Ów czwartek okazał się dla nas bardzo tragiczny :( Rano rozbita głowa, wieczorem zaś wylądowaliśmy z Potomkiem w Dziecięcym Centrum Oparzeniowym w krakowskim Prokocimiu. Borys , podczas kilku sekund naszej nieuwagi wylał na siebie świeżo zaparzoną herbatę, ściągnął ją z blatu kuchennego. Jak i kiedy się tam znalazł - nie wiem :(
Zawsze starałam się uważać na szklanki, kubki czy inne przedmioty, którymi mógłby sobie zrobić krzywdę. Starałam się nie stawiać nic w zasięgu jego rąk. Herbata też nie była w takim miejscu. Nie widziałam jak to się stało, ale musiał się mocno wspiąć na palcach, żeby dosiegnąć szklankę lub wspiał się po uchwytach szuflad podciągając się na blacie i zrzucił na siebie szklankę z herbatą zalaną wrzątkiem, odstaną przez jakieś 3 minuty, nie więcej :(
Jak wyglądały nasze kolejne godziny tamtego wieczoru nawet nie chce opisywać....to co zobaczyłam na ciele mojego dziecka pozostanie w mojej pamięci do końca życia i szczerze napiszę, że nie wiem , czy kiedykolwiek uda mi się o tym zapomnieć.
Obecnie sytuacja jest w dużym stopniu opanowana, czekamy jeszcze na kolejną zmianę opatrunku, kiedy to dowiemy się, czy najciężej gojące się do tej pory rany goją się już lepiej, czy wydziela się martwica skóry. Jeśli się wydziela, to modle się o to, by była możliwość mechanicznego jej ściągnięcia, bez konieczności operowania, czyli przeszczepów. Lekarze bardzo ważą słowa i nie do końca można swobodnie czytać między wierszami. Mówią, aby czekać cierpliwie więc czekamy.
Na szczęście Borys nie doznał żadnego wstrząsu, ani z powodu wysokiej temperatury, ani z powodu chłodzenia. Okazuje się bowiem, że przy takich oparzeniach nie wolno chłodzić bardzo zimną wodą, tylko w zasadzie letnią, bo o temperaturze około 20 stopni. Mąż trzymał go pod prysznicem jakieś 10 minut, polewając zimną wodą, ale nagle Borys dostał drgawek , więc przestał go chłodzić.
Oparzenia są rozległe, ponad 20% , herbata wylała się na buzię, szyję, klatkę piersiową, brzuszek, ramiona, kawałek barków. tam gdzie wylała się bezpośrednio na skórę ( czyli buzia i szyja) wystąpiły oparzenia stopnia IIa, wygladają jakby mocno spaliło go słońce. Miejsca te świetnie się goją, gorzej z dolnymi partiami i barkami - stopień IIb. Tam poparzyła go w zasadzie tkanina. Miał na sobie body. Ale jesteśmy dobrej myśli. Wierzę w to, że wszystko będzie dobrze i nasz maluszek wróci do nas szybko i nie będzie nic pamiętał.
Póki co, większość czasu w szpitalu musi spędzać sam. Wolno nam go odwiedzać w godzinach od 9 do 18 , nie możemy z nim zostawać na noc. Taka specyfika oddziału. Ma dobrą opiekę, wierzę , że jest w najlepszych rękach. Ciocie pielęgniarki i lekarka , pod której opieką przebywa ( chirurg plastyczny, pani dr Beata Stanek) są tak cudowne, że z powrotem uwierzyłam w naszą służbę zdrowia.
Borys znosi to bardzo dzielnie, pozwala wszystko przy sobie zrobić pielęgniarkom i lekarzom. Nie prostestuje, nie histeryzuje, uśmiecha się często i dużo gada. Sporo leży, przez pierwsze kilka dni przyjmował kroplówkę za kroplówką, nie wyrywał sobie wenflonów, był bardzo odważny, cierpliwie znosił wszystko co mu "fundował" szpital ! Do każdej zmiany opatrunku jest znieczulany przez anestezjologa, podawane są także środki przeciwbólowe dożylnie , do tego antybiotyk.
Dziś udało nam się go nawet ponosić , bardzo się stęskniliśmy za tym, zarówno my jak i on. Wtulał się w nas tak okrutnie mocno :( Podchodziłam z nim też do okna, chuchał na szybę i rysował sobie swoje bazgrołki paluszkiem :)
We czwartek kolejna zmiana opatrunku, wówczas okaże się , jak wyglądają te najbardziej wątpliwe rany i wtedy dopiero dowiemy się jaka droga przed nami. Mocno wierzę w to, że wszystko dobrze się ułoży i obejdzie się bez bardziej poważnej ingerencji w ciałko mojego malucha !
Trzymajcie kciuki proszę !!!
wtorek, 29 października 2013
czwartek, 24 października 2013
Urazy i katastrofy cz.1
Pozdrowienia z chirurgii dziecięcej :) Pierwsza dziura w głowie zaliczona. Tym razem winne okazało się łóżko rodziców :/
A taki prezent za odwagę otrzymał Potomek od Pani Doktor :)
A taki prezent za odwagę otrzymał Potomek od Pani Doktor :)
niedziela, 6 października 2013
Po krakowsku !
Dziś będzie trochę refleksyjnie.
Właśnie wróciłam z Gali rozdania nagród konkursu , w którym brałam udział zawodowo. Odbierałam nagrodę za podium w kategorii Facebook Like i mi się micha cieszy strasznie, bo właśnie postawiłam swoją zdobycz na stole , załączyłam i delektuję się nią po całości :)
Do tego wszystkiego, postanowiłam zostać do samego końca tejże gali i mimo, że momentami było nudnawo, nie napiłam się, bo byłam autem, nie najadłam się bo pojechałam po sutym obiedzie, to jednak cieszę się, że dobrowolnie dobrnęłam do finishu. Bowiem na koniec eventu zaplanowano występ jednego z polskich artystów rodem z Krakowa, Andrzeja Sikorowskiego. Widząc pana Andrzeja przechadzającego się z gitarą pomiędzy uczestnikami gali , zajadającymi się w czasie przerwy przekąskami ze szwedzkiego stołu , wpierw pomyślałam : "O ludy! Pan Andrzej gra do kotleta... żal :/ ", ale postanowiłam , że zostanę do końca, bo wreszcie artysta stanął na scenie. Przybył ze swoją córką i Jackiem Królikiem. Córka śliczna !! Urocza po prostu, gdybym była mężczyzną z pewnością zakochałabym się w jej czarującym uśmiechu. Za to Jacek Królik - cóż, brzydki jak noc, ale to co wyczynia z gitarą to jest mistrzostwo świata , fajnie było go posłuchać na żywo i akustycznie ! Z jednej strony to straszne, że artyści tego pokroju występują na gali, którą w zasadzie powinnam pisać w cudzysłowie, bowiem odbywała się ona w przestrzeni salonu z wyposażeniem wnętrz, ale z drugiej strony, cieszę się, że miałam okazję uczestniczyć w tym występie, ponieważ natchnął mnie on do głębszych refleksji i o dziwo, zupełnie na trzeźwo :) doznałam olśnienia :)
Banał, powiecie!? A wcale, że nie ! Dziś trochę inaczej odebrałam tą wyśpiewaną frazę. Wsłuchując się w lekko humorystyczne teksty Sikorowskich przypomniałam sobie, dlaczego wybrałam na swoje dorosłe życie to właśnie miasto . Przez ostatnie 3-4 lata trochę się zagubiłam w tej miłości do miasta. W zasadzie, nie wiedzieć czemu, dość szybko przekształciła się ona w potęgującą z czasem nienawiść. Wszystko co było z tym miastem związane działało na mnie jak płachta na byka. Kraków mnie rozczarował ? Chyba nie o to chodzi.... Po prostu moją głową zawładnęły myśli i sprawy, które sprawiły, że zapomniałam dlaczego tu przyjechałam. Wszędzie było lepiej niż tu, Kraków stał się dla mnie więzieniem, z którego ciężko było mi się wydostać.
A dziś ... ? A dziś wróciły do mnie dawne wspomnienia. Ponownie odkryłam, dlaczego to właśnie tutaj chciałam studiować najbardziej na świecie, przypomniałam sobie, dlaczego Kraków śnił mi się po nocach i dlaczego kiedyś nie wyobrażałam sobie życia w innym miejscu.
Wiadomo od dawna, że rodowici krakowianie nigdy nie powiedzą złego słowa o swoim mieście, mnie było wolno, bo byłam i jestem krakowskim słoikiem, tzw. elementem napływowym :) i przyznam szczerze, że nie rozumiałam oburzenia Krakusów w związku z dość głośno i stanowczo wyrażaną negatywną opinią o ich mieście. Dziś dotarło do mnie dlaczego tak zażarcie bronili swojej małej ojczyzny. Dlaczego tak się stało ? Może dlatego, że dziś po prostu poczułam , że to także moja ojczyzna? Żałuję, że tak późno, aczkolwiek wychodzę z założenia , że lepiej późno niż wcale !
W tych starych tekstach odnalazłam siebie sprzed lat, sięgnęłam pamięcią do wspaniałych czasów studenckich. Przypomniało mi się miasto, które wówczas oglądałam oczami moich przyjaciół, Krakowian z dziada pradziada, które widziałam oczami mojego ojca , mieszkającego tu przez 12 lat swojego życia, oczami starszych kolegów, studiujących w Krakowie, wreszcie - oczami krakowskich , zaprzyjaźnionych artystów. Słowem - przypomniało mi się, jak wspaniale mi tutaj było. Pamiętam, jak moje przyjaciółki w ramach wagarów zabrały mnie na wzgórze Wawelskie, gdzie zrobiłyśmy sobie sesję z krokusem , trzy młode , porąbane dziewczyny, prawie artystki :) jedna w martensach w kwiatki i spodniach w pionowe pasy, druga w rozciągniętym swetrze i szaro stalowych glanach i ja ... cała na bordowo :D oczywiście również w glanach. Znak rozpoznawczy - czarna, duża, naznaczona elementami amatorskiej grafiki teczka, na której upamiętniane były najzabawniejsze teksty przewodnie naszego ówczesnego życia. Dla mnie Wawel był wspomnieniem szkolnych wycieczek z podstawówki, ot - taki sobie zamek. Dla nich - kolebką kultury, duma narodową, artystycznym , klimatycznym tworem, perełką architektoniczną i landmarkiem.
