisywać....
Siwego coraz więcej, a pierwsze pojawiły się już na studiach. Takie stresujące były widocznie :) 
Zmarchy w coraz większej ilości zaczynają zamieszkiwać facjatę matki...
....
30tka już jakiś czas temu minęła
.....
Matka się posunęła.. w czasie...

Czas porządnie o siebie zadbać!

Od jakichś 8 miesięcy dbam od wewnątrz, czyli zwracam uwagę na to co jem, co kupuję, gdzie kupuję, itd. Rezultaty widzę nie tylko na skórze, ale głównie w szafie - bowiem garderoba jest o jakieś dwa numery za duża :)

Teraz wpadłam na to, że zacznę dbać o siebie od zewnątrz.
Zaczynam od twarzy.

Natchniona jakimś artykułem znalezionym przez przypadek, będąc posiadaczką naturalnego olejku arganowego przywiezionego przez szanownego teścia i jego żonę z podróży zagranicznej, postanowiłam własnoręcznie, sposobem domowym, sporządzić płyn dwufazowy do demakijażu.

I oto on :

Aby go zrobić własnoręcznie w domu potrzebujecie : 

25ml hydrolatu lub wody źródlanej lub wody różanej z eko sklepu czy domowej roboty
17 ml oleju bazowego 
2ml olejku rycynowego 

Wlać do pojemnika, zabełtać :) , gotowe! 

Ja trochę zmodyfikowałam ten skład, ponieważ nie miałam hydrolatu, ani wody różanej. Za to byłam w posiadaniu wody źródlanej , a chciałam wykonać ten specyfik już, teraz, natychmiast.
Dałam więc 25 ml wody źródlanej i 20 ml oleju arganowego. Z olejku rycynowego zrezygnowałam, ponieważ mam złe doświadczenia z nim związane. Moja siostra wysuszyła sobie rogówkę oka, aplikując wacikiem olejek bezpośrednio na rzęsy w ramach kuracji, lądując tym samym późną nocą na SORze , ze światłowstrętem, opuchlizną i ze mną w roli zestresowanego kierowcy :) .
Zatem trochę się boję stosować go do oczu.

Płyn jest R.E.W.E.L.A.C.Y.J.N.Y !!!!
Idealnie radzi sobie z demakijażem, bez specjalnego tarcia oczu. Jest lepszy od wszelkich płynów miceralnych jakich używałam. Jestem bardzo zadowolona! I serdecznie polecam. Oczy nie szczypią, są nawilżone, rzęsy odżywione.

Płyn dwufazowy używam tylko do zmywania oczu. Nie mam jeszcze profesjonalnej buteleczki, planuję zakupić szklaną z dozownikiem, jeśli tylko napotkam lub zużyję jakiś inny kosmetyk. 
Trzymam go w szklanej buteleczce po soku dla dzieci. Aplikuję na oczy wacikiem, bezpośrednio po wstrząśnięciu mikstury, czyli klasycznie tak, jak to się odbywa przy kupnym płynie dwufazowym.
Do sporządzenia go możecie użyć dowolnego oleju, nawet oliwy z oliwek, najlepiej nierafinowanej. Trzeba sprawdzić, który olej najlepiej współgra z naszą cerą.

Poszłam dalej za ciosem i wywaliłam wszystko, co miałam w szafce do mycia facjaty.

Od tygodnia zmywam twarz olejami. Najpierw zmywam oczy płynem dwufazowym. Potem mieszam nierafinowany olej z pestek winogron z kilkoma kroplami olejku rycynowego ( 2-3 krople) i jadę z koksem masując twarz tą miksturą. 
Potem przykładam do twarzy ściereczkę z mikrofibry (zwykłą, najprostszą ze sklepu, którą używam tylko do tego) namoczoną w dość ciepłej wodzie. Trzymam chwilę, znów przepłukuję w ciepłej, nie gorącej wodzie, i powtarzam dwukrotnie tą czynność. Na sam koniec przemywam twarz zimną wodą, aby zamknąć pory. 
Skóra jest idealnie zmyta i przede wszystkim nie mam tego okropnego uczucia, że część kosmetyku została na twarzy, wtarta wacikiem podczas zmywania. 

