środa, 20 sierpnia 2014

Wakacje alergika.

Mieliśmy nie jechać. Wizja wakacji z dala od mojego bezmlecznego, bezdrożdżowego, bezcukrowego, bezjajecznego , bezcytrusowego, bezorzechowego i prawie bezglutenowego centrum dowodzenia przerażala mnie bardziej niż brak urlopu w tym roku!

Potem mieliśmy jednak jechać :) Uznałam, że pojedziemy na Węgry , bo jest na tyle blisko, że można szybko wrócić w razie co, a poza tym, jako mała dziewczynka jeździłam tam z rodzicami i rodziną  i strasznie miło wspominam każdy wyjazd!! Myślałam sobie, że to wcale nie będzie tak upiorna sprawa jakby się mogła wydawać ,  zabiorę bowiem pół kuchni do samochodu, sprzęt do gotowania, co bym wiecznie w garach nie siedziała, trochę uprzednio zrobionych weków i jakoś damy radę ! Taki był plan. Łącznie z planowaną jazdą w ciemno, bo mózg mi się lasował od wyszukiwania ofert w necie. Jak już iść - to na żywioł :D Życie nauczyło mnie nie planować !

Ale za namową znajomych , uznaliśmy, że dołączymy do ich polskich wakacji w górach. Tym bardziej, że po wstępnych rozmowach, szef kuchni w hotelu, w którym zarezerwowaliśmy nasz wypad za miasto ( :P ) obiecał, że jeśli tylko podam przykładowe menu, to będzie gotował specjalnie dla Potomka (!!!!).

Me oczy od razu się mocno zaświeciły !! Prawdziwe wakacje! Pewnie w deszczu i słocie, jak na polską prawieżejesień przystało, ale co tam, nie ważne !! Ważne, że wyjdę na parę dni  z garów :)
W ramach oferty mamy zapewnione jedynie śniadania i obiadokolacje.
Potomek jednak je 5 posiłków dziennie i , jak sami wiecie, menu ma dość ograniczone. Zaczęłam się zastanawiać, co w przypadku pozostałych posiłków. Jeden mogę załatwić owocami, które kupię w każdym sklepie, tam na miejscu. A co z resztą ???
( czyli nie jest jednak tak różowo jak sobie myślałam na początku :) ale to nie ważne! damy radę!)

Macie może jakieś wskazówki co do wycieczek/wakacji z alergikami ?? ( bo to mniej więcej ten sam typ wakacji).
Jak sobie radzicie? Na co zwrócić uwagę ? Co zabrać ze sobą, biorąc pod uwagę, że mamy do dyspozycji tylko pokój hotelowy, zero miejsca do gotowania i małą, pokojową lodóweczkę.

Będę wdzięczna za każdą uwagę ! 


środa, 30 lipca 2014

Przepisy - Baklażan z sosem warzywnym i słonecznikiem





Jeden z przepisów naszej pani dietetyk, a w zasadzie kombinacja dwóch z nich :) 

Bakłażan z sosem warzywnym i słonecznikiem

Składniki:
1 bakłażan
1 łyżka masła klarowanego 
1/4 szkl posiekanych nasion słonecznika lub pestek z dyni 
1 łyżka octu balsamicznego 
1/2 szklanki wody lub sosu warzywnego 
sól, pieprz

Bakłażana umyć, pokroić w plastry, posolić i odstawić na 20 minut. Następnie opłukać, osuszyć papierowym ręcznikiem i upiec w piekarniku w naczyniu uprzednio wysmarowanym łyżką masła klarowanego. 
<ja skropiłam dodatkowo bakłażana olejem ryżowym z wierzchu i wrzuciłam do piekarnika na 15 minut na opcję grill>

SOS: 
Rozgrzać masło , uprażyć namoczony słonecznik <wg naszej pani dietetyk ziarna powinny być moczone przez co najmniej 12 godzin, ja nie moczyłam , bo zapomniałam :) >, wlać wody lub sosu warzywnego , zagotować, przyprawić. Bakłażany podawać polane sosem z pieczywem. 

To jest wersja oryginalna przepisu, ja jednak zamiast powyższego sosu zrobiłam taki
 ( też troszkę zmodyfikowany) : 

Sos warzywny: 
50ml wody ( można dać więcej, ja chciałam uzyskać konsystencję marynaty)
10g ( łyżka) zieleniny 
10g ( łyżka) pestek dyni
10g ( łyżka) słonecznika 
1 łyżeczka suszonej mielonej włoszczyzny 
1 łyżeczka oliwy 
1 łyżeczka musztardy 

Wsypać na wrzątek suszoną włoszczyznę, wlać oliwę i gotować 5 minut. Wsypać pestki dyni i słonecznik, zagotować. Dodać musztardę i zieleninę i zestawić z ognia. Zmiksować jakieś 4 sekundy, tak żeby lekko rozbić słonecznik i pestki. Sos jest gęsty, ma konsystencję lejącej się pasty, marynaty, etc. 

U nas to była kolacja, jedliśmy z Potomkiem zagryzając pieczywem. Połowę porcji po upieczeniu obrałam ze skórki, tzn wykroiłam po prostu miąższ tegoż bakłażana , potraktowałam sosem i rozsmarowałam mu na kromki chleba. Początkowo się opierał, ale w końcu przekonał się do smaku. Mnie smakowało okrutnie !!! 

Bakłażana można zaserwować  jako dodatek do mięsa grillowanego, czy po prostu w ramach surówki obiadowej. 
Polecam. Pycha !!! 

Zdjęcia chwilowo brak, ponieważ za szybko nam danie wyszło z kuchni :) Przy kolejnej okazji nadrobię zaległość :) 



wtorek, 29 lipca 2014

Testujemy - Kubek Safe Sippy 2w1




Ten kubek mamy od bardzo dawna. Nie pamiętam dokładnie , kiedy go zakupiłam, ale podejrzewam, że było to ponad rok temu. Zdecydowałam się go nabyć za radą jednej ze znajomych mam. 
 