Pamiętam Gienka Loskę wydzierającego się pod Jaszczurami tak głośno, że słychać go było pod bramą Floriańską, Maleńczuka biegnącego wieczorem do kwiaciarek po zieleninę :) (zabrzmiało dwuznacznie, ale akurat wtedy na prawdę kupował tylko kwiaty). Przypomniałam sobie wszystkie magiczne miejsca, które uprzejmie pokazały mi moje przewodniczki, rozmowy egzystencjalne o życiu , świecie i wejściu do Unii Europejskiej, hektolitry kawy wypitej na Gołębiej i Starą Prowincję z jej cudownym , ówczesnym , typowo krakowskim klimatem, którego nigdzie indziej już nie odnalazłam. To właśnie tutaj Tradycja przepływa wolno przez każdy prawdziwie krakowski dom, co mnie teraz niesamowicie ujmuje i kradnie moje serce. To tutaj można mieć CZAS, którego wszędzie tak bardzo brakuje. Jeśli tylko oczywiście się na to pozwoli i popłynie z wciąż bardzo mocno odczuwalnym duchem zaczarowanej dorożki. Kameralność i prowincjonalizm to cechy miasta, które chyba przemawiają do mnie najmocniej. W jednej sekundzie zrozumiałam, że w świecie pędu, rozmachu i codziennej gonitwy szczurów Kraków jawi się jako swego rodzaju oaza spokoju. To magiczne miejsce, tu czas jakby zatrzymuje sie na chwilę, łapie oddech i ładuje akumulatory. NA PRAWDĘ !!!! I dziś pokochałam je na nowo ! I bardzo się z tego cieszę.. Zdałam sobie sprawę, że wszystko co dobre, spotkało mnie właśnie w tym mieście! A ja je tak znieważyłam, o ja durna ! :)
Piszę szczerze - jestem dumna, że mój Potomek urodził się tutaj i zrobię wszystko, żeby kochał to miasto tak samo , jak kochają go rodowici Krakowianie! Żeby poznał jego klimat, urok i tą drugą, fantastyczną stronę, tak odmienną od codziennego zgiełku, gwaru, korków, hermetycznych klik, ciągłego narzekania. Bardzo bym sobie tego życzyła, aby Potomek kiedyś był tak samo dumny ze swej małej ojczyzny jak dumni są z niej moi krakowscy przyjaciele.
Mimo, że Kraków może drażnić pychą, ortodoksyjnością , przekonaniem w nurcie "naj" ( najlepsi, najmądrzejsi, wyznaczający najwłaściwszy poziom artystyczny) , to można go szczerze i bezinteresownie pokochać! Tego jestem pewna! Sprawdziłam na własnej skórze :)
Jedyne do czego się nigdy nie przekonam to ... gołębie ! :)
A na koniec taka rymowanka, nie moja - zaczerpnięta od Pana Andrzeja, ale jakże pasująca do dzisiejszego wpisu :
Właśnie wróciłam z Gali rozdania nagród konkursu , w którym brałam udział zawodowo. Odbierałam nagrodę za podium w kategorii Facebook Like i mi się micha cieszy strasznie, bo właśnie postawiłam swoją zdobycz na stole , załączyłam i delektuję się nią po całości :)
Do tego wszystkiego, postanowiłam zostać do samego końca tejże gali i mimo, że momentami było nudnawo, nie napiłam się, bo byłam autem, nie najadłam się bo pojechałam po sutym obiedzie, to jednak cieszę się, że dobrowolnie dobrnęłam do finishu. Bowiem na koniec eventu zaplanowano występ jednego z polskich artystów rodem z Krakowa, Andrzeja Sikorowskiego. Widząc pana Andrzeja przechadzającego się z gitarą pomiędzy uczestnikami gali , zajadającymi się w czasie przerwy przekąskami ze szwedzkiego stołu , wpierw pomyślałam : "O ludy! Pan Andrzej gra do kotleta... żal :/ ", ale postanowiłam , że zostanę do końca, bo wreszcie artysta stanął na scenie. Przybył ze swoją córką i Jackiem Królikiem. Córka śliczna !! Urocza po prostu, gdybym była mężczyzną z pewnością zakochałabym się w jej czarującym uśmiechu. Za to Jacek Królik - cóż, brzydki jak noc, ale to co wyczynia z gitarą to jest mistrzostwo świata , fajnie było go posłuchać na żywo i akustycznie ! Z jednej strony to straszne, że artyści tego pokroju występują na gali, którą w zasadzie powinnam pisać w cudzysłowie, bowiem odbywała się ona w przestrzeni salonu z wyposażeniem wnętrz, ale z drugiej strony, cieszę się, że miałam okazję uczestniczyć w tym występie, ponieważ natchnął mnie on do głębszych refleksji i o dziwo, zupełnie na trzeźwo :) doznałam olśnienia :)
U nas chodzi się z księżycem w butonierceU nas wiosną wiersze rodzą się najlepszeI odmiennym jakby rytmemU nas ludziom bije serceChoć dla serca nieszczególne tu powietrze
Banał, powiecie!? A wcale, że nie ! Dziś trochę inaczej odebrałam tą wyśpiewaną frazę. Wsłuchując się w lekko humorystyczne teksty Sikorowskich przypomniałam sobie, dlaczego wybrałam na swoje dorosłe życie to właśnie miasto . Przez ostatnie 3-4 lata trochę się zagubiłam w tej miłości do miasta. W zasadzie, nie wiedzieć czemu, dość szybko przekształciła się ona w potęgującą z czasem nienawiść. Wszystko co było z tym miastem związane działało na mnie jak płachta na byka. Kraków mnie rozczarował ? Chyba nie o to chodzi.... Po prostu moją głową zawładnęły myśli i sprawy, które sprawiły, że zapomniałam dlaczego tu przyjechałam. Wszędzie było lepiej niż tu, Kraków stał się dla mnie więzieniem, z którego ciężko było mi się wydostać.
A dziś ... ? A dziś wróciły do mnie dawne wspomnienia. Ponownie odkryłam, dlaczego to właśnie tutaj chciałam studiować najbardziej na świecie, przypomniałam sobie, dlaczego Kraków śnił mi się po nocach i dlaczego kiedyś nie wyobrażałam sobie życia w innym miejscu.
Wiadomo od dawna, że rodowici krakowianie nigdy nie powiedzą złego słowa o swoim mieście, mnie było wolno, bo byłam i jestem krakowskim słoikiem, tzw. elementem napływowym :) i przyznam szczerze, że nie rozumiałam oburzenia Krakusów w związku z dość głośno i stanowczo wyrażaną negatywną opinią o ich mieście. Dziś dotarło do mnie dlaczego tak zażarcie bronili swojej małej ojczyzny. Dlaczego tak się stało ? Może dlatego, że dziś po prostu poczułam , że to także moja ojczyzna? Żałuję, że tak późno, aczkolwiek wychodzę z założenia , że lepiej późno niż wcale !
W tych starych tekstach odnalazłam siebie sprzed lat, sięgnęłam pamięcią do wspaniałych czasów studenckich. Przypomniało mi się miasto, które wówczas oglądałam oczami moich przyjaciół, Krakowian z dziada pradziada, które widziałam oczami mojego ojca , mieszkającego tu przez 12 lat swojego życia, oczami starszych kolegów, studiujących w Krakowie, wreszcie - oczami krakowskich , zaprzyjaźnionych artystów. Słowem - przypomniało mi się, jak wspaniale mi tutaj było. Pamiętam, jak moje przyjaciółki w ramach wagarów zabrały mnie na wzgórze Wawelskie, gdzie zrobiłyśmy sobie sesję z krokusem , trzy młode , porąbane dziewczyny, prawie artystki :) jedna w martensach w kwiatki i spodniach w pionowe pasy, druga w rozciągniętym swetrze i szaro stalowych glanach i ja ... cała na bordowo :D oczywiście również w glanach. Znak rozpoznawczy - czarna, duża, naznaczona elementami amatorskiej grafiki teczka, na której upamiętniane były najzabawniejsze teksty przewodnie naszego ówczesnego życia. Dla mnie Wawel był wspomnieniem szkolnych wycieczek z podstawówki, ot - taki sobie zamek. Dla nich - kolebką kultury, duma narodową, artystycznym , klimatycznym tworem, perełką architektoniczną i landmarkiem.
Pamiętam Gienka Loskę wydzierającego się pod Jaszczurami tak głośno, że słychać go było pod bramą Floriańską, Maleńczuka biegnącego wieczorem do kwiaciarek po zieleninę :) (zabrzmiało dwuznacznie, ale akurat wtedy na prawdę kupował tylko kwiaty). Przypomniałam sobie wszystkie magiczne miejsca, które uprzejmie pokazały mi moje przewodniczki, rozmowy egzystencjalne o życiu , świecie i wejściu do Unii Europejskiej, hektolitry kawy wypitej na Gołębiej i Starą Prowincję z jej cudownym , ówczesnym , typowo krakowskim klimatem, którego nigdzie indziej już nie odnalazłam. To właśnie tutaj Tradycja przepływa wolno przez każdy prawdziwie krakowski dom, co mnie teraz niesamowicie ujmuje i kradnie moje serce. To tutaj można mieć CZAS, którego wszędzie tak bardzo brakuje. Jeśli tylko oczywiście się na to pozwoli i popłynie z wciąż bardzo mocno odczuwalnym duchem zaczarowanej dorożki. Kameralność i prowincjonalizm to cechy miasta, które chyba przemawiają do mnie najmocniej. W jednej sekundzie zrozumiałam, że w świecie pędu, rozmachu i codziennej gonitwy szczurów Kraków jawi się jako swego rodzaju oaza spokoju. To magiczne miejsce, tu czas jakby zatrzymuje sie na chwilę, łapie oddech i ładuje akumulatory. NA PRAWDĘ !!!! I dziś pokochałam je na nowo ! I bardzo się z tego cieszę.. Zdałam sobie sprawę, że wszystko co dobre, spotkało mnie właśnie w tym mieście! A ja je tak znieważyłam, o ja durna ! :)
Piszę szczerze - jestem dumna, że mój Potomek urodził się tutaj i zrobię wszystko, żeby kochał to miasto tak samo , jak kochają go rodowici Krakowianie! Żeby poznał jego klimat, urok i tą drugą, fantastyczną stronę, tak odmienną od codziennego zgiełku, gwaru, korków, hermetycznych klik, ciągłego narzekania. Bardzo bym sobie tego życzyła, aby Potomek kiedyś był tak samo dumny ze swej małej ojczyzny jak dumni są z niej moi krakowscy przyjaciele.