Na sam koniec odmierzam małą kroplę specyfiku, który kupiłam miesiąc temu za grosze w Rossmannie: 



rozcieram go między palcami i wklepuję delikatnie w twarz. Woda w Krakowie mi nie służy, jest twarda i mocno wysusza, zatem po zmyciu makijażu olejami i wykończeniu zabiegu wodą z kranu, moja skóra jest odrobinę napięta, znacznie mniej niż po specyfikach sklepowych do mycia twarzy, ale jednak.... Olejek Alterra niweluje ten dyskomfort idealnie ! 

A Wy? Jakie macie doświadczenia z OCM i naturalnymi kosmetykami do twarzy?
Czy robię wszystko poprawnie? 
Dopiero zaczynam i chętnie wysłucham cennych rad, śmiało! :)

  


poniedziałek, 27 października 2014

Kokosowe placebo na każde zło tego świata :)

Znalazłam bardzo fajny przepis. 
Trochę go zmodyfikowałam i udały się nam babeczki, które mogą posłużyć jako nagroda czy przekąska dla dziecka, albo po prostu niedzielny deser :) 

Są smaczne i słodkie, mimo, że bez cukru. 
Nie zawierają glutenu, mleka, jajek. 
Są szybkie w wykonaniu i nie trzeba ich piec. 

ZDROWE!!!

Idealne dla alergików 
<chyba, że ktoś jest uczulony na kokos albo miód :) >


Składniki :

spód:

2 filiżanki wiórek kokosowych 
1 łyżka miodu 
1 łyżeczka zaparzonej mięty 
(zaparzyłam miętę wodą o pojemności około 50ml) 

wierzch: 

6 łyżek oleju kokosowego albo masła klarowanego 
4 łyżki karobu albo kakao 
1 płaska łyżka miodu 


Wykonanie: 
Do miksera ( ja użyłam wysokoobrotowego) wrzucamy składniki "spodu" i miksujemy na największych obrotach przez parę minut , zgarniając co jakiś czas masę ze ścianek naczynia. Miksujemy dopóki nie utworzy się lepka masa kokosowa, o konsystencji podobnej do masła klarowanego. 
Wykładamy masę do silikonowych foremek ( u mnie 6 sztuk o standardowej wielkości mufinek ) , dociskamy i zaczynamy robić warstwę kakaową. 
Miksujemy składniki "wierzchu" mikserem lub robotem , wykładamy do foremek na białą masę. 
Wkładamy do lodówki na parę godzin <po 30 minutach już się ładnie wyjmują z foremek>. 


VOILA! 
That's it! 
Proste, nie ? :) 




oryginalny przepis pochodzi stąd: 
https://wholefoodsimply.com/peppermint-creams/


niedziela, 26 października 2014

Rok po oparzeniu

24 października minął rok od oparzenia, któremu uległ Potomek. To był chyba najcięższy okres w naszym życiu. Myślę, że dużo bardziej ciężki niż 2 wyjęte miesiące z życia, kiedy nasze dziecko podejrzewane było o zachowania ze spektrum autyzmu.
To dzień, który rozpoczął nowy okres w życiu Potomka i naszym, generalnie całej rodziny.
To dzień, który odwrócił nasze życie o 180 stopni.
To dzień, który nigdy nie powinien się wydarzyć.
Zaczął się od upadku i rozcięcia czoła, co poskutkowało wizytą u chirurga [TUTAJ]. Kilka godzin później zdarzyło się coś, co odwróciło nasze życie do góry nogami [KLIK] .
Nie obchodzimy rocznicy, nie chcemy tej daty pamiętać. Do końca życia w mojej głowie zostanie widok skóry ściągniętej razem z bodziakiem, do końca życia zapamiętam drogę do szpitala i błagalny wzrok nierozumiejącego sytuacji Potomka, wrzeszczącego z bólu. Do końca życia zapamiętam stan skóry po ściągnięciu opatrunków i jedną wielką, czerwoną, podkrwawiającą ranę zajmującą ponad 1/5 części ciała mojego wówczas 17 miesięcznego dziecka . 

