Wczoraj byliśmy w szpitalu na kontroli zmian pooparzeniowych. Okazało się, że wszystko już w porządku, sama Pani Doktor oznajmiła, że to zadziwiające jak ładnie się wszystko wygoiło. Za przykład podała pacjentkę , która weszła przed nami. Dziewczynka w wieku Potomka, po identycznym wypadku, a z dużo gorzej gojącymi się rankami. Dodała jeszcze ( z czego ja nie zdawałam sobie sprawy), że u dziewczynki oparzony brzuszek to na prawdę tragedia, z tego względu, że przy głębokich ranach, nawet gdy nie było wykonywanego przeszczepu, tworzący się okrutnie gruby keloid może powodować problemy ze wzrostem piersi :/ U Borysa on się nie wytworzył, może w jednym miejscu, na grzbiecie, tam gdzie poparzyły go napki. Ale mamy przepisane plastry rozciagające, Granuflex, które niedługo zaczniemy stosować. Moglibyśmy już teraz, ale pod wpływem ciepła ( wizyta u Babci Potomka w dobrze nagrzanym domu) i potu utworzył się na tej bliźnie pęcherz, który musi się wygoić. Reszta ran obsypana jest jakąś wysypką, wygląda to na potówki. Podobno może tak się dziać, aż do całkowitego wygojenia ran i odbudowania zniszczonego naskórka. Ale Pani Doktor była dobrej myśli, szacując iż za 6 miesięcy będziemy szukać śladów tej tragedii. Tak więc i my pozytywnie myślimy ! :)
W ogóle, muszę tutaj nadmienić, że jestem przeokrutnie wdzięczna i pozytywnie zaskoczona opieką medyczną jaką zostaliśmy obdarowani w tym szpitalu, przez cały okres leczenia. Przemiła i przesympatyczna Pani Doktor Beata Stanek, która od początku prowadziła Potomka. Mówiła o konkretach , mało bo mało, ale prostym językiem , dla ludu :) i dla matki. Zawsze uśmiechnięta, pamiętająca pacjentów ( choć przez chwilę Borys stał się Brunem, ale nie mamy o to pretensji ;-) Bruno też ładne imię i nawet było na liście , kiedyś przy wyborze), bardzo delikatna i zdająca sobie sprawę z tego, że jej pacjenci to dzieci ( o czym niektórzy lekarze czasem zapominają). Jesteśmy bardzo wdzięczni i będziemy pamiętać, polecać i mówić zawsze z pozytywnym wydźwiękiem.
O ciociach pielęgniarkach i innych paniach z obsługi nie wspominam nawet, bo zdaję się, że opisywałam wspaniałą opiekę na łamach bloga.
Miałam do czynienia także z dwoma anestezjologami. Najpierw w dniu wypadku.Pani doktor podeszła do mnie bardzo po ludzku. Nie oceniała ( jak ten okrutny pan dr z izby przyjęć, cisną mi się bardzo mocne epitety, ale daruję sobie ;) ), nie obwiniała, pomogła powypełniać papiery, uspokajała, tłumaczyła dokładnie co będą Borysowi robić i jak się zachowuje dziecko po zaśnięciu i wybudzeniu. Kolejnym razem, przy zmianie opatrunku, inny pan dr anestezjolog także uprzejmie wytłumaczył, co będzie wykonywał przy Borysie.
No i na sam koniec, podczas wczorajszej wizyty, zszokowała mnie uprzejmość pań w dwóch rejestracjach. Jednej głównej i drugiej , przynależącej do chirurgii dziecięcej. Jedna pani, mimo dość sporej kolejki, zaoferowała się w kwestii wypełnienia za mnie ankiety uzupełniającej informacje w karcie. Byliśmy sami z Potomkiem, bez wsparcia, Toto szalalo , biegało, darło się w niebogłosy. Zły dzień miał no i już :) Nawet nie spodziewałam się, że ktoś zechce tak o, po prostu, zauważyć problem (zanim tak na prawdę się zaczął) z wypełnieniem kilku pól w arkuszu. Taki drobiazg, a jakże miło. Bez warczenia, wiecznego grymasu na twarzy i napisanego na czole "CZEGO????"
