piątek, 18 lipca 2014

Nie próżnujemy ! :) Ćwiczenia poprzez zabawę cz.3

Wakacje wakacjami, ale ćwiczyć TRZEBA ! :) 

Tym razem uczymy się kształtów i dopasowywania do siebie takich samych obrazków na hasło 
"taki sam".

Wydrukowałam sobie planszę z podstawowymi kształtami w dwóch wersjach: w kolorze i w skali szarości. 
Rozkładam jeden komplet ( szary lub kolorowy na stoliku) a w ręce trzymam drugi. Podając po kolei karteczki z drugiego kompletu proszę Potomka, by przyłożył daną karteczkę do takiego samego kształtu. 



Wykonuje to bezbłędnie. 
Musicie uwierzyć na słowo, bo nie sposób z nim ćwiczyć i robić zdjęcia jednocześnie :) 


Kolejne ćwiczenie, to poznawanie ( u nas utrwalanie) poszczególnych zwierząt oraz ćwiczenie sekwencji "taki sam" . 
Wykorzystuje do tego MEMORY z Czuczu. 

Rozkładam jeden komplet , w ręce trzymam drugi. Podaję Potomkowi po kolei każdy element i proszę, żeby nałożył na drugi taki sam, jednocześnie nazywam zwierzęta i razem naśladujemy ich odgłosy. 

Po każdym ćwiczeniu następuje mały relaksik :) 

Jak Wami mija piąteczek ? :) 






czwartek, 17 lipca 2014

Absorbujące dziecko


Czymś sie z wami podzielę, gdyż agro wczasy przygoniły do mej głowy pewną myśl , być może dla niektórych uznaną za oczywistą, ale mnie olśniło całkiem niedawno. 

Przez 20 miesięcy życia Potomka tak właśnie go postrzegałam, jako dziecko, które wymaga znaczniej więcej uwagi niż latorośl zwykłego Kowalskiego. Wciąż miałam wrażenie, że mną zawładnął, osaczył mnie, że jego absorbujący tryb postępowania to coś nienormalnego.  Mając 29 lat zdecydowałam się na powiększenie rodziny, była to decyzja świadoma, zaplanowana, ale do tej pory uważam, że nie byłam na to jeszcze odpowiednio przygotowana. 
Pominę na razie kwestię ciąży, która mnie rozczarowała już na samym początku. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie ten czas w życiu kobiety. Skończyło się to depresją poporodową , aczkolwiek termin "depresja ciążowa" uznaję również za jak najbardziej poprawny i sensowny. 
Skutkiem wielu wydarzeń było także poczucie, że macierzyństwo mnie również rozczarowało. 
Utwierdzały mnie w tym przekonaniu słowa babć , dziadków i dobrych ciotek , które co chwilę postanawiały wyrazić własne zdanie w temacie, o którym dziś piszę. 

 "On jest absorbujący ponad miarę"
"Nie zabawi się sam dłużej niż 2 minuty"
"Nie poleży sam na macie"
"Nie poleży sam....samotnie"
 "Ciężko przy nim zrobić cokolwiek innego niż opieka nad nim"
"Nawet na placu zabaw wymaga, żeby się z nim bawić"

 Tych tekstów można by mnożyć i mnożyć. A przez nie moja świadomość o moim dziecku stawała się coraz bardziej depresyjna. Myślałam sobie w duchu, że pech mnie nie opuszcza. Dlaczego akurat ja, kobieta niezależna, kiedyś aktywna zawodowo, autonomiczna jednostka, wolna jak ptak, zostałam obdarowana przez los akurat tak wyjątkowym egzemplarzem. 
Szczęśliwie, dzięki pewnej osobie nauczyłam się z tym żyć i zaakceptowałam Potomka takim jakim jest, czyli jak mi się wówczas wydawało , dzieckiem które wymaga większej uwagi niż inne. Dzieckiem, które osacza - w pozytywnym tego słowa znaczeniu. 
Myślałam sobie : "Widać taki mój los. Inne matki malują sobie paznokcie gdy ich roczne/półtoraroczne/dwuletnie dziecko bawi się swoimi zabawkami, a ja akurat jestem w grupie tych matek, które zmuszone są odstawić malowanie paznokci na "za 3 lata" i bawić się razem z nim tymi zabawkami" 
Mój sposób myślenia odwrócił się kompletnie 25 marca 2014 roku :) Tę datę zapamiętam chyba do końca życia, bo dzięki niej czuję się wolną, świadomą matką, najwspanialszą na świecie w oczach mojego dziecka. Matką, która rzuciła wszystko i poszła po rozum do głowy. Matką, która przestała myśleć jak klasyczna Polka urodzona w latach 80tych, gdy życie wyglądało zupełnie inaczej, a jej rodzice nie mieli takiej świadomości, jaką obecnie posiadają ( tu chyba jednak można pokusić się o znak zapytania) młodzi ludzie. 

Co się stało tego dnia? Nie pisałam o tym, bo temat do tej pory wydawał mi się za ciężki. 
Ale napiszę! Bo bez tej informacji mój tekst może okazać się kompletnie nie zrozumiały. 

25tego marca br mieliśmy umówioną wizytę u pani neurologopedy, pani z polecenia, która to miała orzec, czy moje obawy w związku z rozwojem ( nie tylko mowy) u Potomka są zasadne czy nie. 
Umówiłam się na tą wizytę po rozmowie z psychologiem, który uznał, że sprawdzić nie zaszkodzi, a osoba , którą mi poleca jest na prawdę kompetentna i zna się na rzeczy. 
Martwiło mnie to, że zauważyłam cofkę w rozwoju Potomka , a nastąpiło to po okresie pobytu w szpitalu w związku z oparzeniem. Mniej więcej w styczniu zorientowałam się, że przestał naśladować zwierzęta, że każde z nich wg niego mówi "muuu", że jest bardziej pobudzony niż do tej pory, że zaczął wybiórczo jeść zajadając się tylko serkami homogenizowanymi, białą bułką i bananami, że nie woła "mama" , "tata" , że ciężko mu idzie nawet powtórzenie tego po nas, że nie potrafi się na niczym skupić, że nic oprócz bajek dla niego nie istnieje. 
Najpierw przeczytałam książkę Pani Cieszyńskiej. Potem do niej napisałam maila. To, co mi odpisała spowodowało, że niemal utonęłam w morzu własnych łez. 
Gdy się otrząsnęłam uznałam, że czas porozmawiać z kimś, kto się na tym zna - stąd rozmowa z psychologiem. Potem poszło już szybko. 