Po roku można napisać, że wszystko skończyło się dobrze. Przynajmniej w kwestii dotyczącej obrażeń skórnych u Potomka. Możliwe, że następstwem tego wydarzenia i późniejszego zapalenia krtani jest kandydoza, z którą walczymy do dziś. Nikt nigdy nie odpowiedział nam na to pytanie. Możliwe, że grzybica ma też inne podłoże, ale to dopiero badamy. Jeśli  się czegoś nowego dowiemy, na pewno dam znać :) 

Nie jesteśmy już pod opieką chirurga plastycznego. Walczymy samodzielnie. Blizny bardzo ładnie się goją, chociaż wdał się bliznowiec. Swoją drogą , jakby ktoś z Krakowa mógł polecić dobrego chirurga plastycznego leczącego oparzone dzieci , będę wdzięczna. Chciałabym udać się na konsultację. Lekarz może też być z okolic Śląska czy Kielc. Mamy niedaleko :) 

Stan aktualny 

Obecnie Potomek posiada bliznowca na barku. Na twarzy nie widać żadnych zmian, nawet podczas zmiany temperatur. Na brzuszku widnieje tylko lekko brązowa linia ukazująca zarys rany, ale myślę, że z czasem zblednie. I tak teraz widzę ją tylko ja :) Mało kto może się jej dopatrzeć.

Leczenie 

Na początku, tuż po wyjściu ze szpitala, natłuszczaliśmy ranę balsamem peruwiańskim, potem Alantanem i Linomagiem. Kąpaliśmy gościa w emolientach przez dwa miesiące. Gdy rany się zagoiły stosowaliśmy przez okres zimowo-wiosenny plastry Granuflex Extra Thin.


W lecie zrobiliśmy przerwę, plastry się odklejały, nie trzymały się na skórze. W związku z  panującymi w owym czasie teoriami dotyczącymi jego rozwoju nie miałam siły się tym zająć. W sierpniu ponownie zaczęłam czytać o oparzonych dzieciach i wygrzebałam informację o maści Kelo-cote.

Stosujemy ją od dwóch miesięcy. Tylko na bliznowca na barku. Jest to dość droga maść, około 100 zł za 6g opakowanie, ale bardzo wydajna w naszym przypadku, ponieważ blizna jest stosunkowo niewielka. Wciąż używamy tego samego opakowania. Widzimy sporą poprawę . Mała blizna , zlokalizowana najbliżej szyi jest już całkiem płaska, a większa z blizn zbledła i naszym zdaniem znacznie zmalała. 
Tak było w lipcu : 

Tak jest dziś : 


Zobaczymy , co przyniesie czas. Mam nadzieję, że uda nam się zniwelować zmiany na skórze na tyle na ile tylko się da. Najważniejsze, że odkąd stosujemy tę maść Potomek nie drapie się już w miejscu blizn, co oznacza, że skóra nie jest napięta i nie tworzą się zrosty. Teraz musi być już tylko lepiej :) 





sobota, 25 października 2014

Pan Romek i spółka czyli jak podcięliśmy wędzidełko Potomkowi

To lecimy z koksem nadrabiając zaległości :) 

Taka sytuacja:

Siedzi matka z ojcem w poczekalni u laryngologa. Między nimi siedzi 30 miesięczny Potomiasty. Wszyscy przyszli po to, by skonsultować wędzidełko językowe z poleconym panem doktorem. Chociaż , jak mniemam Potomiasty przyszedł po prostu pooglądać książeczkę o Kubusiu Puchatku i raczej nie ma pojęcia, co się będzie działo. 
Matka myśli : trzeba przygotować pacjenta psychicznie do sprawy. 
Opowiada więc Dziecku o tym, że za chwilę pan doktor poprosi go o pokazanie języczka, że wtedy trzeba go ładnie wystawić, tak jak to zazwyczaj robią z mamą przed lustrem. 
Wtedy odzywa się ojciec : "Nie nakręcaj Go! Bo się zablokuje."
Matka myśli: "Nie no jasne, zablokuje się.... sam jesteś zablokowany" i już to miała powiedzieć głośno, gdy nagle z gabinetu nr 3 wypadają zbulwersowani rodzice i płaczące dziecko. Za nimi jakiś pan w kitlu... Czyżby pan doktor? Yyyy o co kaman? Co jest grane? 
Jakieś poruszenie, wszyscy ucichli, oprócz rodziców tego dziecka. Matka z ojcem, jakby na znak sygnał kierują swoje głowy mocno w prawo, a nawet lekko do tyłu , wodząc wzrokiem za biegnącą w krzykach i zdenerwowaniu trójką. Potomek dalej żywo zainteresowany Kubusiem Puchatkiem. 
Państwo w kasie proszą o zwrot kosztów badania, tłumacząc , że pan w kitlu , niejaki pan Romek, nie ma za grosz podejścia do dziecka, badanie zostało nie tylko niepoprawnie wykonane, ono po prostu nie doszło do skutku....Pani w rejestracji uparcie twierdzi, że pan Romek robi to kilka razy dziennie i że ma duże doświadczenie. Państwo Rodzice uważają zgoła inaczej. 

Matka głośno przełyka ślinę. 
.......
Patrzy na ojca....widzi białą z wrażenia plamę, jakiś taki... niewyraźny...jakby nie zażył rutinoskorbinu, czy co....(?)

Pan Tata od biegnącej trójki, jak się potem okazało z Babcią na ogonie, która robiła sztuczny tłum w poczekalni , twierdzi, że panu Romkowi trzęsą się ręce i że nie powinien w ogóle wykonywać badania, a takie rzeczy miła pani rejestratorko , są nie do pomyślenia w prywatnej służbie zdrowia.....pan Tata życzy sobie zwrot pieniędzy już, teraz , natychmiast. 

Matka patrzy w dal, a w jej głowie jak echo odbija się zdanie "panu Romkowi trzęsą się ręce....nie ma podejścia do dzieci......panu Romkowi trzęsą się ręce....Romkowi... ręce... trzęsą się....trzęsą...."

Zawał.
No mam chyba zawał!
Serce się zatrzymało.
Pomocy! 
Resuscytacja krążeniowo-oddechowa....
ktoś!?
coś?!
Oczami wyobraźni widzi zakrwawioną facjatę swojego dziecka, niczym wampira po sutej uczcie. 
Głośno przełyka ślinę..ponownie....
Odzywa się ojciec: "Jak my tu trafiliśmy w ogóle? Kim jest pan doktor? Kto Ci go polecił?"

"Noż..psia mać.... trafiliśmy dzięki GPSowi, a czekamy w kolejce do laryngologa. Teraz się zainteresował....W porę." Jej złość przerywa dalsza część akcji. 

Biegnie pani rejestratorka wołając : "Panie Romku, co to się podziało ? "
Pan Romek, starszy i siwy pan , twierdzi, że dziecko się za bardzo ruszało i nie można było wykonać badania, a tata chyba jest przewrażliwiony. 
Drzwi się zamknęły.

Matka cichaczem rusza na zwiady. 
Kimże jest pan Romek?
Niby czekamy w kolejce do gabinetu nr 2, cała wspomniana akcja działa się w gabinecie nr 3, ale może to gabinet zabiegowy? Może to tam dokonują tej strasznej rzeźni na którą dobrowolnie przyszliśmy oddać nasze dziecko??
Gabinet nr 3 to, jak się okazuje, gabinet okulistyczny. Widnieją dwa nazwiska, ale żadne nie należy do pana Romka. 
Kim do jasnej ciasnej jest więc Rzeźnik Roman?? 
Na zwiady wyruszył też ojciec. 
"Te... to okulista był! " oznajmił z miną, jakby mu gumka od majtek poszła.
... Sherlock ...normalnie Sherlock się znalazł...... 