Dziwna sytuacja spotkała nas w poczekalni. Razem z nami, pośród wielu pacjentów był jeden chłopiec, nazwijmy go .. hmmm..... a... Żelijko, a co ! Piekne imię ! Jugosłowiańskie. Mógł mieć jakieś 3-4 lata. W poczekalni znajdował się kącik zabaw : stoliki, bujane koniki, klocki i inne zabawki. Pierwsze, co zrobił Potomek, to wparował z impetem na teren placu zabaw i zrobił porządek. Poprzestawiał krzesła, poprzesuwał stoliki, posprzątał do kubła porozrzucane zabawki. Matka wniebowzięta, szczęśliwa, dziecko okiełznane, bawi się samo, gada coś po swojemu, jest luzik. Świetna sprawa, tym bardziej, że czeka nas jakieś 3 godziny sterczenia pod gabinetem. Mija godzina, Potomek tarza się po dywaniku, wchodzi pod stolik, rozmontowuje regał na zabawki ( żywy egzemplarz mi się niestety trafił i lekki rozbójnik), potem znajduje świetną zabawę, rzucanie piłką pluszową w innych pacjentów :/ Matka wkracza. Jest spokój. Kryzys opanowany. Następnie podchodzi chłopiec, sporo starszy, przynosi balonik i proponuje Potomkowi zabawę w "rzucanko i podawanko". Widzę że młokos żywo zainteresował się nową zabawą, uff można odpocząć. Nagle słyszę "Mamo, jak super! Mogę iść się pobawić?" pyta Żelijko swoją mamę. "Nie Żelijku! Wytrzymaj jeszcze! Już niedługo" - odpowiada mama Żelijka. Żelijko więc ze smutną miną wrócił na ławkę , usiadł , spuścił głowę w dół i czeka, jak mama nakazała.
W pewnym momencie Żelijka trafia balonik rzucony przez któregoś z chłopców. Tenże uradowany, że zabawa sama do niego przyszła, postanawia odbić balonik do kompanów. Nagle .. coś zaczyna się dziać. Matka obserwuje sytuację ukazującą obraz niczym z reklamy Ikea o mące i przygotowaniach do świąt ("NIEEEEE AAAAŻŻŻŻ TYYYYYYLEEEEEEE!!!!! kojarzycie , nie? ), bowiem mama Żelijka rzuca na ziemię wszystko, co trzymała w rękach , ruszając w jego kierunku . Mnie serce stanęło.... Cholera, coś się stało !!!! Znowu ruch... oszaleje! Asekuracyjnie szukam oczami mojego Potomka. Jest! Żyje! Luz! To patrzę, co dalej nastąpi. "ŻEEEEEELLLIIIIIIIJKOOOOOO!!!! NIEEEEEEE DOOOOTYYYYYKAAAAAAAJ!!!!!!! ZOOOOOOOSTAAAAAWWWWW!!!! " . Żelijko wypuścił z rąk balonik, spuścił głowę, przyciągnął brodę do szyi, usiadł. Balonik został zabrany przez Potomka, który popatrzył Żelijkowi ( Żelijce??) w smutne oczy i pobiegł bawić się z drugim kolegą. Otóż.. moi drodzy. Żelijko nie mógł bawić się z innymi dziećmi, ponieważ jego mama uważała tenże placyk za jedno wielkie siedlisko bakterii i zarazków.
Jak się zorientowałam o co kaman, popatrzyłam na swoje dziecko jeżdżące głową po placykowym dywaniku... Myślę sobie.. świetnie ! Wrócimy do domu, to chyba gościa nie doszoruje. Po okrutnym zmierzeniu wzrokiem przez Żelijkową mamę, mocno oceniającym :) zawołałam Pisklę do siebie. Otrzepałam, zabrałam do łazienki na szorowanie rąk. Cholera jasna.... może faktycznie jestem brudasem nie baczącym na higienę swojego dziecka?! No wiem, że to szpital, wiem, że brud, zarazki, bakterie i inne mutanty, ale co mam zrobić ??? Moje dziecko pragnie się tarzać po dywanie i jeśli tego nie uskuteczni, to będę mieć sajgon na 5 fajerek. Czy tam ileś tam. Powiedziałabym raczej, że byłam przeszczęśliwa, że nie lizał podłogi :D
Po powrocie przyglądnełam się zabawkom. Wizualnie wydawały się czyste. Liczę, że może ktoś je kiedyś od czasu do czasu myje. ( Pewnie nie, ale myśl o tym, że tak jest, psychicznie ułatwia mi sprawę ).
No i co robić w takich sytuacjach? Pozwalać dziecku grzebać tu i ówdzie, czy wiązać na smyczy do nogi, tak jak uwiązany został Żelijko? To tak jakby zakazać wchodzić do piaskownicy osiedlowej, dotykać osiedlowej huśtawki, nie zaprowadzać do przedszkola czy żłobka. Taaaak wieeem... to szpital. Zarazki, bakterie, mutanty i inne pokemony. Ale no na Boga...śmiem twierdzić, że jest czyściej niż na placu zabaw. Może się mylę, nie wiem :/ nie znam się, zarobiona jestem :)
Wróciliśmy do domu, szorowaliśmy łapy i buzię , aż ostatni pokemon spłynął wirem do kanalizacji :) Żelijko pewnie został zdezynfekowany jeszcze porządniej, ale tego już się nie dowiemy, to tylko domysły matki :)
A z miłych spraw...