Mimo, że Kraków może drażnić pychą, ortodoksyjnością , przekonaniem w nurcie "naj" ( najlepsi, najmądrzejsi, wyznaczający najwłaściwszy poziom artystyczny) , to można go szczerze i bezinteresownie pokochać! Tego jestem pewna! Sprawdziłam na własnej skórze :)
Jedyne do czego się nigdy nie przekonam to ... gołębie ! :)
A na koniec taka rymowanka, nie moja - zaczerpnięta od Pana Andrzeja, ale jakże pasująca do dzisiejszego wpisu :
"Ja to miasto od innych wolę, choć nie będę go stawiał za wzór,
Zawsze będę wychodził na pole, niech se inni wychodzą na dwór!"
:)
piątek, 27 września 2013
Stara Matka
Dzięki dobrym duszom tego świata, dzisiejszego popołudnia, po raz pierwszy w życiu matka mogła zaznać cudownego relaksu w Instytucie Spa - part one :) Prezent otrzymany w okrągłą rocznicę jej narodzin okazał się strzałem w dychę i po prostu ehhhh.... czas cofnął się dzisiaj o co najmniej ... 25 lat :D Twarz matki, która dzisiaj była oklepywana, masowana, rolowana, podświetlana i potraktowana cudownie ciepłymi kosmetykami nakładanym przez sprytne rączki ( nie, nie malej Chinki, ale też było super ! :) ) młodej pani jest dzisiejszego wieczora gładka i mięciutka niczym Potomkowa Pupcia :) Wszystkie zmarchy poszły w cholerę ! Czuję to ! Nie ma ich :) Taka sytuacja :)
Czemu ja na to nie wpadłam wcześniej ?? Dlaczego nie korzystałam nigdy z tego typu zabiegów - NIE WIEM! Toż to była jedna z najmilszych wizyt w miejscu publicznym od niepamiętnych czasów! Dobre dusze! Niech Wam ziemia lekką będzie za te kilkadziesiąt minut mojego relaksu w pachnącym pokoju bez woni mokrej pieluszki lub gorszych smrodków , pod kocykiem , dogrzewana ciepłą lampą, z panią, która z przyjemnością i uśmiechem na ustach wysłuchała mego monologu , ba! nawet mi czasem przytakiwała . Pewnie żałowała że nie mam zabiegu na usta , może wtedy bym się przymknęła na minutę. Ale co tam, to nie jest ważne!
Pani "Sprytne Rączki" była na prawdę miła, aczkolwiek dała matce do zrozumienia, że czas szybko płynie i chyba powinna o siebie zadbać. Cóż, po okrągłej rocznicy matka to widzi w lustrze, facjata już nie ta. Przemiła młoda osoba była bardzo zbulwersowana, że matka nie używa kremu na dzień. Cholera... myślałam, że jestem jeszcze tak młoda, że nie muszę !? "Sprytne Rączki" przewróciły skrycie oczami do góry - WIDZIAŁAM TO KOCHANIUTKA!!!! ale daruję Ci, tylko dlatego, że było b.o.s.k.o. ! :)
Oczywiście nie obyło się bez przygód. "Sprytne Rączki" nakazały nie otwierać oczu przez cały zabieg, ale litości, Droga Pani, jeśli przez ponad rok, musisz mieć oczy w dupie i lepiej żebyś ich nie zamykała, bo jeśli to zrobisz , to Twoje dziecko :
a) wyleje Ci kawę na najważniejsze papiery leżące na stole
b) pozrzuca jedyne żywe kwiatki z parapetu
c) zechce pobawić się nożem , który zdejmie sobie z blatu kuchnnego
d) postanowi umyć swoje ręce w kiblu
e) i wykona wiele , wiele innych czynności, które w regulaminie domowym uchodzą za zakazane, a ono tylko czeka na chwilę, gdy matka przymknie oko i będzie można coś zmalować
to .. no po prostu.... mieć oczy zamknięte przez całe 60 minut to bardzo trudna sztuka :) Dlatego też, przepraszam, że musiałaś zaczynać zabieg od początku po tym, jak z rąk wypadła ci nakrętka, a ja uczniłam rzecz zakazaną , zapraszając przy okazji do swojego oka kroplę serum, która przypadkowo tam trafiła, po czym podniosłam się w sekundę do góry, uderzając głową o lampę i zatarłam sobie oko na amen :/ Jest jeden plus tej sytuacji - zabieg był dłuższy :)
Ale słowo daję, z tymi oczami to normalnie jak z odruchem Pawłowa. Nie wiem czy się kiedyś tego pozbędę ! Najbardziej cierpię nocami , wystarczy jeden szmer - matka staje na równe nogi niczym przyjaciel Zombie.
Za tydzień Instytut Spa - Part Two ! Tym razem będą walczyć z cellulitem i tą całą resztą bandziorów! mam nadzieję, że strat nie będzie ! :)
Czemu ja na to nie wpadłam wcześniej ?? Dlaczego nie korzystałam nigdy z tego typu zabiegów - NIE WIEM! Toż to była jedna z najmilszych wizyt w miejscu publicznym od niepamiętnych czasów! Dobre dusze! Niech Wam ziemia lekką będzie za te kilkadziesiąt minut mojego relaksu w pachnącym pokoju bez woni mokrej pieluszki lub gorszych smrodków , pod kocykiem , dogrzewana ciepłą lampą, z panią, która z przyjemnością i uśmiechem na ustach wysłuchała mego monologu , ba! nawet mi czasem przytakiwała . Pewnie żałowała że nie mam zabiegu na usta , może wtedy bym się przymknęła na minutę. Ale co tam, to nie jest ważne!
Pani "Sprytne Rączki" była na prawdę miła, aczkolwiek dała matce do zrozumienia, że czas szybko płynie i chyba powinna o siebie zadbać. Cóż, po okrągłej rocznicy matka to widzi w lustrze, facjata już nie ta. Przemiła młoda osoba była bardzo zbulwersowana, że matka nie używa kremu na dzień. Cholera... myślałam, że jestem jeszcze tak młoda, że nie muszę !? "Sprytne Rączki" przewróciły skrycie oczami do góry - WIDZIAŁAM TO KOCHANIUTKA!!!! ale daruję Ci, tylko dlatego, że było b.o.s.k.o. ! :)
Oczywiście nie obyło się bez przygód. "Sprytne Rączki" nakazały nie otwierać oczu przez cały zabieg, ale litości, Droga Pani, jeśli przez ponad rok, musisz mieć oczy w dupie i lepiej żebyś ich nie zamykała, bo jeśli to zrobisz , to Twoje dziecko :
a) wyleje Ci kawę na najważniejsze papiery leżące na stole
b) pozrzuca jedyne żywe kwiatki z parapetu
c) zechce pobawić się nożem , który zdejmie sobie z blatu kuchnnego
d) postanowi umyć swoje ręce w kiblu
e) i wykona wiele , wiele innych czynności, które w regulaminie domowym uchodzą za zakazane, a ono tylko czeka na chwilę, gdy matka przymknie oko i będzie można coś zmalować
to .. no po prostu.... mieć oczy zamknięte przez całe 60 minut to bardzo trudna sztuka :) Dlatego też, przepraszam, że musiałaś zaczynać zabieg od początku po tym, jak z rąk wypadła ci nakrętka, a ja uczniłam rzecz zakazaną , zapraszając przy okazji do swojego oka kroplę serum, która przypadkowo tam trafiła, po czym podniosłam się w sekundę do góry, uderzając głową o lampę i zatarłam sobie oko na amen :/ Jest jeden plus tej sytuacji - zabieg był dłuższy :)
Ale słowo daję, z tymi oczami to normalnie jak z odruchem Pawłowa. Nie wiem czy się kiedyś tego pozbędę ! Najbardziej cierpię nocami , wystarczy jeden szmer - matka staje na równe nogi niczym przyjaciel Zombie.
Za tydzień Instytut Spa - Part Two ! Tym razem będą walczyć z cellulitem i tą całą resztą bandziorów! mam nadzieję, że strat nie będzie ! :)
czwartek, 26 września 2013
Czy Potomek jest dziewczynką ? czyli poranne Polaków rozmowy
O co chodzi ?? Ubieram moje dziecko zawsze po "chłopięcemu". Nie nosi żadnych kontrowersyjnych kolorów i wzorów , mamy mało rzeczy typu unisex i są to zazwyczaj czapki, dresy, itp. Potomek posiada krótkie włosy , jeszcze nie obcinane, ale uformowane po chłopięcemu :) To wszystko jednak chyba zbyt mało , by rozróżnić płeć mojego dziecka . Kolejny raz z rzędu słyszę : "Chłopiec czy dziewczynka?", "Dziewczynko? Jak masz na imie?"
Dziś byliśmy u lekarza, ponieważ Potomek lekko przychorował. Wchodzimy do poczekalni, przed nami tylko jeden mały pacjent. Przybył ze swoim tatą. Mijają dwie minuty, pan pyta, czy Potomek to dziewczynka. Uśmiechając się, odpowiadam , że nie, że mam synka. "Ubrana jest jak chłopiec, ale taka ładna jak dziewczynka!" Hmm.. widać nie dotarło ....