Pojechaliśmy na wizytę. Ja i Potomek. Miała być rutynowa. Pojechałam z myślą, że usłyszę od tej pani coś w rodzaju : "Proszę się nie martwić, z pani dzieckiem wszystko jest w porządku, przeżył traumę w swoim życiu, co nie jest bez znaczenia, poza tym każde dziecko rozwija się inaczej i we własnym tempie."
Niestety. Tych słów nigdy nie usłyszałam, a to co wyniosłam z gabinetu, spowodowało, że przez 40 minut powrotu do domu ryczałam w samochodzie jak bóbr, nie mogąc pogodzić się ze wstępną diagnozą. 
Pani logopeda powiedziała mi dużo słów, strasznie brzmiących chyba dla każdej matki. Nie chcę się wdawać w szczegóły, bo to wciąż dla mnie ciężka sprawa. W każdym razie, po 1,5 godzinnej wizycie i wstępnym badaniu Potomka pani orzekła, że opóźniony rozwój mowy zostawimy sobie na deser, bo mamy tu prawdopodobnie do czynienia z czymś bardziej poważnym. W końcu wydusiłam z niej, co ma na myśli. Te słowa zapamiętam do dziś: 
"Być może mamy do czynienia ze spektrum autyzmu. Oczywiście, to nie diagnoza, bo ja nie jestem od stawiania diagnoz, ale musi pani to sprawdzić". 

Potem wpadłam w szał. Szał związany z zaczytywaniem się na forach, blogach, szał związany z poszukiwaniem specjalistów, lekarzy, odpowiedniej literatury. To był bowiem temat, z którym nigdy nie miałam do czynienia. Nigdy nie spotkałam autysty, ani dorosłego, ani dziecka. 
Dzięki jednej z koleżanek udało mi się nawiązać kontakt z pewną fantastyczną mamą autystycznego chłopca. Rozmowy z nią raz mi pomagały, a potem znów nakręcały tak, że miałam wrażenie rychłego szaleństwa. 
To był najcięższy okres w moim życiu. Przysięgam! I mam nadzieję, że już nigdy się nie powtórzy! 

Nie będę szczegółowo opisywać, co się działo w tym czasie, bo to bardzo złożony temat, napiszę tylko, że po wielu wizytach u specjalistów, po obserwacji Potomka, po tym jak na własną rękę odkryłam u niego kandydozę, ponieważ lekarze pukali się w czoło, po jej przeleczeniu, po wycofaniu alergenów z jego diety moje dziecko przeszło metamorfozę życia. Nie bez znaczenia był też fakt, że w zasadzie rzuciłam pracę i wszelkie swoje obowiązki, poza jednym, z którego nie mogłam zrezygnować (uczelnia), i poświęciłam mu znacznie więcej czasu niż dotychczas. 

Obecnie jest chłopcem, który czerpie radość z życia. Chłopcem, u którego takie, a nie inne objawy dawała ta cholerna kandydoza i alergeny w diecie, a także jak się okazało , niewielkie zaburzenia integracji senso-motorycznej. 
Zaś ja, jego matka, coś wreszcie pojęłam. 
W nosie mam te wszystkie teksty o absorbujących dzieciach !!!!!!! 
Możecie sobie je wszyscy włożyć w sam środek tyłu ! :)
Jestem najszczęśliwszą matką na świecie, właśnie z tego powodu, że moje dziecko jest
 ABSORBUJĄCE!! 
Że nie ma własnego świata, w którym się zamyka, nie potrzebując w nim nikogo poza sobą !
Że łaknie towarzystwa w swoim życiu, nie izolując się od otoczenia ! 
Że wchodzi wspaniale w interakcje z domownikami i innymi dziećmi! 
Że interesuje go świat, że ciągle pyta "co to?"!
Że podbiega do mnie, szturcha mnie oczekując, że spojrzymy na siebie, a potem ja będę się przyglądać jak on jeździ autkiem, buduje wieże z klocków, albo układa puzzle!
Że jeździ autkiem po ścianie ! ( serio !! to rozwija jego wyobraźnie i daje dowód na to, że potrafi bawić się zabawką inaczej niż ja mu to pokazałam) 
Że twórczo się bawi ! 
Że woli spędzać czas z ludźmi niż z przedmiotami ! 
Że rutyna to dla niego SAMO ZUOO!
Że symuluje wypadki , oczekując, że będę się temu bacznie przyglądać ( spada specjalnie z jeździka, czy z dmuchanej krowy wołając "ooooch, bach")!
Że gdy ogląda bajkę i jakiś bohater zapłacze on przybiega do mnie, ciągnie mnie przed tv i pokazuje na płaczącego bohatera, jednocześnie okazując emocje, świadczące o tym, że się przejął tym płaczem i chce żebym i ja w tych emocjach uczestniczyła! 
Że nie siedzi zahipnotyzowany przed piorącą pralką wpatrując się w jej bęben bez żadnego entuzjazmu, tylko biegnie do mnie, żeby podzielić się swoją radością związaną z obserwacją tego faktu! 
W końcu: że nie zajmuje się czymś przez okres dłuższy niż 15 minut, kompletnie nie zwracając uwagi na otoczenie! 
O rozpoczęciu mówienia i ciągłym gadaniu "mama, mama" już nawet nie wspominam, bo pisałam, że jego słowa są dla mnie jak najpiękniejsza muzyka!


Przyznam też, że radość z posiadania absorbującego dziecka  strasznie mnie czasem męczy :) Nie będę ściemniać, że dodaje mi to energii niczym baterie Duracell. Jasne, że serce z posiadania zdrowego dziecka się raduje, cieszy mnie jego postęp w rozwoju i aktywność życiowa. Ale dni, kiedy przychodzi niania, żeby mnie zastąpić w opiece nad Potomkiem, gdy ja muszę zrobić w tym czasie coś innego, są dla mnie równie szczęśliwe jak te, kiedy jestem z nim cały dzień obserwując absorbujący sposób życia :) 

Na koniec chce powiedzieć teraz jasno i wprost: 
TAK!
Jestem szczęśliwa i DUMNA z tego , że moje dziecko jest ABSORBUJĄCE ! I takich właśnie dzieci wszystkim matkom życzę ! 
I zdania nie zmienię ! 





środa, 16 lipca 2014

Wziął i zdechł :)

Oficjalnie i z wielką radością spieszę donieść, że wyniki Potomka pod kątem kandydozy są IDEALNE!! 
Badany materiał <żeby nie napisać wprost KUPA :) > jest czysty od wszelkich złych i niepotrzebnych drożdżaków !!!! 