Matka trzasnęła kolejną czapę. Dla Boryska, Potomkowego imiennika . Chłopca, któremu pomaga nasza wspólnota mieszkaniowa. Inicjatorem akcji jest wujek Artur, za co gorąco go podziwiamy. Obdarowany czapką Borys jest starszym chłopcem, brakowało mi trochę modela, który mógłby służyć za rozmiar przykładowy. Robiłam trochę na oko, ale może będzie dobra. Miejmy nadzieję.
Zabrakło też modela do pokazania czapy w pełnej krasie. Ten domowy, zastrajkował i za nic nie dał się przekonać do założenia prezentu, tak więc pokazuję na płask.
jestem z niej zadowolona, bo na głowie wygląda zdecydowanie lepiej :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 28 listopada 2013
piątek, 1 listopada 2013
Dobre wieści :)
Prawdopodobnie jutro nasz Maluch opuści już szpitalne mury !! :)
Wczoraj rano ponownie zmieniono opatrunek i okazało się, że wszystko się świetnie goi. Jest takie jedno miejsce, na obojczyku ( tam gdzie w bodziaku były napki przy szyjce), które jest najgorzej poparzone i ma trochę martwiczego naskórka, ale nie ma potrzeby ściągania mechanicznego, nie mówiąc już o przeszczepach. Widać lekarze uznali, że samo się zregeneruje. Jest tego na prawdę niewiele, pole o powierzchni 2x2 cm. Więc w porównaniu do całości , to na prawdę nic. Buzia wygląda już super, nie ma żadnego śladu, to samo z szyjką, jeszcze się goi, ale codziennie wygląda lepiej, myślę, że tu też nie zostaną ślady. Po prostu tam gdzie herbata wylała się na skórę , wszystko pięknie złazi, a tam gdzie poparzyła Borysa tkanina - niestety wygląda to strasznie z mojego punktu widzenia. Chociaż lekarze mówią, że się super goi. Aż strach pomyśleć w takim razie jak wyglądają poważniejsze przypadki :( Powierzchnia oparzeń jest spora, tak jak pisałam wcześniej. W zasadzie wczoraj dopiero, po zdjęciu opatrunku zobaczyłam, że rany biegną po linii body, czyli ma oparzony dekolt , granica "narysowana" przez wrzątek niczym od cyrkla :( ramiona ( rękawki), jęzory na barki i dość mocno pokiereszowana klatka i wielki jęzor na brzuszek. Rana omija środek pępka ( tam body nie przylegało) i kończy się tam gdzie zaczynał się pampers, który ochronił przed oparzeniem niższych części ciała, ponieważ body przylegało bezpośrednio do pieluchy a nie do ciałka , jak wyżej.
Tak jak wspomniałam, wczoraj rano zmieniono Borysowi opatrunek na lżejszy, a wieczorem w ogóle go zdjęto i pozwolono nam się wypluskać w wodzie, oczywiście w jakimś specyfiku genialnym, który ma na celu pielęgnację ran. Potem został wysmarowany balsamem ( chyba peruwiańskim). Gdy pytam pielęgniarkę, co to za balsam odpowiada :"No balsam!" :) Ale dr Google mi podpowiedział, że to pewnie będzie to. Nie miałam okazji rozmawiać jeszcze z lekarką o sposobie pielęgnacji, więc do końca nie znam szczegółów.
Wczoraj lekarka powiedziała mi, że wypis z początkiem przyszłego tygodnia, ale dziś mężowi, dosłownie przed chwilą powiedziano, że żegnamy się już jutro :) Jeśli nie zmienią przez dobę zdania, to niedzielę spędzimy wszyscy razem w domu.
Długa droga leczenia teraz przed nami. Ale to już nie istotne, damy radę ! Najważniejsze, że Potomek wyszedł z tego praktycznie bez szwanku. Mam nadzieję, że ślady, jeśli zostaną to będą niewielkie.
Jeśli chodzi o opiekę nad moim dzieciakiem w tym szpitalu, na prawdę nie mam nic nikomu do zarzucenia. Ciocie pielęgniarki są super, tak samo jak pani dr Stanek. Pewnie dzięki temu wszystkiemu łatwiej było mi się z nim rozstawać na noc. Od dwóch dni , nie musieliśmy go też przywiązywać po zaśnięciu do łóżeczka, co też wiele nam dało pod względem psychicznym, bo pierwszy taki widok przywiązanego , oparzonego dzieciaka w opatrunku jak w zbroi, podłączonego do dwóch kroplówek i monitora był dla mnie mega , mega, meeeega ciężki i dołujący . Myślałam, że mi serce pęknie. Mnie , twardej sztuce, co to wydaję się być istotą bez serca, jak niektórzy czasem mogli sądzić :)
Zbieram się za ogarnianie chałupy w takim razie, bo musimy zapewnić Potomkowi w miarę sterylne warunki bytowe, a od tygodnia nie grzebnięte przecież wcale.