Pan źle zaczął, ale dajmy mu jeszcze szansę.
Mija kolejne 5 minut i nie uwierzycie!!! Pada pytanie nokaut !!!!! Uwaga!
"Rodziła pani w Siemiradzkim czy Narutowiczu????"
WHAT THE FUCK!!!!!!!??????
Kaszlnęłam nie dowierzając :) A w zasadzie , ze zdziwienia, zakrztusiłam się przełykaną śliną.
Swoim poprzednim postem chyba sprowadziłam na siebie złą karmę :) Zapytałam pana, cóż to za pytanie i czy muszę odpowiadać. Pan nie zareagował w jakiś szczególny sposób. Odpowiedział tylko, że gdybym tam rodziła, to mógłby ze mną porozmawiać o warunkach tam panujących, ponieważ chętnie podzieliłby się swoją opinią, która do najlepszych nie należy. Mowa o Siemiradzkim, jak się potem dowiedziałam. No cóż.. przykro mi, że nie mogłam sobie miło pogawędzić na temat bólów porodowych, warunków szpitalnych, nacinania krocza i innych wspaniałych atrybutach porodu. Mijają kolejne minuty, pan otwiera usta. Myślę sobie : "Jeśli zapyta o to czy nadal karmię piersią to porozmawiamy nieco inaczej " :D Ale nie , pan rozpoczyna monolog. I słyszę : "Jestem tatą wychowującym dzieci. Moja żona pracuje. Ja 22 lata mieszkałem w Nowym Jorku, od 2 tygodni goszczę tutaj przyjaciół ze Stanów, którzy do mnie przyjechali i wszędzie za mną chodzą, bo wiadomo, mam obowiązki jako Ojciec Kwoka. Zaraz pewnie przyjdą. Dwóch stetryczałych starszych panów, sama pani zobaczy, no są przezabawni ! Mój synek ma 8 miesięcy i troszkę przychorował. Ale przyszliśmy dziś do pani doktor i ona nam pomoże. Będzie wszystko super! A w ogóle...... itd.... itd... " Jezuuuuuuuuuuuuusie Narazeński, Matko Polko i inni święci.... jestem po niewyspanej nocy, biegam po malutkim pokoiku przed gabinetem za niewyspanym, chorym dzieciakiem, ponieważ wizyta wypadła akurat w okresie jego pierwszej drzemki. Czemu Pan do mnie rozmawia?? :) Kurcze.. chyba muszę mu odpowiedzieć :/ Tylko o co zapytać, jak już prawie wszystko powiedział :)
Wchodzi Pani, nowa osoba. Świetnie ! Może ona sobie z nim pogada ? Moja nadzieja stała się realną sytuacją. Pani zagaja : "Ooo Pan jest naszym sąsiadem !" Pan : "tak???" Pani : "Tak, przychodzil pan czasem do nas ! " Pan: "Tak?? I co mówilem? Czy smoliłem do pani cholewki? " <leżę> Pani: " Mówił Pan o lasce..." , Pan przerywa, a ja zaczynam słuchać z nieposkromioną ciekawością :D : "Ok , niech pani nie kończy może jednak ". Pani : "...o lasce wanilii... że jest dobra na komary"
Ok, to jakiś matrix. Ja chyba nie mam takich sąsiadów, którzy przychodzą po to , żeby doradzić co jest najlepsze na komary, a potem jeszcze nie rozpoznają mnie na ulicy. A szkoda :D Może wiele rad okazało by się pomocnymi :)
Pan rozpoczyna kolejny monolog, z którego dowiaduję się, że kobiety mają w życiu tyle utrapień i trudów, że należy je szanować i czcić, czym zaskarbia sobie moją sympatię dosłownie w sekundzie :) . Już wiem, że podczas , gdy jego żona pracuje, on wychowuje dzieci, chodzi na spacery, gotuje, sprząta , rozmawia z paniami na placu zabaw <już wszystko rozumiem!> , które są cudowne, wspaniałe i zawsze wymieniają się jakimiś radami i złotymi myślami, a dwa dni temu wzywali go do przedszkola , ponieważ jego starsza córka znokautowała kolegę, gdy ten nie chciał jej oddać zabawki, za co dostała.. naganę <nie wierzę, 4 letnia dziewczynka :) > i zagrożono ją wyrzuceniem z placówki, przy następnym takim incydencie. No ładnie zaczyna dziewczyna :D
A potem córka tej Pani znokautowała Potomka, który rozryczał się na całą przychodnię! Muszę chyba popracować nad męskością mojego Pisklęcia :)
Z nowości : Potomek jest na 75 centylu jeśli chodzi o wagę i 50 jeśli chodzi o wzrost. Ma całe 83 cm i waży 13 kg. Jego proporcje niepokoją mnie już jakiś czas. Nie jest źle, po prostu hmm.. on ma taką budowę. Jest duży. Okoliczni podglądacze i panie z placu zabaw mylą go z 2 latkiem, podczas gdy mamy do czynienia z 15,5 miesięcznym młodym mężczyzną. Niemniej jednak od 2 tygodni matka zaczęła uważnie przyglądać się menu Potomka, ograniczyła biszkopty, słodkie jogurty, soki kupne do zera i rozpoczęła racjonalne żywienie, 5 posiłków dziennie , fitness , sport :D Trzeba zapanować nad centylami :) Pani dr dziś lekko utwierdziła mnie w moich obawach, że można by zwrócić uwagę na to, co i kiedy Potomek jada, ot tak, dla jego zdrowia i urody, aczkolwiek bez przesady, bo źle nie jest.
Aaaaaa nowo poznany Pan wbił sobie tez gwóźdź do trumny ponieważ na odchodne powiedział nam : "och jak ja lubię takie grubiutkie i ubite dzieciaki!" Noż szlag by go ! Ja za to nie lubię jak o moim dziecku mówi się per "gruby", bo gruby nie jest! Nie rozumiem osób, które muszą ( gdyz w przeciwnym razie byłyby głęboko nieszczęsliwe) powiedzieć na głos i prosto z mostu, co kto ma charakterystycznego w swoim wyglądzie. Zapytajcie pieguskę, czy lubi , gdy ktoś OBCY , poznany przed sekundą, czyni komentarz odnośnie jej piegów , jako uroczym dodatku do urody w typie jesieni :)
Dziś byliśmy u lekarza, ponieważ Potomek lekko przychorował. Wchodzimy do poczekalni, przed nami tylko jeden mały pacjent. Przybył ze swoim tatą. Mijają dwie minuty, pan pyta, czy Potomek to dziewczynka. Uśmiechając się, odpowiadam , że nie, że mam synka. "Ubrana jest jak chłopiec, ale taka ładna jak dziewczynka!" Hmm.. widać nie dotarło ....
Pan źle zaczął, ale dajmy mu jeszcze szansę.
Mija kolejne 5 minut i nie uwierzycie!!! Pada pytanie nokaut !!!!! Uwaga!
"Rodziła pani w Siemiradzkim czy Narutowiczu????"
WHAT THE FUCK!!!!!!!??????
Kaszlnęłam nie dowierzając :) A w zasadzie , ze zdziwienia, zakrztusiłam się przełykaną śliną.
Swoim poprzednim postem chyba sprowadziłam na siebie złą karmę :) Zapytałam pana, cóż to za pytanie i czy muszę odpowiadać. Pan nie zareagował w jakiś szczególny sposób. Odpowiedział tylko, że gdybym tam rodziła, to mógłby ze mną porozmawiać o warunkach tam panujących, ponieważ chętnie podzieliłby się swoją opinią, która do najlepszych nie należy. Mowa o Siemiradzkim, jak się potem dowiedziałam. No cóż.. przykro mi, że nie mogłam sobie miło pogawędzić na temat bólów porodowych, warunków szpitalnych, nacinania krocza i innych wspaniałych atrybutach porodu. Mijają kolejne minuty, pan otwiera usta. Myślę sobie : "Jeśli zapyta o to czy nadal karmię piersią to porozmawiamy nieco inaczej " :D Ale nie , pan rozpoczyna monolog. I słyszę : "Jestem tatą wychowującym dzieci. Moja żona pracuje. Ja 22 lata mieszkałem w Nowym Jorku, od 2 tygodni goszczę tutaj przyjaciół ze Stanów, którzy do mnie przyjechali i wszędzie za mną chodzą, bo wiadomo, mam obowiązki jako Ojciec Kwoka. Zaraz pewnie przyjdą. Dwóch stetryczałych starszych panów, sama pani zobaczy, no są przezabawni ! Mój synek ma 8 miesięcy i troszkę przychorował. Ale przyszliśmy dziś do pani doktor i ona nam pomoże. Będzie wszystko super! A w ogóle...... itd.... itd... " Jezuuuuuuuuuuuuusie Narazeński, Matko Polko i inni święci.... jestem po niewyspanej nocy, biegam po malutkim pokoiku przed gabinetem za niewyspanym, chorym dzieciakiem, ponieważ wizyta wypadła akurat w okresie jego pierwszej drzemki. Czemu Pan do mnie rozmawia?? :) Kurcze.. chyba muszę mu odpowiedzieć :/ Tylko o co zapytać, jak już prawie wszystko powiedział :)
Wchodzi Pani, nowa osoba. Świetnie ! Może ona sobie z nim pogada ? Moja nadzieja stała się realną sytuacją. Pani zagaja : "Ooo Pan jest naszym sąsiadem !" Pan : "tak???" Pani : "Tak, przychodzil pan czasem do nas ! " Pan: "Tak?? I co mówilem? Czy smoliłem do pani cholewki? " <leżę> Pani: " Mówił Pan o lasce..." , Pan przerywa, a ja zaczynam słuchać z nieposkromioną ciekawością :D : "Ok , niech pani nie kończy może jednak ". Pani : "...o lasce wanilii... że jest dobra na komary"
Ok, to jakiś matrix. Ja chyba nie mam takich sąsiadów, którzy przychodzą po to , żeby doradzić co jest najlepsze na komary, a potem jeszcze nie rozpoznają mnie na ulicy. A szkoda :D Może wiele rad okazało by się pomocnymi :)
Pan rozpoczyna kolejny monolog, z którego dowiaduję się, że kobiety mają w życiu tyle utrapień i trudów, że należy je szanować i czcić, czym zaskarbia sobie moją sympatię dosłownie w sekundzie :) . Już wiem, że podczas , gdy jego żona pracuje, on wychowuje dzieci, chodzi na spacery, gotuje, sprząta , rozmawia z paniami na placu zabaw <już wszystko rozumiem!> , które są cudowne, wspaniałe i zawsze wymieniają się jakimiś radami i złotymi myślami, a dwa dni temu wzywali go do przedszkola , ponieważ jego starsza córka znokautowała kolegę, gdy ten nie chciał jej oddać zabawki, za co dostała.. naganę <nie wierzę, 4 letnia dziewczynka :) > i zagrożono ją wyrzuceniem z placówki, przy następnym takim incydencie. No ładnie zaczyna dziewczyna :D
A potem córka tej Pani znokautowała Potomka, który rozryczał się na całą przychodnię! Muszę chyba popracować nad męskością mojego Pisklęcia :)
Z nowości : Potomek jest na 75 centylu jeśli chodzi o wagę i 50 jeśli chodzi o wzrost. Ma całe 83 cm i waży 13 kg. Jego proporcje niepokoją mnie już jakiś czas. Nie jest źle, po prostu hmm.. on ma taką budowę. Jest duży. Okoliczni podglądacze i panie z placu zabaw mylą go z 2 latkiem, podczas gdy mamy do czynienia z 15,5 miesięcznym młodym mężczyzną. Niemniej jednak od 2 tygodni matka zaczęła uważnie przyglądać się menu Potomka, ograniczyła biszkopty, słodkie jogurty, soki kupne do zera i rozpoczęła racjonalne żywienie, 5 posiłków dziennie , fitness , sport :D Trzeba zapanować nad centylami :) Pani dr dziś lekko utwierdziła mnie w moich obawach, że można by zwrócić uwagę na to, co i kiedy Potomek jada, ot tak, dla jego zdrowia i urody, aczkolwiek bez przesady, bo źle nie jest.