Wielka radość zagościła w związku z tą informacją w sercu Matki ! 
Nic się co prawda w naszej diecie nie zmienia, ale ważne dla mnie jest to, że nie walczę z wiatrakami, że nie zabijam, a zapobiegam wzrostowi, że cały trud , który włożyłam w leczenie Potomka nie był bezcelowy i bezsensowny! Że jak się chce - to się da ! 
A wierzcie mi,  od 25 marca 2014 roku nasze życie uległo zmianie o 180 stopni, ale w taki sposób, że aż mnie samej w to trudno uwierzyć, że w ogóle tak można było życie swe powywracać do góry nogami i że to możliwe ! 

Teraz czeka nas około 3 letnia dieta zapobiegająca ponownemu wzrostowi grzyba i tzw trzymanie go w ryzach <chociaż myślę, że Potomek przez całe życie będzie musiał już uważać>. To dość trudne. Zarodniki Candida mogą krążyć we krwi przez 2-3 lata. Wystarczy chwilowe osłabienie organizmu, aby się uaktywniły, dlatego nadal musimy się bardzo pilnować. Bo te dziady tylko czekają na właściwą dla nich okazję ! Ale tak jak kiedyś napisałam: nie pozwolę na to, żeby jakieś zmutowane gnomy zżerały mojego Syna od środka ! To jest walka na noże ! A Matka zawzięte stworzenie! Nie damy się !!! :) 

Do tego jeszcze przez minimum rok będziemy gościa leczyć z alergii, ale co to dla nas !? :) 

Trzymajcie kciuki i bądźcie z nami !! 

Tymczasem pozdrawiamy z wiejskich agro wakacji ! :) 


sobota, 12 lipca 2014

"Polenta Fries" czyli frytki z polenty :)

Jak wiecie, Potomkowi nie wolno spożywać ziemniaków. Mają dużo skrobi, którą karmi się grzyb i to warzywo akurat w menu Potomka gości bardzo rzadko. 2 tygodnie temu dostaliśmy pozwolenie na wprowadzenie ziemniaka, mając obserwować jednocześnie , czy nie będzie się działo nic złego w związku z rozszerzeniem diety. 
 Jako, że leczenie ( przynajmniej po objawach) przynosi efekty, nie stosujemy już tak restrykcyjnej diety. 
Ale nie szarżuję z żadnym z nowych produktów, które możemy wprowadzać do diety. Nauczyłam się bez nich gotować i żyć, i włączam je stosunkowo rzadko do menu mojego Syna. Dotyczy to owoców, glutenu i chociażby ziemniaka. Chociaż jeśli chodzi o owoce, to zarówno pani dietetyk, jak i lekarka, która z nią współpracuje uważają, że dzieciom nie powinno się drastycznie ograniczać owoców, szczególnie tym, które jedzą mało warzyw lub ich nie lubią, zatem i ja postanowiłam ich nie ograniczać. Jedyne czego pilnuję, to aby były świeże, sezonowe , staram się kupować je ze sprawdzonych źródeł, jako że ogródka własnego nie posiadamy no i jednak patrzę na ich ilość spożytą w ciągu dnia. Większość poradników żywieniowych traktuje o tym, że owoce powinny być spożywane przy każdym posiłku. Potomek spożywa je 2-3 razy dziennie. Jeśli je owsiankę rano, to dostaje do niej porcję owoców, drugim posiłkiem z owocami jest zazwyczaj drugie śniadanie i ewentualnie dostanie owoc o niskim IG na podwieczorek z prostej przyczyny - najłatwiej mi to zabrać na spacer :) Mnie-matce, która wiecznie stoi w garach :)
Wciąż zakazane są alergeny (mleko odzwierzęce, białko jajka, orzechy, migdały, cytrusy) oraz grzyby, drożdże, biała mąka, cukier, słodycze, generalnie  produkty o wysokim IG ( wyjątkiem od tej reguły są kasze: jaglana, gryczana, które podaję bez ograniczeń mimo wysokiego IG. Kasza jaglana ma najmniej skrobi ze wszystkich zbóż i uznałyśmy wspólnie z lekarką i dietetyczką, że jej wlaściwości pro zdrowotne są na tyle duże , iż przewyższają jej jedyną wadę - wysoki IG :) ). Czasami taki wyjątek robię też dla daktyli suszonych, które Potomek dostaje w niewielkich ilościach i stosunkowo rzadko. 

Polenta ma również wysoki indeks glikemiczny, bo aż 70. Jednak zdecydowałam się spróbować tych frytek i zastosować jedną z rad pani dietetyk - mianowicie połączyć produkt o wysokim IG z produktem o niskim IG, wówczas indeks jest uśredniony i nie powoduje takiego wzrostu glukozy we krwi. Podałam je Potomkowi z grillowaną cukinią licząc na to, że zachłyśnie się jej smakiem. Jakże się myliłam. :) Zjadł tylko kawałek, ale dobre i to. 

Powiem szczerze ! Frytki z polenty są ok, ale nic chyba nie dorówna tym ziemniaczanym. Myślę, że gdybym nie mogła spożywać ziemniaków, to byłyby one fajnym zamiennikiem. Potomkowi smakowały, aczkolwiek ma chyba podobne zdanie do mojego - nie wiem, nic nie powiedział :) mogę się tylko domyślać. 
Na zagranicznych stronach, skąd zaczerpnęłam przepis, czytałam, że często mamy robią te "frytki" na przyjęcia dla dzieci, a nawet dorosłych. Jedzą je jako zamiennik glutenowych czipsów - wówczas robią je niższe. Poza tym są pieczone, a nie smażone, zatem - zdrowsze. 

 Podam przepis , może ktoś z Was jest w podobnej sytuacji jak Potomiasty i chętnie zasmakuje nieziemniaczanych frytek. 

Składniki : 
3 gałązki rozmarynu 
1 litr bulionu ( obojętnie jakiego) 
450g kaszki kukurydzianej 
olej do wysmarowania blachy 
olej do posmarowania "frytek" - ja dałam kokosowy
sól (niekoniecznie) 