Drzwi do gabinetu nr 2 otwierają się, wychodzi uśmiechnięta, niezakrwawiona pacjentka... jest dobrze, znaczy, że rzeźni nie było :) Pan dr zaprasza. Wchodzimy. Panuje miła atmosfera. Nawet bardzo miła. Serio, nie wiem czy to po prostu nad wyraz miły lekarz, czy po wrażeniach z poczekalni  każdy, kto nie ma na imię Romek okazuje się najmilszym lekarzem na ziemi. 
Mówimy o co chodzi, że mu tu od pani Izy ( na oczy kobiety nie widziałam, ale przybieram minę pewniaka i udaję, że doskonale wiem o kogo chodzi), no i że nam polecono i w ogóle, że chodzi o wędzidełko, czy mógłby zerknąć i takie tam. 
Pan dr przystępuje do badania, Potomiasty wykonuje wszystkie jego polecenia bez mrugnięcia okiem i teraz nad głową matki pojawia się znak zapytania.....czemu to dziecko nie wykazuje żadnego sprzeciwu , jak to ma w zwyczaju robić na co dzień? Biedak.. pewnie się tak ucieszył, że to nie pan Romek go bada, że z wrażenia aż ..... zaniemówił - to chyba nie byłoby odpowiednie określenie w jego wypadku :P taki żarcik, więc wrrrrrrrrrrróćć! .......... że aż postanowił posłusznie poddać się badaniu. 
Pan doktor pokazał mi na żywym przykładzie mego dziecka, na czym polega owo krótkie wędzidełko i dlaczego bez dwóch zdań należy je podciąć. Obejrzałam pacjenta, przyznałam lekarzowi rację, no i co teraz...? W głowie tylko krążą myśli: "Bożeeeee...żeby tylko nie kazał iśc do trójki... do pana Romka...". 
"Jeśli Państwo chcą , to podetniemy dzisiaj" mówi pan dr. 
"A przepraszam... gdzie ten zabieg będzie się odbywał?" - mistrz wywiadu Ojciec przeprowadza dochodzenie. HA!! ON TEŻ SIĘ BOI PANA ROMKA!
"No tutaj!" odpowiada pan doktor. 
"Tniemy!" chórem odpowiadamy. 
Mojemu mężowi rozwiązuje się język, jak zwykle idealnie dopasowując moment do swojego wywodu.... :) no tak już ma... taki typ..... ( pamiętacie tekst  "Nie chce się ksiądz wysikać?") Mówi lekarzowi, że to całe szczęście, że tutaj, bo czekając w poczekalni , jacyś rodzice wyszli spod trójki z krzykiem, że panu trzęsą się ręce i że to nie do pomyślenia, głośno oznajmiając swoje niezadowolenie wszystkim oczekującym. I my myśleliśmy, że to tam podcinają wędzidełka i generalnie posraliśmy się w tej poczekalni w gacie, a to się okazuje... nie zgadnie pan doktor, że to... okulista był.
Przerywam ten marny wywód pytaniem prośbą. Wpadłam na pomysł, że zbadamy przy okazji słuch. Badanie to zalecono nam u logopedy, jako rutynowe, ze względu na ORM. Miałam cukrzycę w ciąży, brałam wiadro leków, dzieć nie mówi - kazali sprawdzić. 
Pan doktor na to : 
"Mhm...nie ma sprawy... okulista zbada dziecko"
"Znaczy pan Romek?"
Okazało się, że pan Romek bada słuch. 
AHA! 
Grejt! Bombeczka. 
W pytkę, że tak to ujmę. 
Po co się babo odzywałaś.....