Aaaaaa nowo poznany Pan wbił sobie tez gwóźdź do trumny ponieważ na odchodne powiedział nam : "och jak ja lubię takie grubiutkie i ubite dzieciaki!" Noż szlag by go ! Ja za to nie lubię jak o moim dziecku mówi się per "gruby", bo gruby nie jest! Nie rozumiem osób, które muszą ( gdyz w przeciwnym razie byłyby głęboko nieszczęsliwe) powiedzieć na głos i prosto z mostu, co kto ma charakterystycznego w swoim wyglądzie. Zapytajcie pieguskę, czy lubi , gdy ktoś OBCY , poznany przed sekundą, czyni komentarz odnośnie jej piegów , jako uroczym dodatku do urody w typie jesieni :)
piątek, 20 września 2013
Trudne matki początki
Zauważyłam pewien schemat zachowań społeczeństwa.
Jeśli rodzi się dziecko, przeważnie padają pytania : "Jak rodziłaś ? Naturalnie czy cesarka?" (boshhh.. a coż to za pytanie?? to chyba moja sprawa nie ? :) i nawet rozumiem, jeśli pyta ktoś z bliskich znajomych czy rodziny, ale obca baba na placu zabaw???? nieeee, no dramat. )
Gdy dziecko jest troszkę starsze, najczęściej zadawanymi pytaniami są dwa: 1. "Jak śpi?", 2. "Karmisz jeszcze piersią?"
Gdy kończy rok : 1. "Chodzi już ?" 2. "Mówi już ??"
Czy jak będzie miał 10 lat to będą pytać o oceny w szkole ???? A nie przepraszam, za chwilę pojawi się etap : "Czy załatwia się do nocnika ?? "
I wiecie, wszystko spoko, tylko ile razy można odpowiadać na jedne i te same pytania, bez wyjątku ??
Może powinnam to spisać? W końcu odpowiedzi również są takie same. I nosić ze sobą , wyjmując kolejno odpowiednie kartki na padające pytania ? :)
A już na łopatki kładą mnie miny moich niektórych rozmówców lub wypowiadane z litością "ahaaa", wtedy gdy na każde z pytań odpowiadam "nie".
Sytuacja ze sklepu , 3 tygodnie temu :
Stoimy sobie z Potomkiem pod stoiskiem z pysznymi wędlinkami, podchodzi pan ze swoim potomkiem, wiek.. na oko, 2 lata. Pan zagaja:
"- Tak Kamilku, będziemy teraz kupować wędlinki na kolację. Daj cześć chłopczykowi." Dzieciaki podają sobie rączki.
"-A powiedz chłopczykowi , kogo ty będziesz miał za dwa dni w domku??"
Matka wpada w konsternacje, sama jest ciekawa, w myślach zgaduje : pieska!!!
Potomek Matki Polki chyba nie zamierza posłuchać , co jego kolega ma do powiedzenia, no trudno, matka robi za dwoje.
"-No powiedz! no.... braa...braaa...."
Wiem~!!!! Odgadłam !!! Braciszka!!!!
"-Dzidzia" odpowiada chłopiec.
Myślę sobie : cudownie! Uroczy widok, tata zajmujący się starszym dzieckiem , w oczekiwaniu na przyjazd kolejnego małego człowieka do domu, i taka radość , aż bijąca po oczach z tego powodu. No super , na prawdę. I co ... ? czar pryska, bo.. ojciec zamienia się matkę :)
"-Ile ma ?" pyta wskazując na Potomka.
'- 15 miesięcy." Cisza, patrzy na mnie. Shit , chyba oczekuje, że zapytam o wiek jego potomka. No więc pytam z grzeczności, chociaż tak na prawdę średnio mnie interesuje wiek obcego dziecka.
"- 26 miesięcy. Jego mama karmiła go piersią do momentu zajścia w ciążę z drugim synkiem. Pani karmi jeszcze?"
No i wtedy własnie wszystko mi opadło. Stoisko z wędlinami, obcy pan, znamy się 3 minuty, a ja mam mu opowiadać o swoim mleku z piersi ?? :D Na prawdę dość mocno zbierałam się wówczas spod lady.
Tego typu sytuacji było na prawdę sporo, chociaż nigdy jeszcze nie zapytał mnie o to mężczyzna. Ciekawe , czy jeśli na placu zabaw spotyka się dwóch tatusiów to też o tym rozmawiają , jak długo i czy w ogóle ich dzieci były karmione piersią, ile kup dziennie robią (dzieciaki, nie ojcowie) i jak bardzo żona cierpiała przy porodzie?
Rozumiem, że takie tematy poruszane są w gronie znanych sobie osób, nie widzę nic w tym złego. Ale czemu do jasnej ciasnej mam się zwierzać z osobistych spraw obcym ludziom? Dlaczego ode mnie tego oczekują formułując w ten sposób pytania? Nie mam z tym problemu w zasadzie, zwyczajowo nie odpowiadam obcym ludziom, ale ciekawi mnie to zjawisko.
Kolejny temat wart poruszenia, to ingerencja obcych ludzi w opiekę matki nad dzieckiem , głównie na spacerach.
Dlaczego obca babcia uważa, że źle ubrałam swoje własne dziecko , zatrzymując mnie na chodniku, daje mi dobrą radę, żebym założyła czapkę na głowę Potomka, a w ogóle, najlepiej żebym wróciła do domu, bo to nie jest dobry dzień na spacer?
Dlaczego obca pani zbiera moje dziecko z ziemi i bierze je na ręce, wygłaszając dość głośno jej własne zdanie na temat dzieci siedzących na trawie? Chce się bawić na ziemi, niech się bawi!
Dlaczego obca pani podnosi Potomka, gdy się przewrócił lekko potykając, zupełnie bez płaczu, ot po prostu - mała wywrotka podczas spaceru ? Przy czym patrzy na matkę wilkiem, oceniając ją w myślach jako wyrodną, bo nie pobiegła dziecku na pomoc. A no nie pobiegłam. Sam potrafi wstać przecież. Mamy to już opracowane do perfekcji, on upada, wstaje, ja na niego czekam. Wszystko zajmuje nam 60 sekund. Pani zaburzyła nam schemat :)
W tym całym ambarasie szczęściem jest to, że matka potrafi się odstosunkować od tych wszystkich niepoprawnych jej zdaniem zachowań społecznych. W tym względzie frustracja ją zdecydowanie omija szerokim łukiem, raczej zawsze pojawia się uśmiech. Aczkolwiek musi przyznać, że posiada bardziej wyluzowane koleżanki od niej , za co je bardzo ceni i czego się od nich pilnie uczy :)
A na sam koniec fota z przygody, która nas spotkała całkiem niedawno . Potomek złapał po raz pierwszy swoją własną gumę w BoMobilu :)
Jeśli rodzi się dziecko, przeważnie padają pytania : "Jak rodziłaś ? Naturalnie czy cesarka?" (boshhh.. a coż to za pytanie?? to chyba moja sprawa nie ? :) i nawet rozumiem, jeśli pyta ktoś z bliskich znajomych czy rodziny, ale obca baba na placu zabaw???? nieeee, no dramat. )
Gdy dziecko jest troszkę starsze, najczęściej zadawanymi pytaniami są dwa: 1. "Jak śpi?", 2. "Karmisz jeszcze piersią?"
Gdy kończy rok : 1. "Chodzi już ?" 2. "Mówi już ??"
Czy jak będzie miał 10 lat to będą pytać o oceny w szkole ???? A nie przepraszam, za chwilę pojawi się etap : "Czy załatwia się do nocnika ?? "
I wiecie, wszystko spoko, tylko ile razy można odpowiadać na jedne i te same pytania, bez wyjątku ??
Może powinnam to spisać? W końcu odpowiedzi również są takie same. I nosić ze sobą , wyjmując kolejno odpowiednie kartki na padające pytania ? :)
A już na łopatki kładą mnie miny moich niektórych rozmówców lub wypowiadane z litością "ahaaa", wtedy gdy na każde z pytań odpowiadam "nie".