Safe Sippy 2w1 to  kubek niekapek (bidon) oraz kubek ze słomką w jednym naczyniu. Części wymienne są wewnętrzne, czyli nie wymieniamy nakrętek, a jedynie zaworek. W zestawie mamy do dyspozycji 3 zaworki: dla słomki, dla kubka niekapka i zaworek zatyczka. Kubek wykonany jest ze stali nierdzewnej wysokiej jakości , wolnej od BPA (ofc :) ), osłoniętej otoczką z gumy, która zabezpiecza dziecko przed poparzeniem ( kubek się nagrzewa, co logiczne, jeśli wlejemy do niego ciepłą ciecz) i jednocześnie powoduje, że schłodzone napoje nie grzeją się tak szybko w lecie. Dodatkowo , co widać na obrazku, posiada plastikowe uszy, które ( tak myślę - bo Potomek nic na ten temat jeszcze nie powiedział :) ) umożliwiają dość wygodne i praktyczne użytkowanie kubka.

Kubek jest dość ciężki, niestety. A może inaczej - nie jest tak lekki jak plastikowe cuda, ale nasz Potomiasty od początku całkiem nieźle sobie radził. Producent oferuje ten przedmiot dla dzieci powyżej 6 miesiąca życia, moim zdaniem jednak, idealnie nadaje się on dopiero dla staruchów - czyli co najmniej roczniaków :) 

To tyle w kwestii informacji. 
Teraz opinia własna :) 

Kubek jest super !! Aczkolwiek ma swoje wady :) Na prawdę, ale słuchajcie - na prawdę - nie ma rzeczy ani ludzi idealnych i tak też jest z tym bidonem :) 

Co w nim lubię ?
  • aparycję :) czyli design. To, że ma wiele kolorów, dość ciekawych zresztą. Marzyłam o fioletowym, ale nigdzie nie mogłam dostać, więc zadowoliłam się niebieskim. Wygląda na prawdę fajnie ! 
  • trwałość. Powiem szczerze - w ogóle o niego nie dbamy ! A jest jak funkiel nówka - nie śmigany i to po roku. Nic się nie urwało, nic nie ułamało, nic nie pękło, w sumie to nawet ta stal się nie porysowała :) A Potomek przejeżdża po nim co najmniej raz dziennie swoim jeździkiem.
  • ustnik - fajny, twardy, wytrzymały  i niezniszczalny. Odporny na ząbkującego i gryzącego wszystko co popadnie terrorystę ! 
  • upadając zawsze spadnie na boczek ! Serio ! :) Nawet piaskownica mu nie straszna! :) Ustnik po upadku kubka nie dotyka ziemi! A że my, na co dzień i od święta stosujemy zasadę 5 sekund , to jak można się domyślić dla nas to kubek idealny :)
  • zimą idealny na spacery. Wychodząc z domu, zalewałam bidon wrzątkiem , po czym po 40 minutach spaceru mogłam jeszcze zaoferować Potomkowi cieplutkie picie dla rozgrzania ciałka. 
  • w lecie również - ale szczerze -  z tą kwestią radziłam sobie całkiem nieźle i ze zwykłymi bidonami. 

Czego w nim nie lubię ? 
  • nie lubię go myć. Chociaż i tak jest stosunkowo prosty do umycia i wygrywa w przedbiegach jeśli chodzi o inne kubki. Jeśli wlewamy do niego tylko wodę, to z myciem jest tzw luzik. Natomiast moim zdaniem nie nadaje się ( jak każdy bidon zresztą) do podawania w nim soków czy herbat. Wówczas na częściach wewnętrznych kubka, uszczelkach i zaworkach tworzy się ciężki do usunięcia osad. Z tym można sobie łatwo poradzić jakąś szczoteczką i dobrze doszorować, chociaż z zaworkiem miałam problem, ma kilka dziurek oraz krzyżyk przy ustniku i domycie tego z osadu po soczku trwało dość długo. Szkoda, że jego silikonowe części ( czyli zaworek) nie są wymienne. Jeśli zaś chodzi o ustnik, to aby go wyczyścić trzeba dysponować "specjalnym" sprzętem. Myślę sobie, że mogliby go dołączać do zestawu!! przydałby się każdemu użytkownikowi :) A mowa tu o malutkiej szczoteczce do butelek. Dawno temu, za czasów Potomkowego szczenięctwa kupiłam komplet szczotek do czyszczenia z Canpola czy jakiejś innej tanizny. Tą najmniejszą, maluteńką, zaczęłam używać dopiero do czyszczenia Safe Sippy.  Ma ona średnicę dokładnie tego ustnika i idealnie w niego wchodzi, zatem można swobodnie go wyczyścić ( ot chociażby z tego, co w ciągu dnia Potomek tam napluje :) ). Wiem, że inne mamy radzą sobie ... patyczkami do uszu :)  
Mogłabym jeszcze napisać, że jego wadą jest cena, ale tego nie napiszę :) bo od kiedy go mam, nie kupiłam żadnego innego kubka ( poza jednym plastikowym z rurką, w którym to miałam podawać Potomkowi kaszę albo probiotyki, no ale jednak się przeliczyłam i stoi w szafce nie używany), czyli można powiedzieć, że przez ten rok jego koszt się zwrócił, a przez kolejne lata będzie na siebie zarabiał :)

Safe Sippy 2w1 
Producent : Kid Basix 
foto ze strony : http://babyuniverse.com.pl



 

niedziela, 27 lipca 2014

The Perfect Housewife

W życiu dążymy zawsze do tego, by być najlepszym. Każda matka, przyznajcie Drogie Panie, pragnie być idealna!! Już wiemy, że ideałów nie ma :) ale jeśli przypadkiem uważacie się za takowy, albo waszym największym marzeniem jest osiągnięcie tego levelu w swoim idealnym życiu, to zapraszam do inspirującej lektury. 

Jak być chodzącym ideałem ? 