Wykonanie: 
Rozdrabniamy rozmaryn (TM  3sek/obr.8).  Do naczynia wlewamy bulion (w wersji standardowej wrzucamy rozmaryn do bulionu) i zagotowujemy ( TM 10min/100C/obr.3.) 
 Robiąc polentę w Thermomixie, po 9 minutach wyłączamy sprzęt, odmierzamy 450g kaszki, włączamy ponownie na takie same parametry i wsypujemy powoli kaszkę przez otwór w pokrywie. Jeśli robimy standardowo, trzeba zmniejszyć ogień po zagotowaniu bulionu i powoli wsypywać odmierzoną kaszkę do garnka jednocześnie mieszając, żeby nie przywarła. 
Gotujemy na wolnym ogniu, dopóki polenta nie wchłonie bulionu i nie stanie się gęstym ciastem, podobnym do naleśnikowego.
 ( TM: gotujemy 10min/80C/obr.soft). 
W tym czasie przygotowujemy sobie płaskie naczynie - formę do pieczenia. Pędzelkiem pokrywamy naczynie olejem. Gdy polenta jest ugotowana wylewamy ją do naczynia i odstawiamy do całkowitego wystygnięcia ( wysokość ciasta po wylaniu nie powinna przekraczać 0,5cm). 
Gdy ostygła w temperaturze pokojowej wstawiłam ją do lodówki na godzinę. Jeśli po tym czasie swobodnie odchodzi od boków i spodu naczynia, oznacza to, że można już ją zacząć kroić :) 
Przykładamy na wierzch naczynia dużą deskę do krojenia, odwracamy formę do góry nogami. Polenta powinna spocząć na desce :) Jeśli tak się nie dzieje, można sobie pomóc rękoma, lekko ją podbierając palcami. Następnie wykrawamy kształt. Ja chciałam frytki, więc kroiłam nożem. Ale można użyć foremek do ciastek. Wykrojone części polenty układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, górę smarujemy lekko olejem ( ja posmarowałam kokosowym), lekko solimy  i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni , grzanie góra-dół na 20-30 min do momentu , gdy zaczną przypiekać się z góry i robić złoto brązowe. Ja nie mam takiej opcji w moim fantastycznym piekarniku, aby grzała jednocześnie górna i dolna grzałka, zatem włączyłam funkcję... grilla :) I też wyszły. 






Smacznego ! :) 






czwartek, 10 lipca 2014

Nie taki bilans straszny jak go malują

Matka nie lubi chodzić do lekarzy. 
Z wizytami Potomka idzie jej kiepsko, a ze swoimi własnymi to już po prostu jest dramat. 
Co najśmieszniejsze , Matka to klasyczny hipochondryk , diagnozujący się u dr Google'a :) 


Były w moim życiu takie historie, kiedy to z pomocą tego Pana postawiłam sobie diagnozę zapalenia opon mózgowych ( które okazały się de facto ostrą grypą), zapalenia stawu skroniowo - żuchwiowego ( wiecie , że taki macie ?? :) ), który okazał się po prostu bolącą ósemką. W tym drugim przypadku byłam prawie pewna swojej diagnozy i dość długo upierałam się, że pan dentysta nie ma racji, bo przecież objawy pasują jak ulał do całej litanii objawów zapalenia owego stawu, o których pisał mój osobisty felczer Google. 
W sumie moje wizyty u lekarzy polegają głównie na tym, że idę, oznajmiam co mi jest i czekam na potwierdzenie. Taka zdolniacha ze mnie :) 
Chociaż może nie, bo zazwyczaj moje diagnozy są nietrafne, dlatego przestałam takoż czynić , wrzuciłam na luz, leczę się sama i po przychodniach nie chodzę :) 

Z Potomkiem jest inaczej. 
W tym przypadku boję się szarlataństwa i dr Google'a, dlatego  głównie opieram się na opinii specjalistów (mimo iż swoje sobie myślę :) ). Może szczęściem jest też to, że Potomek ma wspaniałą opiekę medyczną  i ludzie, którzy o niego dbają są dla nas osobami pełnego zaufania. 

Dziś na bilansie dwulatka dowiedziałam się, że wszystko jest ok, dzieć mierzy 93,5cm i waży 15,5kg, zatem plasuje się na 75 centylu. Co oznacza, że od ostatniego mierzenia i ważenia, w przypadku obu parametrow,  spadł poniżej 90tego centyla i bardzo dobrze, bo do tej pory zazwyczaj mieścił się na samym końcu siatki centylowej, a wagowo w zasadzie wychodził lekko poza nią. 

Z całą resztą też jest gites, zęby wszystkie są, żadne spróchniałe :) ale z zauważalnymi krzywiznami od smoczka ( tego przyjaciela chyba nigdy się nie pozbędziemy ....<sic!> ), stulejki brak, lekkie iksiki - do skontrolowania. Już byłam wcześniej to sprawdzić, mamy czekać jeszcze do września i wtedy przyjść na kontrolę. Kręgosłup prosty, serduszko w porządku, odpieluchowany ( no prawie, bo dwójka nadal w pieluchę leci, ale walczymy). Zez widoczny, ale.. pozornie :) Czyli nadal jest hipnotajzing, ale nie groźnie dla jego rozwoju i zdrowia. Kontrola wzroku po 3 roku życia. 

W szczepieniach braki -  i na razie nadal tak zostanie. 
O właśnie - poszukuję dobrego, rozsądnego i mądrego neurologa dziecięcego z Krakowa, który pomógłby nam ułożyć indywidualny kalendarz szczepień. Czy ktoś , coś  wie w tym temacie może? 

A z zaskakujących informacji mogę dodać jeszcze to, że Potomek .... CZYTA :) 
Jednym z jego ćwiczeń u pani logopedy jest taki obrazek  z zeszytu : 


Ćwicząc tę część mówimy : "Lala mówi A" i pokazujemy jego paluszkiem ( lub sam to robi) na literkę A. 
Dalej w zeszycie ma wklejone zwierzątka , np barana ( BE BE) i węża (SSS) i co ja dzisiaj paczeeeee...?
Moje dziecko przynosi mi książeczkę , otwiera ją i : 

-"Mama?!" 
-Tak Synku ?
- A, Be, SSS
- ????? - myślę sobie - nie ogarniam :)
podchodzę więc do stoliczka przy którym siedzi Potomek, a gość powtórnie recytuje znane mu literki pokazując je jednocześnie paluszkiem w zwykłej książeczce z bajkami <3 wyszukując za każdym razem daną literkę z ciągu liter w zdaniach! 
a potem domaga się braw i splendoru :) 

Radość Matki - OGROMNA!!! 
Emocje - BEZCENNE!!! 