Sytuacja ze sklepu , 3 tygodnie temu :
Stoimy sobie z Potomkiem pod stoiskiem z pysznymi wędlinkami, podchodzi pan ze swoim potomkiem, wiek.. na oko, 2 lata. Pan zagaja:
"- Tak Kamilku, będziemy teraz kupować wędlinki na kolację. Daj cześć chłopczykowi." Dzieciaki podają sobie rączki.
"-A powiedz chłopczykowi , kogo ty będziesz miał za dwa dni w domku??"
Matka wpada w konsternacje, sama jest ciekawa, w myślach zgaduje : pieska!!!
Potomek Matki Polki chyba nie zamierza posłuchać , co jego kolega ma do powiedzenia, no trudno, matka robi za dwoje.
"-No powiedz! no.... braa...braaa...."
Wiem~!!!! Odgadłam !!! Braciszka!!!!
"-Dzidzia" odpowiada chłopiec.
Myślę sobie : cudownie! Uroczy widok, tata zajmujący się starszym dzieckiem , w oczekiwaniu na przyjazd kolejnego małego człowieka do domu, i taka radość , aż bijąca po oczach z tego powodu. No super , na prawdę. I co ... ? czar pryska, bo.. ojciec zamienia się matkę :)
"-Ile ma ?" pyta wskazując na Potomka.
'- 15 miesięcy." Cisza, patrzy na mnie. Shit , chyba oczekuje, że zapytam o wiek jego potomka. No więc pytam z grzeczności, chociaż tak na prawdę średnio mnie interesuje wiek obcego dziecka.
"- 26 miesięcy. Jego mama karmiła go piersią do momentu zajścia w ciążę z drugim synkiem. Pani karmi jeszcze?"
No i wtedy własnie wszystko mi opadło. Stoisko z wędlinami, obcy pan, znamy się 3 minuty, a ja mam mu opowiadać o swoim mleku z piersi ?? :D Na prawdę dość mocno zbierałam się wówczas spod lady.
Tego typu sytuacji było na prawdę sporo, chociaż nigdy jeszcze nie zapytał mnie o to mężczyzna. Ciekawe , czy jeśli na placu zabaw spotyka się dwóch tatusiów to też o tym rozmawiają , jak długo i czy w ogóle ich dzieci były karmione piersią, ile kup dziennie robią (dzieciaki, nie ojcowie) i jak bardzo żona cierpiała przy porodzie?
Rozumiem, że takie tematy poruszane są w gronie znanych sobie osób, nie widzę nic w tym złego. Ale czemu do jasnej ciasnej mam się zwierzać z osobistych spraw obcym ludziom? Dlaczego ode mnie tego oczekują formułując w ten sposób pytania? Nie mam z tym problemu w zasadzie, zwyczajowo nie odpowiadam obcym ludziom, ale ciekawi mnie to zjawisko.
Kolejny temat wart poruszenia, to ingerencja obcych ludzi w opiekę matki nad dzieckiem , głównie na spacerach.
Dlaczego obca babcia uważa, że źle ubrałam swoje własne dziecko , zatrzymując mnie na chodniku, daje mi dobrą radę, żebym założyła czapkę na głowę Potomka, a w ogóle, najlepiej żebym wróciła do domu, bo to nie jest dobry dzień na spacer?
Dlaczego obca pani zbiera moje dziecko z ziemi i bierze je na ręce, wygłaszając dość głośno jej własne zdanie na temat dzieci siedzących na trawie? Chce się bawić na ziemi, niech się bawi!
Dlaczego obca pani podnosi Potomka, gdy się przewrócił lekko potykając, zupełnie bez płaczu, ot po prostu - mała wywrotka podczas spaceru ? Przy czym patrzy na matkę wilkiem, oceniając ją w myślach jako wyrodną, bo nie pobiegła dziecku na pomoc. A no nie pobiegłam. Sam potrafi wstać przecież. Mamy to już opracowane do perfekcji, on upada, wstaje, ja na niego czekam. Wszystko zajmuje nam 60 sekund. Pani zaburzyła nam schemat :)
W tym całym ambarasie szczęściem jest to, że matka potrafi się odstosunkować od tych wszystkich niepoprawnych jej zdaniem zachowań społecznych. W tym względzie frustracja ją zdecydowanie omija szerokim łukiem, raczej zawsze pojawia się uśmiech. Aczkolwiek musi przyznać, że posiada bardziej wyluzowane koleżanki od niej , za co je bardzo ceni i czego się od nich pilnie uczy :)
A na sam koniec fota z przygody, która nas spotkała całkiem niedawno . Potomek złapał po raz pierwszy swoją własną gumę w BoMobilu :)
Niecierpliwa Matka Polka
Przebieram nogami, oj przebieram. Wszystko z niecierpliwości. Potomek zamknął się w sobie i nie chce wydać ani jednego dźwięku, które mogło by świadczyć o rozwoju jego mowy :) Jest gadułą, przeokrutną. Ale póki co, gadamy sobie o : "babababababababababa" albo o "tatatatatatatatata", albo "łoło łoło łoło", ewentualnie o "aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa". Wydawałoby się, że mamy wiele wspólnych tematów :) aczkolwiek słabo się rozumiemy w tej dyskusji. Spędzam z nim już 16 miesiąc jego życia i nie ukrywam, że chciałabym usłyszeć co ma do powiedzenia. No ok.. przecież mówi....np. "aaaaaa".... ale matce to nie wystarcza.
Jeszcze 6 miesięcy temu, kiedy koleżanki i koledzy Potomka wyrażali swoje pierwsze myśli na głos, a ten milczał jak grób, tłumaczyłam sobie rzecz jasna, że dzieci rozwijają się w różny sposób i powtarzalam jak mantrę "cierpliwości matko, cierpliwości, NIE PORÓWNUJ". Ale dziś moja cierpliwość sięgnęła dna :D Może dlatego, że powtarzamy do skutku naukę mówienia, ale widzę, że dzieć uparty i idzie nam to jak krew z nosa. Wprost nie mogę się doczekać wymiany poglądów z moim dzieckiem, ot chociażby na temat tego czy mu jedzenie smakuje czy nie :) Potomku, Dziecko! Wystarczy, że powiesz mi "tak" , albo "nie"!!
A tak zupełnie poważnie, to faktycznie... porównywanie rozwoju dzieciaków wśród mam, to niestety norma. Trochę mnie to śmieszy, nie ukrywam. Jestem jedną z mam, która pyta, docieka i interesuje się tym, jak wygląda rozwój małego człowieka. Ale odnoszę wrażenie, że jeszcze mi na tym punkcie nie odbiło. Nie poganiam mojego Potomka ( wstęp to ironia - przyp.red. :D dla tych, którzy nie odczytali poczucia humoru matki ), czasem mam chwilę zwątpienia, nie potrafiąc odnaleźć się w gąszczu nadgorliwych mam, czy przypadkiem nie za bardzo olewam swoją pociechę nie ucząc go coraz to nowszych wyrazów , gestów, itp. Ale potem szybko wracam do pionu. Wiem, że nie robię mu krzywdy, nie będę go do niczego zmuszać. Nie chce mówić ? Widocznie nie ma nic ciekawego do powiedzenia :D Dogadujemy się bez słów, czasem lepiej, czasem gorzej. Ale z drugiej strony , nie podtykam mu wszystkiego pod nos, nie staram się domyślać na siłę, czego moje dziecko aktualnie pragnie, pozostawiam mu swobodę działania. W końcu wiem przecież, że jeśli będzie chciał pić, to przyniesie mi swój bidonik. Jeśli będzie chciał jeść, to mogę się go spodziewać w kuchni pod lodówką albo pod szafką , w której trzymam kaszkę i mleko ( swoją drogą inteligencja mojego dziecka mnie przerasta momentami :D ).
Nie powtarzam 50 razy dziennie gdzie w książeczce jest kotek , a gdzie piesek. Nie robię tego, bo moje dziecko interesuje się czymś zupełnie innym. Na moje nieszczęście , np sprzętem elektronicznym. Ale cóż... przynajmniej wie, który guzik w pilocie uruchamia telewizor :) Czytamy książeczki, bawimy się edu zabawkami, malujemy, biegamy, naśladujemy zwierzaki. TAK - ale w granicach rozsądku! Nic na siłę. Przyznam, że początki były inne. Bardzo zależało mi szczególnie na czytaniu książek Potomkowi, kilkanaście razy dziennie otwierałam książeczki , kupowałam ich bardzo dużo, licząc, że któraś w końcu go zainteresuje. Niestety on tego nie znosi, a może nawet nie chodzi o to, że tego nie cierpi, po prostu się tym nie interesuje. Woli wrzucać klocki do sortera, układać puzzle , rozbijać się pchaczem po mieszkaniu, przesuwać krzesła i robić bałagan, włączać i wyłączać telewizor, wysuwać i wsuwać płyty do dvd, otwierać klapkę w drukarce, przygłaszać wieże albo.. grzebać przy gniazdkach. Gniazdka są u nas zakazane i zabezpieczone, więc spokojnie :) Wzywanie pomocy społecznej do naszego gniazda (nomen omen) , nie jest konieczne.
W pewnym momencie jednak, zaczęłam się wczuwać w potrzeby mojego Potomka, podążać za jego tempem rozwoju oraz podglądać to, czym ON woli się bawić i zajmować, a nie JA.
Tak samo traktuję jego rozwój pod względem mowy. Dużo do niego mówię, opowiadam mu o wszystkim , co w danej chwili robię. Bo z kim mam gadać, tak z drugiej strony ? :) Kiedyś z ojcem Potomka wzywaliśmy dziecię do powtarzania poszczególnych prostych słówek. Bez rezultatu, jak szybko można się domyślić. Nie robimy tego, ponieważ Potomek ma nas w nosie :) W 5 minut nauczył się robić "prrrrrr" z wyciągniętym na wierzch językiem, naśladując swojego ojca ( takie mają wspólne zabawy :D ), a "mama" nie powtórzył mimo 2 dni błagania :) Dlatego już go nie torturujemy. Niech sobie sam zadecyduje , co i kiedy chce powiedzieć. Nie mogę się już doczekać :)
I jeszcze taki mały pe-esik od Potomka jako wspomnienie słonecznych dni :)
Do następnego !