Dzień z życia matki idealnej  <prawie taki sam jak ten [ CZYTAJ ] >

  • wstaje z łóżka przed wszystkimi, zakłada peniuar ( też nie bardzo wiem, co to jest, ale podobno zwykle bywa przejrzyste i gdzieniegdzie puchate) i przygotowuje zdrowe, idealnie zbilansowane oraz bogate w substancje odżywcze śniadanie, wykorzystując produkty ze wszystkich pięciu grup pokarmowych, zawierające podstawowe kwasy tłuszczowe, minerały i witaminy - po porcji dla każdego
  • Ćwiczy jogę przez godzinę  <albo z Ewką przez pół :) >
  • Uczy się pisowni słowa "pilates"
  • Kontynuuje zestaw wyczerpujących ćwiczeń przez kolejną godzinę
  • Myje i układa futerka wszystkich świnek morskich należących do członków rodziny 
  • Wyprowadza psa na godzinny spacer, tak aby biedaczysko mogło się wybiegać za wszystkie czasy,oczywiście pies nie biega samopas, słucha się matki, bo ta do tej pory zdążyła już ogarnąć go behawioralnie, zatem pies wykonuje wszystkie jej polecenia, łącznie z psimi sztuczkami. Zanim wyjdzie z psem, wyczyści kuwetę kota i nakarmi domową zwierzynę. 
  • Myje, farbuje i układa własne włosy, używając do tego celu tanich produktów z supermarketu, lecz osiągając efekt, jakiego można by oczekiwać po wizycie w salonie fryzjerskim
  • Oczyszcza, nawilża, wygładza skórę. Krem na szyję, krem pod oczy, krem na łokcie, krem do stóp, krem na kolanka
  • Podkład, puder, pomadka,  tusz do rzęs. Podkręca rzęsy zalotką, ćwiczy mięśnie dna miednicy, zaczesuje brwi, wyrywa włoski z nosa
  • Myje zęby 
  • Czyści przestrzenie międzyzębowe przy pomocy nitki dentystycznej 
  • Budzi urocze dzieci. Czyta im "Alicję w Krainie Czarów" ( w oryginale) i wciąga do absorbującej aczkolwiek cichej zabawy , która nie tylko rozwija je intelektualnie, lecz także stanowi źródło tradycyjnej, zdrowej i spokojnej rozrywki 
  • Ubiera wspomniane dzieci w gustownie zestawione, wygodne, włoskie ubranka z importu
  • Budzi małżonka ( jeżeli jeszcze takowego nie ma, powinna się natychmiast o niego postarać), uprawiając z nim euforyczny seks, w czasie którego małżonek dostrzega nagle łudzące podobieństwo do młodej Michelle Pfeiffer; po opadnięciu w bezwładnej ekstazie na poduszki , wykorzystuje czas , omawiając sytuację finansową rodziny 
  • Ponownie układa włosy i robi makijaż 
  • Żwawo i zwinnie wskakuje w bardzo niekosztowne, bo samodzielnie zaprojektowane i uszyte ubranie, które mimo to wygląda jak od Diora
  • Podaje śniadanie 
  • Przy pomocy antybakteryjnego płynu do czyszczenia i/lub ryżowej szczotki maczanej w chlorze ( o zapachu sosny), zeskrobuje kupę z wczorajszych pieluch i ślady wymiocin zaschniętych w rowkach z tyłu sofy 
  • Przeczesuje swój organiczny ogródek w poszukiwaniu gąsienic i uśmierca je ręcznie 
  • Karmi piersią kilkoro dzieci ( twoje też , jeśli trzeba) 
  • Dokładnie wietrzy całe mieszkanie, a na sznurku do bielizny wywiesza w równiutkich odstępach cztery ładunki mokrego prania, które potem powiewają subtelnie na lekkim, cieplutkim wietrze
  • Przygotowuje kilka prezentów bożonarodzeniowych ( z trawy morskiej, kawałków drewna wyrzuconych przez morze i suszonego grochu) 
  • Robi sobie manicure, własnoręcznie doklejając każdego tipsa 
  • Układa najmłodsze pociechy do przedpołudniowej drzemki, sprawiając przy tym, że wszystkie zasypiają natychmiast i jednocześnie, by zbudzić się po dokładnie godzinie i trzydziestu minutach snu
  • Wyrywa chwasty, nawozi, zbiera plony i konwersuje z roślinami 
  • Ozdabia ścianę garażu mozaiką z kawałków kafelków, która będzie artystycznym wzorcem dla następnego pokolenia
  • Zmywa naczynia
  • Kupuje lub wykonuje własnoręcznie prezenty dla wszystkich krewnych małżonka, pisze i wysyła pocztówki oraz jest na bieżąco ze wszelkimi ploteczkami i problemami starszego pokolenia 
  • Prasuje prześcieradła, ręczniki i kupioną w tym tygodniu bieliznę 
  • Przez kilka godzin poświęca dzieciom maksimum uwagi, proponując im coraz to nowe zajęcia oraz rozrywki ( zawsze odpowiednie dla grupy wiekowej, do której należy dany potomek), optymalizujące ich rozwój fizyczny, psychiczny i emocjonalny, jednocześnie dając każdemu z dzieci poczucie, że to właśnie na nim skupia się cała jej uwaga 
  • Rozwozi dzieci do trzech lub czterech różnych szkół, przedszkoli, domów krewnych  i ośrodków sportowych 
  • Uczestniczy w zajęciach pilatesu 
  • Serfuje po internecie 
  • Flirtuje z przechodzącym strażakiem 
  • Idzie do pracy na pół etatu: niebywale satysfakcjonującej, aczkolwiek nie stanowiącej żadnego obciążenia czasowego, która umożliwia jej branie bez uprzedzenia nieograniczonej liczby dni wolnych w razie choroby któregoś dziecka lub z jakiegokolwiek innego powodu i gwarantującej przychody na tym samym poziomie, co w przypadku przeciętnego, pracującego na pełen etat faceta 
  • Krótka i intensywna drzemka dla podładowania baterii
  • Robi zakupy, nabywając w lokalnym sklepiku tanie, świeże produkty organiczne, a ponieważ pod koniec tygodnia takie produkty nie wyglądają już najlepiej, jak się do sklepu pójdzie tylko raz i sama byłaby sobie winna, więc musi chodzić do niego codziennie 
  • Czyta połowę wysoce edukacyjnej powieści
  • Słucha radia i czyta trzy dzienniki , żeby wiedzieć, co się wokół niej dzieje
  • Poprawia swój push-up 
  • Robi peeling stóp 
  • Sprząta to, co ktoś inny zwymiotował 
  • Drugie śniadanie: odżywcze, szybkie w przygotowaniu, ale ani troszeczkę nietuczące ( jak na przykład kubek trawy morskiej, patyczków wyrzuconych przez morze i grochu) 
  • Obchodzi sklepy z wystrojem wnętrz i kupuje wymiocionoodporne narzuty 
  • Odświeża swoją umiejętność udzielania pierwszej pomocy oraz znajomość języków obcych 
  • Idzie na woskowanie nóg 
  • Na wszelki wypadek woskuje i uszy 
  • Wstrzykuje sobie truciznę w czoło i udaje, że życie nie wytworzyło u niej zmarszczek 
  • Przeprowadza filozoficzną dysputę z trzylatkiem na temat tego, co jest fair a co nie i wygrywa dzięki żelaznej logice wypowiedzi 
  • Chwila dla siebie: może partyjka golfa albo nauka czegoś zupełnie nowego , jak budowa akceleratora cząstek ? 
  •  Ćwiczy perlisty, dziewczęcy śmech 
  • Wypróbowuje nowy, atrakcyjny samochód, który jest idealny dla całej rodziny 
  • Lunch w malutkim bistro, pół karafki wina 
  • Idzie po broszurki do biura podróży 
  • Sprzedaje świeże pączki w szkolnym sklepiku 
  • Razem z całą Polską czyta dzieciom 
  • Kupuje sobie jakiś drobiażdżek : coś z biżuterii lub perfumy ( ewentualnie mały domek na Mazurach) 
  • Odbiera dzieci ( na czas) z różnych szkół, przedszkoli, domów krewnych i ośrodków sportowych 
  • Odbiera dzieci samochodem i przeprowadza z każdym ( indywidualnie) zaangażowaną i bogatą w treści rozmowę, zwracając szczególną uwagę na kwestie nawiązywania więzi, niuanse niewypowiedzianych emocji, okazje do poznania czegoś nowego ( w ich własnym przypadku), ich indywidualne sposoby słuchania i uczenia się, cały czas pamiętając o najważniejszym celu : poczynieniu ważnych kroków , które zadecydują o całym ich przyszłym życiu 
  • Przy pomocy drewnianej łyżki, wykorzystując plony z przydomowego ogródka oraz kurczaka, pochodzącego z ekologicznej, przyjaznej dla zwierząt hodowli, wyczarowuje zdrowy i apetyczny posiłek , który zasmakuje zarówno małżonkowi, jak i dzieciom, a który będzie im serwowała, uwzględniając potrzeby poszczególnych członków rodziny, co pół godziny od 17 do 19.30 
  • Idzie do kina na nową produkcję hollywoodzką 
  • Kąpie dzieci, zwracając szczególną uwagę na ich indywidualne potrzeby, zużycie wody (...)
  • Karmi , poi i odpytuje świnki morskie 
  • Wita powracającego z pracy małżonka odziana w obcisłe "nic" i umieszczone w strategicznym punkcie mango 
  • Bawi się z ubranymi w świeżo odprasowane piżamki dziećmi w rozwijające intelektualnie gry lub słucha z nimi radia, bo przecież nie mają telewizji, tylko zestaw kina domowego do projekcji wyłącznie filmów o wysokiej wartości edukacyjnej
  • Uczy dzieci czytać 
  • I pisać 
  • Sprawdza prace domowe 
  • Szybki numerek z małżonkiem w łazience
  • Podaje dzieciom kolację
  • Sama zjada kolację - tyci kawałeczek fileta z płotki z kilkoma wiórkami świeżej marchwi lub innego sezonowego warzywa, pod kołderką z endywii kędzierzawej 
  • Dyskutuje na temat sytuacji w Kongo , nawiązując przede wszystkim do historii Bawarii
  • Usuwa ślady mazaków z sufitu w łazience, używając do tego celu roztworu octu winnego i sosu tatarskiego 
  • Rozwiązuje krzyżówkę hetmańską
  • Karmi i poi bydło oraz drób 
  • Naprawia i czyści odtwarzacz CD
  • Układa dzieci do snu, opowiadając każdemu inną bajeczkę 
  • Idzie na wieczorny kurs wiosłowania 
  • Czyści dzieciom tornistry i odpowiada na wszelką zaległą korespondencję 
  • Depiluje woskiem okolice bikini, tworząc przy tym skomplikowany i podniecający wzorek 
  • Wypakowuje i myje pudełka na kanapki 
  • Wklepuje w szyję krem nawilżający 
  • Przypomina sobie, że Bawaria nie jest już niezależnym państwem. Uważnie studiuje atlas
  • Szyje kilka prześcieradeł z niebielonego płótna 
  • Sprawdza domowe zapasy przeciwsłonecznego kremu z filtrami, organicznych kostek rosołowych, czystych ręczników, majtek, pudełek na drugie śniadanie, dzieci, narzędzi ogrodniczych, wazoników, mydła i pistoletów do kleju na gorąco. Robi listę zakupów na dzień następny 
  • Płaci rachunki, spłaca debet w banku i wyrównuje stan na koncie, a następnie wkłada wszystkie faktury dla urzędu skarbowego do segregatora z kompletem foliowych koszulek 
  • Zaprasza szeroko pojętą rodzinę na święta 
  • Słucha płyty CD z muzyką relaksacyjną 
  • Szoruje do czysta pożółkłe fugi 
  • Idzie do łóżka 
  • Wstaje, przygotowuje dzieciom drugie śniadanie na następny dzień
  • Wraca do łóżka, gapi się w sufit, odpowiada na pytania, na które nie ma odpowiedzi 
  • Zamyka oczy 
  • Słucha jak gdzieś niedaleko głośno wymiotuje dziecko 
  • Robi sobie przyjemność ruszając do boju ze szczotką i szufelką 
Dzień z życia ojca idealnego 