Miłego dnia ! :) 





wtorek, 8 lipca 2014

Ćwiczenia poprzez zabawę cz.2 /pomoce w opóźnionym rozwoju mowy/

Potomek przemówił do nas ludzkim głosem całkiem niedawno. Pamiętam dokładnie ten dzień, kiedy po raz pierwszy usłyszałam wypowiedziane przez niego w świadomy sposób słowo "mama'. 
Stałam wówczas na balkonie "kątem plując" - jak mawiała moja przyjaciółka - aż tu do mych uszu dotarł cienki głosik małego ludka, który stojąc w swoim łóżeczku , w naszym wspólnym pokoju ( taaaaak wiem... wygląda na to, że będziemy dzielić jedną izbę aż do jego osiemnastki :D ) poczuł się widocznie bardzo samotnie i postanowił przywołać matkę do siebie. Początkowo myślałam, że to głos osiedlowego dziecka, bo skąd mogłam przypuszczać, że mój Potomek nagle zacznie mówić, skoro tyle czasu się wstrzymywał. <"kompot zawsze stał na stole" :) znacie to ?>
Gdy uświadomiłam sobie, że to moje dziecko mnie woła, niemalże w sekundzie znalazłam się w sypialni. Radość trwa do dziś!!! 
Tenże jednak osobnik w ciemię bity nie jest. Gdy tylko zrozumiał  że na jego wezwanie "mama" lecę-pędzę co sił w nogach, żeby usłyszeć to jeszcze raz , robi to po tysiąckroć w ciągu dnia.
Obecnie już nie lecę - pędzę na każde zawołanie, bo co tu dużo mówić - osłuchałam się :) , ale uwielbiam gdy mnie woła, mimo pękających bębenków i wiecznego trajkotania :) Słowo "mama" w jego wykonaniu - jak zresztą każde inne, ale to akurat wyjątkowo - jest dla moich uszu najpiękniejszą melodią świata ! 

Zabawne jest to, że mimo tego, iż Potomek plasuje się wśród rówieśników na liście dzieci niemówiących, to "gada jak najęty" non stop. On po prostu się nie zamyka. I wiecie, że on "gada" z sensem ? Potrafi powiedzieć bardzo niewiele. Myślę, że roczne dzieci więcej mówią :) ale czasami to snuje taaaaaakie historie używając tylko tych słów, które zna, że kopara opada. Tzn mnie opada, bo pewnie inni uznają mnie za chwilę za wariatkę - ale do tego już przywykłam , więc spoko - nie krępujcie się ! 
Moja teściowa mówiła mi kiedyś, że ze swym dzieckiem, a mym mężem i ojciem Potomka, rozumieli się bez słów. Myślałam sobie wtedy w duchu "Jasne! Po prostu się domyślałaś!" . Ja też się domyślam :) ale na prawdę w 98% rozumiemy się z Potomkiem bez słów. Potrafię zrozumieć to, co mi opowiada, używając tylko 4 wyrazów.
-"Mama??"
- Słucham Cię Synu.
-"Haloooo, baba, dziadzia, bum bum, ja " 

:) 

tłumaczenie Matki : "Mamo, zadzwoń do babci i dziadzi niech do mnie przyjadą"

No dobra, może jestem walnięta , może brakuje mi piątej klepki, może życie na bezglucie poczyniło pustki w mózgu moim, ale wiecie co?.. wali mi to :) Cieszę się, że potrafię zrozumieć moje dziecko i ba! nawet sobie z nim pogadać tak, że mnie uszy od słuchania i żuchwa od gadania bolą. Cieszę się każdym jego słowem i wiem , że mamy problem. Ale na prawdę wkładam w jego terapię całą siebie i wierzę, że skoro w ciągu 8 tygodni zrobił taki postęp, to teraz już będzie tylko lepiej. Mało tego : skok w jego rozwoju jest na prawdę mocno zauważalny, więc nawet nie wypada mi myśleć inaczej. 

Ale do rzeczy! 
Pokaże Wam, jak wspólnie z logopedą nauczyliśmy Potomka wołać świadomie mamę i tatę.

Mamy u pani Asi taki zeszycik. Na pierwszej kartce wklejone jest zdjęcie Borysa , ma ono na celu pomóc mu zrozumieć co to znaczy "ja" i to, że Borys to właśnie on. Dzieci z opóźnionym rozwojem mowy mają problem także z jej rozumieniem i u nas czasami to widać. 
Zatem zaczęliśmy od fotek. Borys podczas ćwiczeń , a przerabiamy ten zeszyt codziennie, otwierając kartkę z danym zdjęciem musi pokazać paluszkiem na zdjęcie, a potem na osobę, ja ( czy ktokolwiek kto z nim pracuje) jestem lektorem. Mówię : "tu Borys" gdy on pokazuje zdjęcie "i tu Borys" gdy on pokazuje siebie. "tak, tu jesteś TY" -> wskazując paluszkiem na zdjęcie 
"Ja" - przykładając jego paluszek do brzuszka

Teraz doszedł już do takiej wprawy, że w zasadzie palcem operuje sam, ja tylko mówię. Ale początki wykonywania nowych ćwiczeń zawsze są wspomagane przez osobę, którą z nim ćwiczy. 

W taki sposób właśnie nauczył się świadomie wołać mama i tata. 
tu akurat pokazuje Tatę, siedzącego w .. innym pokoju :) 

Wystarczyło z gościem przerobić kilkanaście razy tą część zeszyciku ( to był w ogóle początek naszych zajęć u logopedy, może po drugiej wizycie), żeby nagle go oświeciło, że może nas sam wołać, bowiem do tej pory tylko powtarzał,  gdy go poprosiliśmy, wskazywał również prawidłowo, ale nigdy sam z siebie nas nie zawołał. 

Zeszycik ma sporo kartek :) Ale niestety nie należy on do ulubionych ćwiczeń i zabaw Potomka, zatem ciężko po pierwsze robić foty  (Ojciec ciężko pracuje, żeby Matka mogła pisać bloga :) więc nie ma czasu na robienie nam zdjęć podczas ćwiczeń), a po drugie nie wolno mi rozpraszać ucznia, bo chwila nieuwagi i spierdziela z krzesełka :) 
Będę, co jakiś czas starała się pokazywać, co zawierają kolejne kartki magicznego kajetu :) 

Kolejnym fajnym ćwiczeniem są labirynty. 
Dla Potomka to nowe ćwiczenie, więc nie robi go jeszcze samodzielnie. 
Miał znaleźć drogę od krowy do krowy . Moje niecierpliwe dziecko samodzielnie zrobiło to tak: 

"Poszedł" na skróty po prostu  :) 

Potem ( i myślę, że jeszcze parenaście razy tak będzie ) musiałam chwycić jego rączkę , w której trzymał kredkę i pokazać mu, jak jedna krówka ma dostać się do drugiej krówki. 

To są labirynty, które dla dwulatka są chyba za trudne. Chociaż już sama nie wiem.... 
W każdym razie , mnie chodzi o umiejętność prawidłowego trzymania kredki i po prostu rysowanie esów , floresów. Do tego przy tym ćwiczeniu utrwalamy dźwięki naśladujące krowę oraz samo słowo "krowa", którego na razie jeszcze nie wypowiada :) 
Wzory znalazłam w sieci, wydrukowałam i kseruje na bieżąco. 