Jeszcze 6 miesięcy temu, kiedy koleżanki i koledzy Potomka wyrażali swoje pierwsze myśli na głos, a ten milczał jak grób, tłumaczyłam sobie rzecz jasna, że dzieci rozwijają się w różny sposób i powtarzalam jak mantrę "cierpliwości matko, cierpliwości, NIE PORÓWNUJ". Ale dziś moja cierpliwość sięgnęła dna :D Może dlatego, że powtarzamy do skutku naukę mówienia, ale widzę, że dzieć uparty i idzie nam to jak krew z nosa. Wprost nie mogę się doczekać wymiany poglądów z moim dzieckiem, ot chociażby na temat tego czy mu jedzenie smakuje czy nie :) Potomku, Dziecko! Wystarczy, że powiesz mi "tak" , albo "nie"!!
A tak zupełnie poważnie, to faktycznie... porównywanie rozwoju dzieciaków wśród mam, to niestety norma. Trochę mnie to śmieszy, nie ukrywam. Jestem jedną z mam, która pyta, docieka i interesuje się tym, jak wygląda rozwój małego człowieka. Ale odnoszę wrażenie, że jeszcze mi na tym punkcie nie odbiło. Nie poganiam mojego Potomka ( wstęp to ironia - przyp.red. :D dla tych, którzy nie odczytali poczucia humoru matki ), czasem mam chwilę zwątpienia, nie potrafiąc odnaleźć się w gąszczu nadgorliwych mam, czy przypadkiem nie za bardzo olewam swoją pociechę nie ucząc go coraz to nowszych wyrazów , gestów, itp. Ale potem szybko wracam do pionu. Wiem, że nie robię mu krzywdy, nie będę go do niczego zmuszać. Nie chce mówić ? Widocznie nie ma nic ciekawego do powiedzenia :D Dogadujemy się bez słów, czasem lepiej, czasem gorzej. Ale z drugiej strony , nie podtykam mu wszystkiego pod nos, nie staram się domyślać na siłę, czego moje dziecko aktualnie pragnie, pozostawiam mu swobodę działania. W końcu wiem przecież, że jeśli będzie chciał pić, to przyniesie mi swój bidonik. Jeśli będzie chciał jeść, to mogę się go spodziewać w kuchni pod lodówką albo pod szafką , w której trzymam kaszkę i mleko ( swoją drogą inteligencja mojego dziecka mnie przerasta momentami :D ).
Nie powtarzam 50 razy dziennie gdzie w książeczce jest kotek , a gdzie piesek. Nie robię tego, bo moje dziecko interesuje się czymś zupełnie innym. Na moje nieszczęście , np sprzętem elektronicznym. Ale cóż... przynajmniej wie, który guzik w pilocie uruchamia telewizor :) Czytamy książeczki, bawimy się edu zabawkami, malujemy, biegamy, naśladujemy zwierzaki. TAK - ale w granicach rozsądku! Nic na siłę. Przyznam, że początki były inne. Bardzo zależało mi szczególnie na czytaniu książek Potomkowi, kilkanaście razy dziennie otwierałam książeczki , kupowałam ich bardzo dużo, licząc, że któraś w końcu go zainteresuje. Niestety on tego nie znosi, a może nawet nie chodzi o to, że tego nie cierpi, po prostu się tym nie interesuje. Woli wrzucać klocki do sortera, układać puzzle , rozbijać się pchaczem po mieszkaniu, przesuwać krzesła i robić bałagan, włączać i wyłączać telewizor, wysuwać i wsuwać płyty do dvd, otwierać klapkę w drukarce, przygłaszać wieże albo.. grzebać przy gniazdkach. Gniazdka są u nas zakazane i zabezpieczone, więc spokojnie :) Wzywanie pomocy społecznej do naszego gniazda (nomen omen) , nie jest konieczne.
W pewnym momencie jednak, zaczęłam się wczuwać w potrzeby mojego Potomka, podążać za jego tempem rozwoju oraz podglądać to, czym ON woli się bawić i zajmować, a nie JA.
Tak samo traktuję jego rozwój pod względem mowy. Dużo do niego mówię, opowiadam mu o wszystkim , co w danej chwili robię. Bo z kim mam gadać, tak z drugiej strony ? :) Kiedyś z ojcem Potomka wzywaliśmy dziecię do powtarzania poszczególnych prostych słówek. Bez rezultatu, jak szybko można się domyślić. Nie robimy tego, ponieważ Potomek ma nas w nosie :) W 5 minut nauczył się robić "prrrrrr" z wyciągniętym na wierzch językiem, naśladując swojego ojca ( takie mają wspólne zabawy :D ), a "mama" nie powtórzył mimo 2 dni błagania :) Dlatego już go nie torturujemy. Niech sobie sam zadecyduje , co i kiedy chce powiedzieć. Nie mogę się już doczekać :)
I jeszcze taki mały pe-esik od Potomka jako wspomnienie słonecznych dni :)
Do następnego !
niedziela, 18 sierpnia 2013
Matka poleca
Wpadłam niedawno przez przypadek na fajną stronę, polecam lekturę wszystkim kobietom :)
http://www.mamopracuj.pl/
P.S. Uczulenie na antybiotyk , które wystąpiło u Potomka, po tym jak zaczęło zmieniać swój wygląd z płaskich kropek na wypukłe krostki z płynem , okazało się chorobą bostońską :) Ale to dziadostwo już za nami....!
http://www.mamopracuj.pl/
P.S. Uczulenie na antybiotyk , które wystąpiło u Potomka, po tym jak zaczęło zmieniać swój wygląd z płaskich kropek na wypukłe krostki z płynem , okazało się chorobą bostońską :) Ale to dziadostwo już za nami....!
niedziela, 4 sierpnia 2013
Matka na wakacjach
Rewolucja nam nie wyszła, Potomek nadal ma dwie drzemki w ciągu dnia, ale mimo to, zaczyna coraz lepiej sypiać w nocy. Ostatnio nie budził się prawie wcale, a dzień zaczynał w okolicach 7 rano. Pewnego razu zdarzyło się nam nawet zaspać , ponieważ nasz żywy budzik wstał przed 8 !! Życie od razu nabiera większej gamy barw , gdy człowiek może się wyspać :)
Jako, że perspektyw brak na prawdziwe wakacje i w zasadzie to byłyby one możliwe dopiero we wrześniu, a matka jeszcze nie jest gotowa na wyjazd w nieznane hen za góry i lasy, tam gdzie slońce świeci przez 18 godzin na dobę , a wrzesień nadal jest miesiącem mocno słonecznym, takoż postanowiła wykorzystać rodzinne zasoby i udać się na agro wczasy do babci Potomka, rzecz jasna, zabierając ze sobą Jegomościa.
Wakacje rozpoczęły się weekendem u znajomych pod Bielskiem, w uroczym domku i atrakcjami basenowo leżakowymi. Potomek sprawował się świetnie, spał, jadł, bawił się z dzieciakami, walczył o zabawki, trochę pomoczył tyłek w basenie, pooddychał świeżym powietrzem. W niedzielę wróciliśmy do domu, w poniedziałek zaś po południu wyjechaliśmy na agro wczasy. Matka miała wizję. Ona, leżak, książka, basen obok, Potomek w basenie, echo odbijające śmiech i radość dziecka, opalona , brązowa skóra, 5 kg mniej :D Wizja cudowna, gorzej z rzeczywistością :) Może w przyszłym roku :)
Agro wczasy zaczęły się od wysokiej temperatury Potomka mniej więcej o 5 nad ranem już we wtorek. Temperatura utrzymywała się cały kolejny dzień, spadała tylko na czas działania środków spędzających gorączkę. Nie muszę chyba pisać , jak zachowuje się chore dziecko i że nie ma to nic wspólnego z wizją matki o wakacjach. Wieczorem Babcia Potomka spanikowała i nakazała wizytę u lekarza. Gdybyśmy byli w naszym gnieździe , pewnie ograniczylibyśmy się do telefonu do naszej Pani dr, która zawsze powtarza, że jeśli walka z temperaturą jest pozytywna, a nie ma żadnych innych dolegliwości to najlepiej wstrzymać się z wizytą do 3 doby temperatury. Babcia jednak uznała, że boi się zostać w agro jednostce na pustkowiu z gorączkującym Potomkiem na noc. Pojawił się także problem dokładnego zmierzenia temperatury. Jak raz , postanowiłam nie brać swojego sprzętu do mierzenia temperatury "bo po co?", klasycznym termometrem Potomek wzgardził, a ten przykładany do czoła "parzył" i nie dało się przez 15 sekund utrzymać go w jednym miejscu na czole Pisklęcia. Dobra koleżanka Babci jest lekarzem pediatrą, zebrałyśmy więc małego pacjenta i udałyśmy się do miasta na wizytę. Okazało się, że gardło jest szkarłatne. Został nam władowany antybiotyk. Niestety. Pierwszy w życiu Potomka. Uczucia mieszane, ponieważ wiem, że w naszym gnieździe nasza Pani dr prawdopodobnie nie zdecydowałaby się na taki sposób leczenia. Ale byliśmy na obczyźnie, Babcia z koleżanką przekonywały że nie ma wyjścia, trudno. Może faktycznie zabić dziada w zarodku i nie czekać co będzie potem. Dobra, niechże będzie ten antybiotyk. Pierwsza dawka została podana już we wtorek wieczorem. Następnego dnia Potomek obudził się z kilkoma czerwonymi kropkami na ciele. WTF???!!! Ospa? Telefon do przyjaciela - odpowiedź. Trzeba czekać i obserwować. Druga dawka antybiotyku podana, co poskutkowało biegunką :/ Boże, wymarzone wakacje !!!! Niech to szlag !