Słuchaj , zajmę się tą listą, jak tylko wyrzucę śmieci. 


 
A Wy? Ile z tych punktów codziennie spełniacie by być idealnymi matkami i żonami ?? :) 





*Kaz Cooke "Dzieciozmagania z maluchem przez pierwsze 5 lat" 
Follow my blog with Bloglovin

środa, 23 lipca 2014

Candida albicans leczenie

Ostatnio dostaję dużo maili i wiadomości z pytaniami dotyczącymi wyleczenia Potomka ze stanu przerostu grzyba Candida albicans. Chciałabym opisać to tutaj na blogu. Może komuś jeszcze się przyda. 
Jednocześnie informuję, że nie jestem specjalistą w tej dziedzinie :) Część etapu leczenia wykonywałam intuicyjnie. Pomogła nam bardzo nasza pani dietetyk, z którą konsultujemy niektóre etapy leczenia. Jadłospis również układałam samodzielnie, aczkolwiek konsultowałam na bieżąco z dietetyczką. Jedna z mam chłopca, który również chorował na kandydozę przesłała mi kopię swoich jadłospisów, które stosowała podczas leczenia. 
Kwestia wyleczenia Potomka z kandydozy wciąż pozostaje pod znakiem zapytania i nadal nie jest dokończona. Leczenie trwa bowiem bardzo długo. Nawet do 3 lat. 
Opiszę od początku jak wykryliśmy kandydozę i od czego zaczynaliśmy. 