Ustaliliśmy, że najpierw zbadamy słuch, a potem podetniemy wędzidełko. 
Pan dr zapukał do pana Romka i poprosił go o wykonanie badania na Potomku. 
Jako, że pan Romek długo nie wychodził z gabinetu okulistycznego, w którym badał słuch, uznaliśmy, że może jednak słuch zbadamy innym razem ( taaaakkk.... to na pewno był ten właśnie powód) i póki Potomek ma dobry humor, zajmiemy się wędzidełkiem. Weszliśmy do gabinetu nr 2 ponownie i powiedzieliśmy o swoich planach. 
Pan doktor posadził męża na fotelu, na mężu posadził Potomka, założył swój kask ze światełkiem, ja asystowałam za plecami lekarza wspierając go myślami. 
Najpierw znieczulenie. Miejscowe. O smaku truskawkowym. Potomkowi posmakowało. Nie dziwię się.... wyposzczone dziecko, jemu wszystko smakuje. Ale dzięki temu pozwolił sobie bez problemu wsadzić wacik do buzi i znieczulić miejsce pod językiem. Szczerze powiedziawszy myślałam, że problemy natury "nie ogarnę kuwety" zaczną się właśnie na tym etapie. Ale nie! Wszystko jak na razie przebiega zgodnie z planem. 
Jakie szczęście, że to nie pan Romek tnie wędzidła......- myśli matka :) 
Ale w tym momencie przypomniała sobie  wybrane opowieści o podcinaniu tegoż elementu jamy ustnej:

"Będą musieli pewnie przytrzymać dziecko, jedna osoba za głowę, druga za ręce, a trzecia musi odchylać język, tak żeby lekarz dobrze widział, co tnie."

albo tekst pani z rejestracji kliniki stomatologicznej, w której próbowałam jakiś czas temu zarejestrować Potomka do chirurga na tenże zabieg:

"Proszę pani, ten zabieg musi odbyć się w znieczuleniu ogólnym, tj 15 minutowa narkoza , opłata 500 zł. Jeśli życzy sobie pani w znieczuleniu miejscowym zapraszamy po 5 roku życia. No chyba, że zagwarantuje nam pani, że dziecko nie drgnie podczas zabiegu. W przeciwnym wypadku chirurg może nie trafić w wędzidełko i wyciąć nie to co trzeba uszkadzając np dziąsło lub policzek"

(Nasza pani logopeda, gdy usłyszała "po 5 roku życia" oznajmiła, że jeśli się na to zdecydujemy i tak późno wytniemy wędzidełko, to będziemy się bujać z wadą wymowy do 14 roku życia po gabinetach logopedycznych. Dlatego zachęcona opinią jednej z koleżanek odnośnie skuteczności tego zabiegu oraz otrzymawszy kontakt do pana doktora od naszej logopedki, która to otrzymała go od swojej koleżanki po fachu - pani Izy, wybraliśmy się na rzeź :) )

Ale wracając:

Matka nie pamiętała już o tym, że kilkoro znajomych miało nieco inne wspomnienia. Najbardziej w głowie utkwiło jej właśnie to. Zaczęła się więc zastanawiać, za co za chwilę będzie musiała trzymać? Co wybrać? Głowę czy ręce? Cholera, ciężki wybór.....
I podczas tych rozmyślań nawet się nie zorientowała,  kiedy było już po .....
.....
Potomek też. 
O ojcu nie mówiąc, bo od początku był na straconej pozycji.
Nikt nawet nie jęknął, krew nie bryzgała litrami... dziwne... zupełnie inaczej sobie to wyobrażałam.
:)
Wyjęcie nożyczek, odsunięcie patyczkiem języka i podcięcie kawałka Potomkowego ciała trwało 3 sekundy. NA PRAWDĘ! I to bez trzymania i krępowania! Bez krwi! Bez łez! Bez krzyku ! Uwierzycie? :D 

Mokre od potu ubranie, unosząca się woń spoconych ciał, kilka godzin stresu, kilka miesięcy wahania się, co do słuszności zabiegu....200zł, parę sekund, i po krzyku !!!!!!!
I wszyscy szczęśliwi! 

Stwierdziliśmy , że idziemy za ciosem i zbadamy słuch w gabinecie u pana Romka :)

Badanie wypadło pozytywnie. Kolejny sukces. 
Potomek nie płakał, nie kręcił się, pozwolił się zbadać, pan Romek okazał się być przyjemnym starszym panem, aczkolwiek chyba faktycznie lekko zestresowanym sytuacją i faktycznie z trzęsącymi się dłońmi, ale akurat w tym badaniu kompletnie nam to nie przeszkadzało. 