I kolejne, fajne ćwiczenie. U nas również nowe. 
Dopasowanie kolorowego przedmiotu do jego cienia. To uczy go spostrzegawczości , musi wskazać dwa takie same kształty. Lepiej nam idzie na kolorowych obrazkach, ale myślę, że to kwestia czasu  - jak z każdym dotychczasowym ćwiczeniem. 
Do tego poznajemy nowe słownictwo. Staram się mu pokazywać  na przedmiotach to, co znajduje się na kartce. Na przykład wygląda to tak : 
"Tu okulary <pokazuje na prawą stronę obrazka> i tu okulary <pokazuję na lewą stronę obrazka> i tu okulary <pokazuję na swoje okulary>"
"Tu parasol <pokazuję na prawą stronę obrazka> i tu parasol < pokazuję na lewą> i tu też parasol <pokazuję przygotowany wcześniej parasol>" 


Łatwiej nam idzie z prostszymi wyrazami, ale podnoszę poprzeczkę powoli :) 


Moim kolejnym celem ( a z panią logopedą przez wakacje się nie spotykamy, więc biorę osobiście byka za rogi), jest nauczenie Potomka wypowiadania słów takich jak : woda, pić, jeść. Bo w tych przypadkach akurat muszę się domyślać, i najczęściej lecę litanią na jego frustrację : 
"Chcesz jeść?" czekam na potwierdzenie lub zanegowanie 
" Pić ?" znów czekam 
"Wodę? " <tak jakby mógł coś innego pić :D >

Trzymajcie kciuki !! 
<jak macie jakieś ciekawe pomysły jak tego dokonać , to będę wdzięczna za każde sugestie :) > 


P.S. Chciałam tylko poinformować Jedną Olę i jej Mamę , że "Bosy" dziś wołał pod waszym oknem "OŁA", więc chyba to nasze kolejne nowe słowo :D 
Buziaki od Bosego :* Wracajcie bo nuuuuuuudyyyy ! 





Ćwiczenia poprzez zabawę cz.1

Nasze pisklę , potocznie zwane Potomkiem, od jakiegoś czasu ciągane jest przez Matkę po wielorakich specjalistach i miejscach. Testujemy wiele rzeczy szukając najfajniejszego sposobu na wspomaganie rozwoju naszego dzielnego dwulatka. 
Bardzo wiele dała nam dieta. Poważnie! I gdybym nie doświadczyła tego na własnej ( a tak na prawdę Potomkowej) skórze, to nigdy bym nie uwierzyła, jak ogromny wpływ na rozwój dziecka ma sposób jego odżywiania. Ale informacjami dotyczącymi tejże sfery uraczę Was innym razem :) 
Dziś chciałabym opisać w jaki sposób ćwiczymy z Potomkiem w domu. 
Pokaże tylko część ćwiczeń, ale mam cichą nadzieję, że czas pozwoli mi na pokazanie wszystkiego tego, co tu wyczyniamy :) 


Pierwszą zabawą, którą od początku Potomek bardzo lubił jest ćwiczenie korygujące zaburzenia integracji sensorycznej, z którymi mamy lekki problem. Potomek nie używa równomiernie lewej i prawej ręki, posiłkuje się zazwyczaj tylko jedną, do tego posiada nadal symptomy wzmożonego napięcia mięśniowego, mamy też problem z chodzeniem na palcach wynikającym ze zbytniego pobudzenia i emocji. Zatem aby gościa "dostymulować" trzeba wykonywać pewne ćwiczenia. Bardzo fajnie sprawdza się w naszym wypadku zabawa przedmiotami o różnych fakturach, np kolczaste piłeczki, albo chodzenie po grochu czy fasoli ( u pani logopedy Potomek chodzi po specjalnych matach, ale w domu ich nie mamy). Kiedyś Wam pokażę , jak to robimy w naszym gnieździe, ale póki co zobaczcie jak ciekawie poprzez zabawę możemy ćwiczyć paluszki naszych maluchów. Każdy ma w domu chyba spinacze i foremkę czy pudełko , do którego można je przyczepiać ( można też użyć do tego zawieszonego sznurka). 



Za każdym razem nie obywa się bez szkód :) 

A potem sprzątanie, czyli odczepianie spinaczy z foremki i wrzucanie ich do środka. 


Dziś do południa bawiliśmy się także zwykłą ciastoliną. U nas to jest zabawa No1. Nic chyba nie zajmuje Potomka tak długo jak lepienie ciastek z Play Doh. :) A serce Matki cieszy się ogromnie, bowiem ową ciastoliną również ćwiczymy sensomotorykę, ugniatając ją, wyjmując małymi paluszkami z pudełek, 



......używając dwóch rączek jednocześnie do wykonania ciastek. 

..potem robimy rulonowe ubranko dla naszego tekturowego ludka :)...


....a potem miętosimy ciastolinę w dłoniach ....

i stopach.... <why not ??! :) o nie też dbamy . 

Na koniec sprzątamy : 

..... szukamy kolorystycznie pasujących do siebie elementów.... 
(dobieramy kolor ciastoliny do koloru wieczka na hasło "taki sam") 
Biedny , nawet nie wie jak bardzo w czasie tego ćwiczenia działa na swoją korzyść :) Ale na prawdę bardzo to lubi, bo to dzieć , który uwielbia splendor i pochwały, a za każde dobre dopasowanie kolorystyczne dostaje mnóóóóstwo dobrych słów , braw i uśmiechów :) 

..dalszy ciąg porządków...
<cudownie, że mogę się już tak wyręczać swoim dwulatkiem :) > 


W czasie zabawy poznajemy nowe faktury <szorstkie> :

sprawdzamy do czego jeszcze może służyć rura do odkurzacza, przy okazji ćwicząc równowagę.... 



A tak na prawdę, to cała ta zabawa kończy się zawsze w ten sam sposób :) 
Pozostawieniem broni na placu boju :

z podtekstem : "Weź se matka sama sprzątaj!" 

Ciao ! :) 

piątek, 27 czerwca 2014

Ładnie żarło i .. zdechło.