Mniej więcej na początku kwietnia 2014 roku , kierując się sugestią jednej z mam, z którą nawiązałam kontakt, postanowiłam zrobić Potomkowi badania przed udaniem się do konkretnych specjalistów. 
Na podstawie moich obserwacji wspomniana mama, która przechodziła przez część naszych problemów ze swoim dzieckiem, zasugerowała właśnie badanie w kierunku drożdżaków i pasożytów. 

Co mnie niepokoiło? 
  • PRZEDE WSZYSTKIM (!!) nieciekawe, luźne stolce
  • wybiórcze jedzenie (podstawą diety Potomka, gdyby żywić go wg jego upodobań,były produkty mleczne, białe pieczywo, banany, jabłka, słodycz, zero warzyw, mięsa, itp)
  • ochota na wszystko co słodkie : mleko modyfikowane, słodkie owoce, przekąski, białe pieczywo drożdżowe 
  • rozkojarzenie , zupełny brak koncentracji , nadpobudliwość
  • częste pobudki w nocy - zaburzenie snu 
  • budzenie z przeraźliwym krzykiem w nocy , ciężkim do uspokojenia
  • lekko przekroczone próby wątrobowe (badałam w miarę na bieżąco, ze względu na przebytą żółtaczkę noworodkową, która przeciągnęła się Potomkowi do mniej więcej 4tego miesiąca jego życia, zatem od lekarza dostałam zalecenie kontrolowania wątroby , tym bardziej, że jego skóra była wiecznie w kolorze śniadym i "opalonym", a my jesteśmy raczej z serii bledziochów :) )
W pierwszym rzucie zrobiłam badanie w kierunku pasożytów.Materiał złożyliśmy w laboratorium dr Dymona w Krakowie. Ponoć jest jednym z najlepszych specjalistów i w żargonie lekarskim mówi się o nim, że wystarczy by tylko spojrzał na kupę i już wie, czy są pasożyty czy nie. Badanie kosztowało 150 zł, materiał składa się jednorazowo, chyba, że pan Dymon ma jakieś wątpliwości, to w cenie badania składa się materiał ponownie. To starszy pan, bardzo sympatyczny, polecany zarówno przez lekarzy jak i rodziców na forach internetowych. 
Wiem, że wykryć pasożyty jest niezwykle ciężko, ale zaufałam kompetencjom  dr Dymona i już więcej nie badałam. Myślę, że za jakiś czas w razie niepokojących objawów zbadam  kał Potomka ponownie w tym kierunku. 

W badaniu tym , oprócz nieobecności pasożytów, dostałam informację , że mamy do czynienia z dużą ilością drożdżaków. Dr Dymon nie określa rodzaju drożdżaka, jedynie wskazuje na ich obecność. 

Kolejnym krokiem było oddanie materiału do badania w kierunku grzybów. Badanie robiłam w pracowni mikrobiologicznej w Krakowie, przy ul. Daszyńskiego 22. Od razu zleciłam badanie w kierunku bakterii. Wynik jaki uzyskaliśmy, to "bardzo wysoki wzrost Candida albicans" i wynik ujemny jeśli chodzi o bakterie. 
Wiem, że najdokładniejszym badaniem na drożdżaki są badania inwazyjne, ale o tym u nas nie było mowy. Dlatego postanowiłam oprzeć się na tych wynikach, które posiadałam. 
W międzyczasie , za radą dietetyczki ( po przeprowadzonym wywiadzie, dotyczącym zarówno mnie, przebiegu ciąży, wczesnego okresu niemowlęctwa Potomka, jego obecnych nawyków żywieniowych, stanu skóry, wyników podstawowych badań - w tym prób wątrobowych, zachowania Potomka, nieprawidłowości w wypróżnianiu, itp) zleciliśmy wykonanie panelu na nietolerancje pokarmowe. Robiliśmy test Food Detective na podkładach warszawskiego Cambridge Diagnostics. Badanie wykonane zostało w Krakowie, w laboratorium (nie w domu !!) współpracującym z Cambridge. Na wynik czekaliśmy około 14 dni. Początkowo pani dietetyk sugerowała bezwzględnie jak najszybszą diagnozę w kierunku nietolerancji. Jednak po otrzymanej informacji o bardzo wysokim przeroście candida stwierdziła, że radziłaby poczekać do wyleczenia z kandydozy i dopiero potem przeprowadzenie testów na nietolerancję, bowiem istniało  duże prawdopodobieństwo, że alergie są wywołane i spotęgowane przez grzyba i wynik może wyjść zafałszowany. Sugerowała , aby do tego czasu przejść na restrykcyjną dietę bezglutenową, bezmleczną, bezcukrową, bezjajeczną, bez siarczanów, bez żywności wysoko przetworzonej. Uznałam, że sobie nie poradzę z taką dietą ( miała trwać pół roku minimum, potem mieliśmy badać nietolerancje) i jeśli nie ma potrzeby wykluczania glutenu i jajka, to wolę tego nie robić :)  Dlatego sama zadecydowałam o wcześniejszym przeprowadzeniu testów. O tyle mi to ułatwiło sprawę, ze obecnie gluten ograniczamy (2x w tygodniu) a nie wykluczamy i ze wiem o alergii na orzechy i cytrusy. 
O tym, że mamy do czynienia z nietolerancją na mleko wiedziałam przed testami. Na samym początku naszej "przygody" za radą wspomnianej mamy i po konsultacjach z dietetyczką wycofałam mleko odzwierzęce i jego produkty. JUŻ po tygodniu Potomek zaczął lepiej sypiać. Po dwóch tygodniach zniknęła szorstka skórka na łokciach i kolanach. Po trzech - uległo poprawie jego zachowanie. Wykluczając zaledwie mleko i cukier z jego diety spowodowałam, że stal się spokojniejszy, mniej sfrustrowany, mniej pobudzony,  lepiej śpiący i ogólnie rzecz biorąc lepiej funkcjonujący. 