Telefon do przyjaciela po raz kolejny - odpowiedź : stop antybiotykom, odstawiamy. Cudownie. Temperatura minęła, nie pojawiała się już w środę ani potem. Potomek jednak nadal był marudny i cierpiący a ja spędzałam całe dnie na zliczaniu kropek i obserwowaniu co się z nimi dzieje. Pisklę nie jadło, nie chciało pić, cierpiało. :/ Nie spało :/ Urlop zamienił się w gehennę.
We czwartek sama doszłam do wniosku, że wysypka i biegunka były reakcją na antybiotyk, a temperatura prawdopodobnie była przyczyną trzech zębów wyrzynających się w jednym czasie. Okazało się bowiem, że światło dzienne ujrzały dwie dolne trójki i jedna dolna czwórka. Teraz Potomek ma już wszystkie zęby oprócz czterech piątek. Świetnie! Tylko czemu akurat teraz !? i dlaczego wszystkie na raz !!
Piątek i sobota minęły znośnie, Potomek powoli zaczyna jeść, aczkolwiek sprawia mu to ból :( Na szczęście temperatury brak, kropki stają się coraz bledsze, z buźki prawie zniknęły. Humor powrócił wraz z pojawieniem się Ojca w sobotę wieczorem. Nagle powróciła także chęć do zabawy w wodzie i basenie, ochota na spędzanie czasu na świeżym , niezasmożonym powietrzu, bieganie gołymi stópkami po piasku i trawie, gonienie motylków i wąchanie kwiatuszków. Ale nasze wakacje już się kończą więc za wiele nie skorzystamy z tych cudownych atrybutów agro wczasów :)
Większość pewnie uzna, że to klasyk :) Tak jak ja bym uznała wyjazd nad polskie morze i ulewne deszcze w tym samym czasie ( w moim przypadku to właśnie jest klasyk, w tym roku nie wybieramy się nad Bałtyk, tak więc afrykańskie upały nadal tam panują. Podziękowania za dobrą pogodę i pozostanie w południowej części PL nie są konieczne, wystarczy kartka z Kołobrzegu czy Mielna :) ).
Matka ma dość urlopów, chce wracać do swoich czterech kątów , zająć się robotą i zapomnieć o agro wczasach jak najszybciej.
Wszystkim korzystającym z uroków upalnego polskiego lata życzymy razem z Potomkiem udanych wakacji!!!
Jako, że perspektyw brak na prawdziwe wakacje i w zasadzie to byłyby one możliwe dopiero we wrześniu, a matka jeszcze nie jest gotowa na wyjazd w nieznane hen za góry i lasy, tam gdzie slońce świeci przez 18 godzin na dobę , a wrzesień nadal jest miesiącem mocno słonecznym, takoż postanowiła wykorzystać rodzinne zasoby i udać się na agro wczasy do babci Potomka, rzecz jasna, zabierając ze sobą Jegomościa.
Wakacje rozpoczęły się weekendem u znajomych pod Bielskiem, w uroczym domku i atrakcjami basenowo leżakowymi. Potomek sprawował się świetnie, spał, jadł, bawił się z dzieciakami, walczył o zabawki, trochę pomoczył tyłek w basenie, pooddychał świeżym powietrzem. W niedzielę wróciliśmy do domu, w poniedziałek zaś po południu wyjechaliśmy na agro wczasy. Matka miała wizję. Ona, leżak, książka, basen obok, Potomek w basenie, echo odbijające śmiech i radość dziecka, opalona , brązowa skóra, 5 kg mniej :D Wizja cudowna, gorzej z rzeczywistością :) Może w przyszłym roku :)
Agro wczasy zaczęły się od wysokiej temperatury Potomka mniej więcej o 5 nad ranem już we wtorek. Temperatura utrzymywała się cały kolejny dzień, spadała tylko na czas działania środków spędzających gorączkę. Nie muszę chyba pisać , jak zachowuje się chore dziecko i że nie ma to nic wspólnego z wizją matki o wakacjach. Wieczorem Babcia Potomka spanikowała i nakazała wizytę u lekarza. Gdybyśmy byli w naszym gnieździe , pewnie ograniczylibyśmy się do telefonu do naszej Pani dr, która zawsze powtarza, że jeśli walka z temperaturą jest pozytywna, a nie ma żadnych innych dolegliwości to najlepiej wstrzymać się z wizytą do 3 doby temperatury. Babcia jednak uznała, że boi się zostać w agro jednostce na pustkowiu z gorączkującym Potomkiem na noc. Pojawił się także problem dokładnego zmierzenia temperatury. Jak raz , postanowiłam nie brać swojego sprzętu do mierzenia temperatury "bo po co?", klasycznym termometrem Potomek wzgardził, a ten przykładany do czoła "parzył" i nie dało się przez 15 sekund utrzymać go w jednym miejscu na czole Pisklęcia. Dobra koleżanka Babci jest lekarzem pediatrą, zebrałyśmy więc małego pacjenta i udałyśmy się do miasta na wizytę. Okazało się, że gardło jest szkarłatne. Został nam władowany antybiotyk. Niestety. Pierwszy w życiu Potomka. Uczucia mieszane, ponieważ wiem, że w naszym gnieździe nasza Pani dr prawdopodobnie nie zdecydowałaby się na taki sposób leczenia. Ale byliśmy na obczyźnie, Babcia z koleżanką przekonywały że nie ma wyjścia, trudno. Może faktycznie zabić dziada w zarodku i nie czekać co będzie potem. Dobra, niechże będzie ten antybiotyk. Pierwsza dawka została podana już we wtorek wieczorem. Następnego dnia Potomek obudził się z kilkoma czerwonymi kropkami na ciele. WTF???!!! Ospa? Telefon do przyjaciela - odpowiedź. Trzeba czekać i obserwować. Druga dawka antybiotyku podana, co poskutkowało biegunką :/ Boże, wymarzone wakacje !!!! Niech to szlag !
Telefon do przyjaciela po raz kolejny - odpowiedź : stop antybiotykom, odstawiamy. Cudownie. Temperatura minęła, nie pojawiała się już w środę ani potem. Potomek jednak nadal był marudny i cierpiący a ja spędzałam całe dnie na zliczaniu kropek i obserwowaniu co się z nimi dzieje. Pisklę nie jadło, nie chciało pić, cierpiało. :/ Nie spało :/ Urlop zamienił się w gehennę.
We czwartek sama doszłam do wniosku, że wysypka i biegunka były reakcją na antybiotyk, a temperatura prawdopodobnie była przyczyną trzech zębów wyrzynających się w jednym czasie. Okazało się bowiem, że światło dzienne ujrzały dwie dolne trójki i jedna dolna czwórka. Teraz Potomek ma już wszystkie zęby oprócz czterech piątek. Świetnie! Tylko czemu akurat teraz !? i dlaczego wszystkie na raz !!
Piątek i sobota minęły znośnie, Potomek powoli zaczyna jeść, aczkolwiek sprawia mu to ból :( Na szczęście temperatury brak, kropki stają się coraz bledsze, z buźki prawie zniknęły. Humor powrócił wraz z pojawieniem się Ojca w sobotę wieczorem. Nagle powróciła także chęć do zabawy w wodzie i basenie, ochota na spędzanie czasu na świeżym , niezasmożonym powietrzu, bieganie gołymi stópkami po piasku i trawie, gonienie motylków i wąchanie kwiatuszków. Ale nasze wakacje już się kończą więc za wiele nie skorzystamy z tych cudownych atrybutów agro wczasów :)
Większość pewnie uzna, że to klasyk :) Tak jak ja bym uznała wyjazd nad polskie morze i ulewne deszcze w tym samym czasie ( w moim przypadku to właśnie jest klasyk, w tym roku nie wybieramy się nad Bałtyk, tak więc afrykańskie upały nadal tam panują. Podziękowania za dobrą pogodę i pozostanie w południowej części PL nie są konieczne, wystarczy kartka z Kołobrzegu czy Mielna :) ).
Matka ma dość urlopów, chce wracać do swoich czterech kątów , zająć się robotą i zapomnieć o agro wczasach jak najszybciej.
Wszystkim korzystającym z uroków upalnego polskiego lata życzymy razem z Potomkiem udanych wakacji!!!
poniedziałek, 1 lipca 2013
Kolejna rewolucja :)
Dawno nas nie było. To dlatego, że dużo się działo i matka nie wyrabiała na zakrętach.
Dziś wcale nie jest lepiej, ale nadchodzi nowa era - przestawianie Potomka na system jednodrzemkowy w ciągu dnia.
Matka nie jest w stanie znieść już pobudek o 4:30 rano , w celach rozrywkowych ze strony Potomka rzecz jasna. Uznała więc, że jej latorośl chyba za dużo śpi w ciągu dnia, zatem okres kolejnej rewolucji czas zacząć. Relację z postępów będziemy zdawać na bieżąco !!! :)
P.S. Dla innych matek Polek , które czasem nie wiedzą jak zająć swoje dziecko polecamy świetną bajkę ( tak , tak, wiem.. telewizja szkodzi i psuje dzieci - ale czasem , trzeba przyznać jest zbawienna). Nazywa się ona "Uki" i u nas jest po prostu hitem od paru miesięcy.
Dziś wcale nie jest lepiej, ale nadchodzi nowa era - przestawianie Potomka na system jednodrzemkowy w ciągu dnia.
Matka nie jest w stanie znieść już pobudek o 4:30 rano , w celach rozrywkowych ze strony Potomka rzecz jasna. Uznała więc, że jej latorośl chyba za dużo śpi w ciągu dnia, zatem okres kolejnej rewolucji czas zacząć. Relację z postępów będziemy zdawać na bieżąco !!! :)
P.S. Dla innych matek Polek , które czasem nie wiedzą jak zająć swoje dziecko polecamy świetną bajkę ( tak , tak, wiem.. telewizja szkodzi i psuje dzieci - ale czasem , trzeba przyznać jest zbawienna). Nazywa się ona "Uki" i u nas jest po prostu hitem od paru miesięcy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