Zachowanie Potomka z dnia na dzień było coraz lepsze, piszę tutaj o zachowaniu dziecka, które jest chore na kandydozę. Mam na myśli takie kwestie jak nadmierne pobudzenie, rozdrażnienie, ciąg do słodkiego, białego pieczywa, mleka. Powoli, powoli zaczęło to wszystko zanikać i matka aż klaskała uszami ze szczęścia. Tak ładnie żarło, no i zdechło....Bowiem w piątek wieczorem u Potomiastego pojawiła się temperatura. Jaka? Nie wiem. Byliśmy u Babci i nie mieli odpowiedniego termometru. Nie miałam też leków, więc zbijałam w nocy gorączkę okładami i mokrymi skarpetami zakładanymi na nóżki. Swoją drogą polecam. Rewelka, nigdy nie próbowałam, bo zawsze miałam pod ręką Nurofen :) Jest to uciążliwe, bo nocka z głowy, ale wystarczyła godzina i temperatura poszła w siną dal.
W sobotę Ojciec Potomka przywiózł termometr, ja zakupiłam też leki. Niby te wszystkie nurofeno-ibumy nie mają czystego cukru w składzie, ale były tam takie składniki o których nie miałam pojęcia - i pani w aptece chyba też nie , bo gdy pytałam "A to co znaczy?" odpowiadała :"hmm.. to chyba nie cukier" :)

W każdym razie, gdy temperatura przekroczyła 38 stopni lub gdy przy stanie podgorączkowym Potomek był dętką podawałam lek. Mogłam zbijać skarpetami, no mogłam. Ale uznałam, że ibuprofen jest przeciwzapalny, zatem w naszym przypadku z pewnością nie zaszkodzi. W sumie podałam dwie dawki. Niedziela była już dla nas i poza wisielczym humorem i brakiem apetytu nic Potomkowi nie dolegało. Od poniedziałku, gdy apetyt był większy , futrowałam go kaszą jaglaną, cynamonem, olejem kokosowym, cebulą i czosnkiem plus ksylitol i olejek z oregano dla zabicia ewentualnego wzrostu grzyba, co przy lekach z niewiadomym składem i marnym jedzeniu było raczej pewne, że nastąpi.

Tak ładnie żarło i.... no zdechło. Zdechło jak cholera, bo w środę po południu zaczął koleś pokasływać. <mur> <mur> <mur>, a w nocy pokazywał, że go boli gardło.... 3 dni przerwy, ciszy przed burzą, nie wiadomo skąd przyszło, niby szybko poszło, i na jasną cholerę zawróciło ? Najgorsze w tym wszystkim jest to, że gdyby zapadł wyrok podania antybiotyku, to cała nasza 6 tygodniowa praca poszłaby w błoto.
Zatem w te pędy najpierw do dietetyczki, potem do lekarki. Koniec końców okazało się, że na leczenie zupełnie naturalne jest już lekko za późno i trzeba było zacząć to wtedy, gdy spadła odporność, czyli przy pierwszych objawach z temperaturą na czele. Ale nie jest źle, bo w sumie osłuchowo jest gites, wszystko siedzi "u góry", jest infekcja gardła, krtani, nochala, generalnie górnych dróg oddechowych. Zalecono kontynuowanie nebulizacji ( zaczęłam sama , gdy zobaczyłam co się kroi) i syrop dla diabetyków + dieta. Z syropu zrezygnowałam, zrobiłam gościowi syrop homemade z cebuli, goździków i ksylitolu, z odrobiną miodu ( po czym przypomniałam sobie, że miodu nie może :) ). Do tego zgodnie z zaleceniami dietetyczki ograniczyłam ponownie owoce, poza sokiem 100% z malin  i z dzikiej róży, wzbogacony dodatkowo witaminą C, na bezglucie i bezcukrze już jesteśmy, więc nie ma co ograniczać. Bezmleczna dieta również panuje, więc to też mamy z głowy. Potomek codziennie popija zioło :) ( miks prawoślazu, bzu i lipy) i na razie na czas infekcji zostajemy przy olejku z oregano i żywności przeciwzapalnej i przeciwbakteryjnej.
Sama zadecydowałam, że zasuplementuję acerolę.
Probiotyk oczywiście idzie pełną parą, co najlepsze.. okazało się, że ten, który brał do tej pory zawiera składniki mleczne !! Nie zauważyłam drobnego druczku czytając skład - klasyk. Wymieniliśmy go na Solgar.
Ale nic to.. z dnia na dzień jest coraz lepiej. Może nie zdechnie do końca :) Trzymajcie kciuki !!

Następnym razem od razu przy pierwszych objawach będę jechać z koksem ( naturalnym) bez zastanawiania się czy to już ten moment, czy może jeszcze poczekać - nie wiem na co zresztą :)
No i koniecznie muszę się zaopatrzyć , szczególnie na zimę, w domowe przetwory z malin. Matką wariatką jestem dopiero od 6 tygodni, więc malin bez cukru u mnie w spiżarce nie znajdziecie. Ale własnie rozpoczynam produkcję konfitur truskawkowych, naturalnych, bez cukru i żelfiksów, więc przyjdzie i czas na maliny , potem borówki, jabłka... Będzie się działo !
Żałuję, że przegapiłam etap chwastów ;-) Mogłabym wykorzystać jeszcze mniszek czy bez. Trudno. Next time! <tylko w sumie, nie wiem czy krakowskie , smożaste bzy, mniszki i inne kleszcze, są najodpowiedniejszym chwastem leczniczym :) >

Robicie własne przetwory ?? Ja nigdy nie czułam takiej potrzeby. Szczytem szczytów było dla mnie zrobienie własnej mąki z kasz, ryżu czy innych ziaren/nasion. Dopiero 2 tygodnie temu dowiedziałam się jak się kisi domowe ogórki. Czasem pomagałam mamie, ale raczej moja pomoc ograniczała się do wpychania tego i owego tu i ówdzie :) Wstyd i hańba NIE GODNA prawdziwej matki polki . Czas się biczować, nie ma co :)
Może zarzucicie jakimiś swoimi pomysłami, co by matka po nocach w necie nie ślęczała szukając tych najbardziej odpowiednich :)



niedziela, 22 czerwca 2014

Mleko Jaglane

Jak obiecałam, tak czynię :) 

Dziś pokażę Wam przepis na moje ulubione, lecznicze mleko jaglane.

Muszę się przyznać do jednej rzeczy : bardzo lubię mleko krowie, mogę je pijać litrami. Odkąd jednak wyedukowałam się w kwestii żywienia, staram się nie przesadzać z jego ilością. Stosuję w zasadzie tylko do kawy, ponieważ do tej pory nie odnalazłam dobrego zastępnika. Prawda jest taka - do smaku mlek roślinnych trzeba się chyba najnormalniej w świecie przyzwyczaić , a potem polubić :). Mnie to zajęło jakieś 2 miesiące, długo szukałam mojego ulubionego mleka roślinnego i w końcu ten smak odnalazłam, metodą prób i błędów udało mi się stworzyć  mleko dla mnie idealne w smaku, a dla Potomka idealne pod względem zdrowotnym. Co ciekawe, nie spodziewałam się, że będzie to mleko jaglane, raczej stawiałam na kokosowe. No i proszę: NIESPODZIANKA!! 