W początkowej fazie był na diecie bezmlecznej, bezcukrowej, z ograniczeniem glutenu ( co drugi dzień). Po otrzymaniu wyników testów, kiedy okazało się, że mamy alergie na mleko krowie, białko jajka <szok! :) >, orzechy i migdały oraz cytrusy, wszystkie alergeny zostały wycofane. Wycofałam również drożdże (i zakwas na 6 tygodni), grzyby ( i tak nie podawałam), gluten oraz WSZYSTKIE owoce ( na 4 tygodnie), suszone owoce, ziemniaki, skrobie ziemniaczaną, tapiokę, wędzone produkty, ograniczałam pozostałe skrobie. 
Przy wycofaniu glutenu w pierwszej fazie leczenia kandydozy osiąga się lepsze wyniki leczenia, organizm małego dziecka nie jest tak bardzo obciążony przez białko roślinne, nie mamy do czynienia z oblepianiem przez gluten ścianek jelita, zatem szybciej działają wszelkie specyfiki naturalne działające grzybobójczo, lepiej wchłaniają się także probiotyki zasiedlające jelita dobrą florą bakteryjną. Owoce wycofałam ze względu na fruktozę. 
Zamiast cukru wprowadziłam ksylitol i stewię, ale też nie przesadzałam z ich ilością. "Słodziłam" cynamonem i wanilią. 
Było BARDZO ciężko. To nie jest takie proste, żeby dwulatkowi, który już ma swoje smaki, tak drastycznie zmienić dietę. Robiłam to stopniowo. Tak jak wspomniałam, najpierw wypadło mleko i cukier. To nie było takie ciężkie, aczkolwiek Potomek dopominał się o mleko, bardzo mu go brakowało. 
Potem ograniczyłam gluten ( co drugi dzień). Późniejsze wykluczenie alergenów i pozostalych produktów już w nas tak nie uderzyło. Jednak najgorzej było z owocami. To był KOSZMAR! Ale jak widać do przejścia :) Poradziłam sobie w ten sposób, że po prostu ich nie kupowałam. Tak samo jak chleba. Tych produktów u nas w domu nie było bardzo długo.
Po około 5 tygodniach zaczęłam je wprowadzać na nowo. Za radą dietetyczki podawałam jeden raz dziennie po 100g owoców sezonowych. Akurat przypadło na okres truskawkowy.Potem malinowy, jagodowy. Dziś podaję nawet arbuza ( mimo wysokiego IG, zawsze mieszam z czymś o niskim IG).
Bazowałam głównie na kaszach bezglutenowych (jaglanej, gryczanej, quinoa), ryżu ( niewiele), mięsie, warzywach, ziołach i przyprawach. Korzystałam z przepisów z blogów Jadłonomia, Smakoterapia, OlgaSmile, Biblia Smaków.
Obecnie dieta Potomka znów przechodzi metamorfozę. Dostaliśmy bowiem spis przepisów od dietetyczki. Dla mnie są one super inspirujące! Potomek dopiero się wdraża. Sukcesem jest to, że zaczął jeść takie warzywa jak pomidor, ogórek kiszony, zieleninę, przemycam też awokado. Przymierzam się do bakłażana i past roślinnych do chleba :) Trzeba stopniowo gościa przyzwyczajać do zdrowych smaków. Niestety kubki smakowe odziedziczył po tatusiu, więc dla niego najsmaczniejsze są potrawy tłuste, smażone , ciężko strawne. Co dla jego wątroby nie jest najszczęśliwszym rozwiązaniem, zatem odtłuszczamy jego dietę. Do tej pory przyzwyczaiłam go do smaku cukinii ( ścierałam ją do placków, kroiłam w kostkę zamiast ziemniaków w zupie), pora, cebuli i czosnku.
Wątroba : 
Jeśli za 3 miesiące , po powtórnych wynikach badań, okaże się, że próby wątrobowe nie są przekroczone, oznaczać to będzie , że była obciążona przez kandydozę i alergie. Jeśli wyjdą jednak przekroczone - będziemy szukać innej przyczyny. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy ! I z tym też sobie poradzimy.

Jeśli chodzi o dania, to gotujemy raczej tradycyjnie i prosto. Zupy jakie podaję ( pewnie też dlatego, że są to zupy, które Potomek lubi), to : pomidorowa, ogórkowa, krupnik, żurek (raz na dwa tygodnie, na zakwasie żytnim), kapuśniak, rosół. Drugie dania są równie proste : mięso gotowane, pieczone, czasami smażone ( ostatnio już nie) od kilku dni- surówki warzywne ( oł jeeeaaaaaa! :) ). Prawie wszystko robię sama, raczej nie korzystam z półproduktów .

Suplementacja: 
Przez pierwszy tydzień leczenia, na wyraźną prośbę dietetyczki ( lekarka uważała, że to nie jest konieczne i trochę bezsensowne) Potomek dostał dawkę Nystatyny w zawiesinie. Podawaliśmy 3x dziennie. Po zakończeniu podawania Nystatyny ( nie wspominam tego dobrze, ponieważ przy ubijaniu grzyba dziecko jest mega pobudzone, mega drażliwe, mega złe i mega , mega, mega męczące ) wprowadziłam olejek z oregano. Do dzisiejszego dnia podaję 1 kroplę olejku raz dziennie. Niebawem będę go wymieniać na jakiś specyfik z aloesem, muszę poszukać odpowiedniego. Podaje się też citrosept ( wyciąg z pestek grejpfruta), ale Potomek nie może ze względu na nietolerancję cytrusów. Do tej pory podajemy raz dziennie probiotyk, obecnie z Solgara.
Grzyba ubijaliśmy głównie wspomnianym olejkiem, olejem kokosowym, ksylitolem, i innymi naturalnymi przyprawami, ziołami i produktami. Leczenie Nystatyną podobno niewiele pomaga, wyjaławia organizm i jeśli nie trzyma się diety, to potem grzyb odrasta w tempie ekspresowym.
Niedługo napiszę spis produktów, które włączyliśmy do codziennej ( no prawie :)) diety oraz opiszę ich właściwości pro zdrowotne :)

Jeśli będziecie chcieli mogę Wam też napisać kilkudniowy jadłospis , ułożony przeze mnie przy wykorzystaniu przepisów dietetyczki. Są mega proste, na prawdę ! I smaczne ! Dajcie znać :)

Tymczasem zmierzam na masaż !
Nie dla przyjemności niestety. :(  Od dwóch tygodni  "łupie mnie coś w dupie" :D  i kręgosłup odmówił posłuszeństwa :(






piątek, 18 lipca 2014

Nie próżnujemy ! :) Ćwiczenia poprzez zabawę cz.3

Wakacje wakacjami, ale ćwiczyć TRZEBA ! :) 

Tym razem uczymy się kształtów i dopasowywania do siebie takich samych obrazków na hasło 
"taki sam".