Jesteśmy szczęśliwi okrutnie ! 
I filozof ojciec, i panikara matka, i niczego nieświadomy Potomek. 

W nagrodę Potomek został obdarowany domowymi lodami (oczywiście lodami NIC, czyli bez cukru, mleka , jajek ), zachomikowanymi w zamrażalniku,  które w tym wypadku były świetnym placebo, łagodzącym objawy delikatnie przez Potomka odczuwalnego dyskomfortu. Tak sądzę ja .. matka... bo przecież pacjent nie powie, co czuje. Ruszał do samego wieczora językiem w buzi na prawo i lewo, do góry i w dół, jakby chciał sobie wygrzebać kawałek żarcia z zębów. Ale nie płakał. Nie pokazywał, że boli. W każdym razie swoim zachowaniem zasłużył na nagrodę i medal dzielnego pacjenta! 

Nie wiem, czy zawsze, u każdego laryngologa, tak to wygląda ,  ale jeśli ktoś chciałby dostać namiar na "naszego", już sprawdzonego, z którego jesteśmy bardzo zadowoleni, śmiało piszcie. Podam namiary :) 
Gdyby ktoś chciał skorzystać z usług pana Romka, to również służę :) :) 

No to teraz czekam już tylko na rozwiązanie języka u mego Syna. Jeśli jutro powie "Gibraltar", to się nie zdziwię. Wcale, a wcale ! 

Miłego weekendu !!! 



poniedziałek, 20 października 2014

Ćwiczenia poprzez zabawę cz.4


Mamy do pokazania kolejną fajną zabawę z cyklu domowe Montessori. 
To część domowej terapii logopedycznej dla dzieci z opóźnionym rozwojem mowy. 

Potrzebne będą : 

kolorowy papier 
kilka kolorowych pojemników, pudełeczek
penseta 

Z kolorowego papieru wycinamy paseczki i składamy je w harmonijkę. 
Dobieramy kubeczki takich w takich samych kolorach jak harmonijki ( lub odwrotnie :) ). 
Pożyczamy dziecku swoją pensetkę. 


Zadanie jest proste. Należy włożyć harmonijkę do kubeczka o tym samym kolorze posługując się pensetą. Dla Potomka było to za trudne. Póki co pomagał sobie drugą rączką. 


 A potem preferował wkładanie tylko paluszkami. 

Zabawę można skończyć zdmuchiwaniem papierków ze stołu ustami lub przez słomkę. 
Niestety model zwiał i nie mogłam cyknąć fotek :) 

Ćwiczenie stanowi część terapii SI, stymuluje lewą półkulę mózgu ( odpowiedzialną za mowę), poprawia sprawność paluszków, uczy klasyfikowania przedmiotów wg cech ( w tym wypadku kolory). 









piątek, 17 października 2014

Ciasto jabłkowo bananowe ( wegańskie i bezglutenowe )

Z profilu fejsbukowego dowiedzieliście się o kryzysie na placu zabaw, który polegał na tym, że akurat danego dnia nie przygotowałam na przekąskę niczego, co zastąpiłoby drożdżówki, które jadły dzieci.
O ile czasami posiłki innych dzieci wcale Potomka nie interesują, tak owego dnia dramat polegał na integracji wszystkich dzieci, której powodem było wspólne jedzenie i dzielenie się swoimi drożdżówkami.  Wszystkie jadły to samo, on biedak stał i patrzył, a potem nawet płakał. Na różne rzeczy i pokarmy mogłabym przymknąć oko... niestety drożdżówka należy do produktów, których bezwzględnie nie może spożywać. Każdy jej składnik jest dla Potomka szkodliwy. Nawet nie mogę jej zrobić w domu samodzielnie używając zamienników, bo czym zastąpić drożdże w DROŻDŻÓWCE? 