No to jedziemy! :) 

Składniki : 
200g ugotowanej kaszy jaglanej ( czyli 1 szklanka)
600 g wody (przegotowanej lub źródlanej) (tj.600ml)
1 kopiasta łyżeczka ksylitolu 
1 łyżeczka oleju kokosowego nierafinowanego 
1/2 łyżeczki cynamonu

Wykonanie w TM31: 
Do naczynia miksującego wrzucam ugotowaną kaszę jaglaną i zalewam wodą. Podgrzewam 2min/100C/obr.2 . Następnie miksuję 1min/obr.10 . Dodaję pozostałe składniki , miksuję 1min/obr.10.
GOTOWE!! :)  
Przecedzam przez gęste sitko i przelewam do butelki. Na sitku w zasadzie niewiele zostaje, więc można pominąć ten etap. Studzę, chowam do lodówki. Przechowuję nie dłużej niż 2 dni,a i tak zazwyczaj schodzi w jeden dzień. 


Mleko jest gęste, koktajlowe. Używam przede wszystkim do porannych owsianek bezglutenowych, ale i jako podstawę do koktajli i innych potraw, czy w ramach podwieczorku dla Potomka. Sama uwielbiam je pić na ciepło. Wszystkie składniki użyte w tym mleku są idealne dla diety przy kandydozie. Cynamon, ksylitol i olej kokosowy zabijają Candida albicans i hamują jego rozrost. Kasza jaglana zawiera mało skrobi, zatem mimo wysokiego IG nie karmi grzyba, a jej inne pro zdrowotne właściwości działają tylko i wyłącznie na korzyść pacjenta :)  Serdecznie polecam :) 
Zamiast ksylitolu można użyć dowolnego słodu lub zmiksować 1 owoc suszonego daktyla. Ja daktyli używam bardzo sporadycznie, ponieważ Potomkowi nie wolno spożywać suszonych owoców. 
Składniki można dowolnie wymieniać. Zamiast cynamonu można użyć ziaren z laski wanilii i mamy mleko waniliowe. Gdy doda się 1 łyżeczkę karobu powstanie nam mleko czekoladowe.

Wykonanie standardowe: 
Szklankę ugotowanej kaszy jaglanej podgrzać w garnku z odmierzoną wodą. Przelać do naczynia miksującego lub użyć blendera ręcznego by zmiksować dokładnie kaszę jaglaną, na tyle na ile starczy nam cierpliwości i sił :) Dodać pozostałe składniki, krotko zmiksować w celu połączenia. Przelać przez sitko wyłożone gazą lub pieluchą tetrową, odcisnąć powstałą na gazie pulpę. Można przelewać przez samo sitko, mleko wówczas jest bardziej zawiesiste. Przelać do butelki, wystudzić i szamać :) 
Jeżeli użyjecie daktyli, trzeba je dzień wcześniej namoczyć w szklance wody. 






poniedziałek, 16 czerwca 2014

Wygrana w TOTKA!


Tak się własnie czuję !! 
Zupełnie jakbym wygrała parę tysiaków! 
Wystarczył bowiem tydzień, by Potomek odpieluchował się niemal całkowicie. 

JESTEM DUMNA!!!!! 

Nie z siebie ;-) Z mojego Synka !! :) 

Zużywamy do dwóch pieluszek na dobę, głównie na czas drzemki. Nie mam jeszcze odwagi położyć Potomka bez "wsparcia" z ceraty, bo za nami dopiero kilka dni treningu i uznałam, że dam mu jeszcze czas. 

Czasami, gdy jestem zajęta lub wychodzimy gdzieś dalej, zakładam Potomiastemu pampka. Ale moje inteligentne i nadzwyczaj mądre dziecko ( ma to po mamusi , nie ma co ukrywać), mimo założonej ceraty informuje, że "to już czas" . 

Jest próżny ! Również wiem po kim :D 
Wystarczyło po namówieniu go do skorzystania z nocnika i złapaniu pierwszej cieczy odstawić szalony taniec radości, z oklaskami, splendorem i telefonicznym poinformowaniem połowy rodziny, aby następnym razem sam "zawołał"! Borys nie mówi ani "SI" ani nic innego. Po prostu podbiega do mnie, wołając "mama, mama" głosem pełnym radości, i pokazuje na swe męskie przyrodzenie, a matka już wie, że "coś się dzieje" :) 

Najciekawiej było w sobotę, podczas imprezy urodzinowej, kiedy biegał w pampersie, bo wiadomo, tłok , szum, zbyt wiele na raz, odświętny strój ( no dobra, to był najważniejszy powód :) ), myślalam, że nie ogarnę kuwety ( dosłownie i w przenośni) i dla bezpiczeństwa założymy ceratę. Potomiasty zaś postanowił sie pochwalić rodzinie i przez caly dzień zalatwiał sie tylko do nocniczka, mimo zalożonej pieluszki. 
Pierwsza dwójka była robiona w samotności, w łazience. Ale niezwłocznie po dokonaniu tejże czynności Potomek domagał się publicznego splendoru, zatem wszyscy goście bili brawo, dawali buziaki  i niemalże odtańczyli taniec szczęścia. 
Dlatego też,kolejna dwójeczka ( agar z żelków go czyścil :) za dużo pochłonął) musiała odbyć się przy otwartych drzwiach ! Wszyscy mieli tę niewątpliwą przyjemność widzieć i czuć jak Potomiasty wali kloca!!! 
Niezapomniane wrażenia!!! Mówię Wam ! :D 
Pozdrawiam Gości ! I dziękuję za wyrozumiałość ! :) 


Urodziny udały się znakomicie. 
Potomek otrzymał od Dziadka tort tematycznie związany ze Strażakiem Samem, jego ukochaną postacią z bajek. W sumie nie zna ich jakoś specjalnie dużo, na tapecie jest też krecik i Uki, ale strażak Sam zdecydowanie należy do jego Super Heroes ! 
Upodobał sobie w szczególności figurkę, nie wiedział, że jest do jedzenia , przytulal ją i glaskal, a gdy odpadła główka i rączki ( zbyt mocno ją przytulił :P )niezwłocznie przystąpił do ratowania bohatera :) 
Ubaw po pachy !! czekałam na moment kiedy zacznie wykonywać resuscytację krążeniowo oddechową! 
Na sam koniec postanowił wykąpać się ze strażakiem .....
Nie pytajcie :) 


Tort wykonany został przez cudowną Izę ze Sweetsland !!
Początkowo miał być nawet bezglutenowy i bezmleczny! Iza podniosła rękawicę. Ale w ostateczności, gdy wyszło uczulenie na jajko i orzechy, uznałam, że Potomek dostanie po prostu inny kawałek dozwolonego ciasta, a goście zjedzą "normalny" tort ! :) 
Dziękujemy ! I mocno polecamy ! :)