Wydrukowałam sobie planszę z podstawowymi kształtami w dwóch wersjach: w kolorze i w skali szarości. 
Rozkładam jeden komplet ( szary lub kolorowy na stoliku) a w ręce trzymam drugi. Podając po kolei karteczki z drugiego kompletu proszę Potomka, by przyłożył daną karteczkę do takiego samego kształtu. 



Wykonuje to bezbłędnie. 
Musicie uwierzyć na słowo, bo nie sposób z nim ćwiczyć i robić zdjęcia jednocześnie :) 


Kolejne ćwiczenie, to poznawanie ( u nas utrwalanie) poszczególnych zwierząt oraz ćwiczenie sekwencji "taki sam" . 
Wykorzystuje do tego MEMORY z Czuczu. 

Rozkładam jeden komplet , w ręce trzymam drugi. Podaję Potomkowi po kolei każdy element i proszę, żeby nałożył na drugi taki sam, jednocześnie nazywam zwierzęta i razem naśladujemy ich odgłosy. 

Po każdym ćwiczeniu następuje mały relaksik :) 

Jak Wami mija piąteczek ? :) 






czwartek, 17 lipca 2014

Absorbujące dziecko


Czymś sie z wami podzielę, gdyż agro wczasy przygoniły do mej głowy pewną myśl , być może dla niektórych uznaną za oczywistą, ale mnie olśniło całkiem niedawno. 

Przez 20 miesięcy życia Potomka tak właśnie go postrzegałam, jako dziecko, które wymaga znaczniej więcej uwagi niż latorośl zwykłego Kowalskiego. Wciąż miałam wrażenie, że mną zawładnął, osaczył mnie, że jego absorbujący tryb postępowania to coś nienormalnego.  Mając 29 lat zdecydowałam się na powiększenie rodziny, była to decyzja świadoma, zaplanowana, ale do tej pory uważam, że nie byłam na to jeszcze odpowiednio przygotowana. 
Pominę na razie kwestię ciąży, która mnie rozczarowała już na samym początku. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie ten czas w życiu kobiety. Skończyło się to depresją poporodową , aczkolwiek termin "depresja ciążowa" uznaję również za jak najbardziej poprawny i sensowny. 
Skutkiem wielu wydarzeń było także poczucie, że macierzyństwo mnie również rozczarowało. 
Utwierdzały mnie w tym przekonaniu słowa babć , dziadków i dobrych ciotek , które co chwilę postanawiały wyrazić własne zdanie w temacie, o którym dziś piszę. 

 "On jest absorbujący ponad miarę"
"Nie zabawi się sam dłużej niż 2 minuty"
"Nie poleży sam na macie"
"Nie poleży sam....samotnie"
 "Ciężko przy nim zrobić cokolwiek innego niż opieka nad nim"
"Nawet na placu zabaw wymaga, żeby się z nim bawić"

 Tych tekstów można by mnożyć i mnożyć. A przez nie moja świadomość o moim dziecku stawała się coraz bardziej depresyjna. Myślałam sobie w duchu, że pech mnie nie opuszcza. Dlaczego akurat ja, kobieta niezależna, kiedyś aktywna zawodowo, autonomiczna jednostka, wolna jak ptak, zostałam obdarowana przez los akurat tak wyjątkowym egzemplarzem. 
Szczęśliwie, dzięki pewnej osobie nauczyłam się z tym żyć i zaakceptowałam Potomka takim jakim jest, czyli jak mi się wówczas wydawało , dzieckiem które wymaga większej uwagi niż inne. Dzieckiem, które osacza - w pozytywnym tego słowa znaczeniu. 
Myślałam sobie : "Widać taki mój los. Inne matki malują sobie paznokcie gdy ich roczne/półtoraroczne/dwuletnie dziecko bawi się swoimi zabawkami, a ja akurat jestem w grupie tych matek, które zmuszone są odstawić malowanie paznokci na "za 3 lata" i bawić się razem z nim tymi zabawkami" 
Mój sposób myślenia odwrócił się kompletnie 25 marca 2014 roku :) Tę datę zapamiętam chyba do końca życia, bo dzięki niej czuję się wolną, świadomą matką, najwspanialszą na świecie w oczach mojego dziecka. Matką, która rzuciła wszystko i poszła po rozum do głowy. Matką, która przestała myśleć jak klasyczna Polka urodzona w latach 80tych, gdy życie wyglądało zupełnie inaczej, a jej rodzice nie mieli takiej świadomości, jaką obecnie posiadają ( tu chyba jednak można pokusić się o znak zapytania) młodzi ludzie. 

Co się stało tego dnia? Nie pisałam o tym, bo temat do tej pory wydawał mi się za ciężki. 
Ale napiszę! Bo bez tej informacji mój tekst może okazać się kompletnie nie zrozumiały. 

25tego marca br mieliśmy umówioną wizytę u pani neurologopedy, pani z polecenia, która to miała orzec, czy moje obawy w związku z rozwojem ( nie tylko mowy) u Potomka są zasadne czy nie. 
Umówiłam się na tą wizytę po rozmowie z psychologiem, który uznał, że sprawdzić nie zaszkodzi, a osoba , którą mi poleca jest na prawdę kompetentna i zna się na rzeczy. 
Martwiło mnie to, że zauważyłam cofkę w rozwoju Potomka , a nastąpiło to po okresie pobytu w szpitalu w związku z oparzeniem. Mniej więcej w styczniu zorientowałam się, że przestał naśladować zwierzęta, że każde z nich wg niego mówi "muuu", że jest bardziej pobudzony niż do tej pory, że zaczął wybiórczo jeść zajadając się tylko serkami homogenizowanymi, białą bułką i bananami, że nie woła "mama" , "tata" , że ciężko mu idzie nawet powtórzenie tego po nas, że nie potrafi się na niczym skupić, że nic oprócz bajek dla niego nie istnieje. 
Najpierw przeczytałam książkę Pani Cieszyńskiej. Potem do niej napisałam maila. To, co mi odpisała spowodowało, że niemal utonęłam w morzu własnych łez. 
Gdy się otrząsnęłam uznałam, że czas porozmawiać z kimś, kto się na tym zna - stąd rozmowa z psychologiem. Potem poszło już szybko. 