Sięgnęłam więc do swojego archiwum i wygrzebałam przepis na ciasto NIC. 
Jest smaczne. Powiem Wam szczerze - z perspektywy kogoś kto może jeść wszystko mogłabym napisać, że jadłam smaczniejsze ciasta :) ale serio.... jak na ciasto które jest zdrowe, bezcukrowe, beznabiałowe, bezjajeczne, bez proszku do pieczenia, drożdży i konserwantów - 
PO PROSTU NIEBO W GĘBIE ! :) 



Oryginalny przepis pochodzi stąd : 
http://mniammniamvege.blogspot.com/2014/09/jaglanaszarlotka.html

U mnie to wyglądało tak : 

Składniki: 
ok.300g kaszy jaglanej suchej
5 średnich jabłek 
3/4 szklanki suszonych daktyli 
1 średni banan 
4 łyżki mąki gryczanej 
1 łyżka cynamonu 
pół szklanki wody 

Wykonanie: 
Banana zmieniłam z jabłkami, daktylami i wodą. Nie moczyłam ich wcześniej, bo jeśli robisz ciasto w urządzeniu wysokoobrotowym, to nie trzeba tego robić. Wsypałam podprażoną kaszę jaglaną ( można przelać wrzątkiem i wypłukać), mąkę gryczaną i cynamon. Wymieszałam w urządzeniu na małych obrotach. Tortownicę wyłożyłam papierem do pieczenia i wylałam  ciasto :) Moja tortownica ma średnicę 24 cm. Piekłam jak w przepisie oryginalnym : 200 stopni, 65 min. Nie robiłam masy daktylowej na wierzch. 
Następnym razem przykryję ciasto na początku pieczenia folią aluminiową, ponieważ na wierzchu zrobiła się chrupiąca warstwa kaszy jaglanej, która się lekko przypaliła i nie upiekła. Więc trochę ją czuć między zębami. :) Ale ujdzie :) 

Ciasto dla kogoś, kto nie przepada za słodkim smakiem będzie w sam raz ! Dla smakoszy słodkości wypadałoby go jeszcze moim zdaniem dosłodzić. Ja tego robić nie będę, bo nam pasuje właśnie takie, jakie wyszło.

Dzieciakom smakowało !!!! 
Znaczy, że dobre :) 

Tak sobie myślę, że to jeden z lepszych sposobów na przemycenie owoców, daktyli i kaszy jaglanej dla wszystkich niejadków, a jednocześnie fajny deser dla alergików. 


Smacznego ! 





wtorek, 7 października 2014

Taka sytuacja !

Wyobraźcie sobie, że dzisiaj do Potomka, kiedy byliśmy na spacerze, przyszła Myszka i ugryzła jego smoczek !!!! Wyobrażacie sobie ???? Co za wstrętna Myszka :) ??

Początkowo nikt nie zauważył różnicy. 
Wszystko było w porządku. 
Ale po minucie ssania przedrzemkowego okazało się, że coś jest nie tak
Potomek uważnie obejrzał swojego przyjaciela, i okazało się, że w gumie jest dziurka po ząbkach Myszki ! 

NIE DO WIARY! 
CO ZA PSIKUS! 

Dzwoniliśmy już do Pana Józka, który naprawia nasze sprzęty, gdy się popsują, np telewizor, komputer, telefon.... Ale nie odebrał telefonu.
 Jak pech to pech ! 

Dzwoniliśmy też do babci Basi, opowiedzieć jej, jaki numer wykręciła Potomkowi Myszka. 

Na początku było zdziwienie. I brak wiary w to, co się aktualnie dzieje. 
Następnie okazało się, że Potomek nagle przestał jednak być śpiący. 
Po 40 minutach senność powróciła, ale niestety razem ze złością. 
Przyznam, że moja cierpliwość dobiegała ku końcowi, mimo , że psychicznie przygotowywałam się na ten moment parę dni. Jestem jednak dumna zarówno z siebie, że się nie złamałam jak i z Potomka, że w końcu przytulił się do poduszki i zdecydował się jednak usnąć bez swojego przyjaciela, którego odłożył na szafkę nocną.

Pierwsza świadoma , bezsmoczkowa drzemka za nami. Ciekawa jestem jak pójdzie wieczorem. 

Idę zaparzyć sobie wiadro meliski :)