Pojechaliśmy na wizytę. Ja i Potomek. Miała być rutynowa. Pojechałam z myślą, że usłyszę od tej pani coś w rodzaju : "Proszę się nie martwić, z pani dzieckiem wszystko jest w porządku, przeżył traumę w swoim życiu, co nie jest bez znaczenia, poza tym każde dziecko rozwija się inaczej i we własnym tempie."
Niestety. Tych słów nigdy nie usłyszałam, a to co wyniosłam z gabinetu, spowodowało, że przez 40 minut powrotu do domu ryczałam w samochodzie jak bóbr, nie mogąc pogodzić się ze wstępną diagnozą. 
Pani logopeda powiedziała mi dużo słów, strasznie brzmiących chyba dla każdej matki. Nie chcę się wdawać w szczegóły, bo to wciąż dla mnie ciężka sprawa. W każdym razie, po 1,5 godzinnej wizycie i wstępnym badaniu Potomka pani orzekła, że opóźniony rozwój mowy zostawimy sobie na deser, bo mamy tu prawdopodobnie do czynienia z czymś bardziej poważnym. W końcu wydusiłam z niej, co ma na myśli. Te słowa zapamiętam do dziś: 
"Być może mamy do czynienia ze spektrum autyzmu. Oczywiście, to nie diagnoza, bo ja nie jestem od stawiania diagnoz, ale musi pani to sprawdzić". 

Potem wpadłam w szał. Szał związany z zaczytywaniem się na forach, blogach, szał związany z poszukiwaniem specjalistów, lekarzy, odpowiedniej literatury. To był bowiem temat, z którym nigdy nie miałam do czynienia. Nigdy nie spotkałam autysty, ani dorosłego, ani dziecka. 
Dzięki jednej z koleżanek udało mi się nawiązać kontakt z pewną fantastyczną mamą autystycznego chłopca. Rozmowy z nią raz mi pomagały, a potem znów nakręcały tak, że miałam wrażenie rychłego szaleństwa. 
To był najcięższy okres w moim życiu. Przysięgam! I mam nadzieję, że już nigdy się nie powtórzy! 

Nie będę szczegółowo opisywać, co się działo w tym czasie, bo to bardzo złożony temat, napiszę tylko, że po wielu wizytach u specjalistów, po obserwacji Potomka, po tym jak na własną rękę odkryłam u niego kandydozę, ponieważ lekarze pukali się w czoło, po jej przeleczeniu, po wycofaniu alergenów z jego diety moje dziecko przeszło metamorfozę życia. Nie bez znaczenia był też fakt, że w zasadzie rzuciłam pracę i wszelkie swoje obowiązki, poza jednym, z którego nie mogłam zrezygnować (uczelnia), i poświęciłam mu znacznie więcej czasu niż dotychczas. 

Obecnie jest chłopcem, który czerpie radość z życia. Chłopcem, u którego takie, a nie inne objawy dawała ta cholerna kandydoza i alergeny w diecie, a także jak się okazało , niewielkie zaburzenia integracji senso-motorycznej. 
Zaś ja, jego matka, coś wreszcie pojęłam. 
W nosie mam te wszystkie teksty o absorbujących dzieciach !!!!!!! 
Możecie sobie je wszyscy włożyć w sam środek tyłu ! :)
Jestem najszczęśliwszą matką na świecie, właśnie z tego powodu, że moje dziecko jest
 ABSORBUJĄCE!! 
Że nie ma własnego świata, w którym się zamyka, nie potrzebując w nim nikogo poza sobą !
Że łaknie towarzystwa w swoim życiu, nie izolując się od otoczenia ! 
Że wchodzi wspaniale w interakcje z domownikami i innymi dziećmi! 
Że interesuje go świat, że ciągle pyta "co to?"!
Że podbiega do mnie, szturcha mnie oczekując, że spojrzymy na siebie, a potem ja będę się przyglądać jak on jeździ autkiem, buduje wieże z klocków, albo układa puzzle!
Że jeździ autkiem po ścianie ! ( serio !! to rozwija jego wyobraźnie i daje dowód na to, że potrafi bawić się zabawką inaczej niż ja mu to pokazałam) 
Że twórczo się bawi ! 
Że woli spędzać czas z ludźmi niż z przedmiotami ! 
Że rutyna to dla niego SAMO ZUOO!
Że symuluje wypadki , oczekując, że będę się temu bacznie przyglądać ( spada specjalnie z jeździka, czy z dmuchanej krowy wołając "ooooch, bach")!
Że gdy ogląda bajkę i jakiś bohater zapłacze on przybiega do mnie, ciągnie mnie przed tv i pokazuje na płaczącego bohatera, jednocześnie okazując emocje, świadczące o tym, że się przejął tym płaczem i chce żebym i ja w tych emocjach uczestniczyła! 
Że nie siedzi zahipnotyzowany przed piorącą pralką wpatrując się w jej bęben bez żadnego entuzjazmu, tylko biegnie do mnie, żeby podzielić się swoją radością związaną z obserwacją tego faktu! 
W końcu: że nie zajmuje się czymś przez okres dłuższy niż 15 minut, kompletnie nie zwracając uwagi na otoczenie! 
O rozpoczęciu mówienia i ciągłym gadaniu "mama, mama" już nawet nie wspominam, bo pisałam, że jego słowa są dla mnie jak najpiękniejsza muzyka!


Przyznam też, że radość z posiadania absorbującego dziecka  strasznie mnie czasem męczy :) Nie będę ściemniać, że dodaje mi to energii niczym baterie Duracell. Jasne, że serce z posiadania zdrowego dziecka się raduje, cieszy mnie jego postęp w rozwoju i aktywność życiowa. Ale dni, kiedy przychodzi niania, żeby mnie zastąpić w opiece nad Potomkiem, gdy ja muszę zrobić w tym czasie coś innego, są dla mnie równie szczęśliwe jak te, kiedy jestem z nim cały dzień obserwując absorbujący sposób życia :) 

Na koniec chce powiedzieć teraz jasno i wprost: 
TAK!
Jestem szczęśliwa i DUMNA z tego , że moje dziecko jest ABSORBUJĄCE ! I takich właśnie dzieci wszystkim matkom życzę ! 
I zdania nie zmienię !