Ależ się cieszę!!!!!!! :D :D :D
Wczoraj rano ponownie zmieniono opatrunek i okazało się, że wszystko się świetnie goi. Jest takie jedno miejsce, na obojczyku ( tam gdzie w bodziaku były napki przy szyjce), które jest najgorzej poparzone i ma trochę martwiczego naskórka, ale nie ma potrzeby ściągania mechanicznego, nie mówiąc już o przeszczepach. Widać lekarze uznali, że samo się zregeneruje. Jest tego na prawdę niewiele, pole o powierzchni 2x2 cm. Więc w porównaniu do całości , to na prawdę nic. Buzia wygląda już super, nie ma żadnego śladu, to samo z szyjką, jeszcze się goi, ale codziennie wygląda lepiej, myślę, że tu też nie zostaną ślady. Po prostu tam gdzie herbata wylała się na skórę , wszystko pięknie złazi, a tam gdzie poparzyła Borysa tkanina - niestety wygląda to strasznie z mojego punktu widzenia. Chociaż lekarze mówią, że się super goi. Aż strach pomyśleć w takim razie jak wyglądają poważniejsze przypadki :( Powierzchnia oparzeń jest spora, tak jak pisałam wcześniej. W zasadzie wczoraj dopiero, po zdjęciu opatrunku zobaczyłam, że rany biegną po linii body, czyli ma oparzony dekolt , granica "narysowana" przez wrzątek niczym od cyrkla :( ramiona ( rękawki), jęzory na barki i dość mocno pokiereszowana klatka i wielki jęzor na brzuszek. Rana omija środek pępka ( tam body nie przylegało) i kończy się tam gdzie zaczynał się pampers, który ochronił przed oparzeniem niższych części ciała, ponieważ body przylegało bezpośrednio do pieluchy a nie do ciałka , jak wyżej.
Tak jak wspomniałam, wczoraj rano zmieniono Borysowi opatrunek na lżejszy, a wieczorem w ogóle go zdjęto i pozwolono nam się wypluskać w wodzie, oczywiście w jakimś specyfiku genialnym, który ma na celu pielęgnację ran. Potem został wysmarowany balsamem ( chyba peruwiańskim). Gdy pytam pielęgniarkę, co to za balsam odpowiada :"No balsam!" :) Ale dr Google mi podpowiedział, że to pewnie będzie to. Nie miałam okazji rozmawiać jeszcze z lekarką o sposobie pielęgnacji, więc do końca nie znam szczegółów.
Wczoraj lekarka powiedziała mi, że wypis z początkiem przyszłego tygodnia, ale dziś mężowi, dosłownie przed chwilą powiedziano, że żegnamy się już jutro :) Jeśli nie zmienią przez dobę zdania, to niedzielę spędzimy wszyscy razem w domu.
Długa droga leczenia teraz przed nami. Ale to już nie istotne, damy radę ! Najważniejsze, że Potomek wyszedł z tego praktycznie bez szwanku. Mam nadzieję, że ślady, jeśli zostaną to będą niewielkie.
Jeśli chodzi o opiekę nad moim dzieciakiem w tym szpitalu, na prawdę nie mam nic nikomu do zarzucenia. Ciocie pielęgniarki są super, tak samo jak pani dr Stanek. Pewnie dzięki temu wszystkiemu łatwiej było mi się z nim rozstawać na noc. Od dwóch dni , nie musieliśmy go też przywiązywać po zaśnięciu do łóżeczka, co też wiele nam dało pod względem psychicznym, bo pierwszy taki widok przywiązanego , oparzonego dzieciaka w opatrunku jak w zbroi, podłączonego do dwóch kroplówek i monitora był dla mnie mega , mega, meeeega ciężki i dołujący . Myślałam, że mi serce pęknie. Mnie , twardej sztuce, co to wydaję się być istotą bez serca, jak niektórzy czasem mogli sądzić :)
Zbieram się za ogarnianie chałupy w takim razie, bo musimy zapewnić Potomkowi w miarę sterylne warunki bytowe, a od tygodnia nie grzebnięte przecież wcale.
Ależ się cieszę!!!!!!! :D :D :D
wtorek, 29 października 2013
Trudny czas :(
Ów czwartek okazał się dla nas bardzo tragiczny :( Rano rozbita głowa, wieczorem zaś wylądowaliśmy z Potomkiem w Dziecięcym Centrum Oparzeniowym w krakowskim Prokocimiu. Borys , podczas kilku sekund naszej nieuwagi wylał na siebie świeżo zaparzoną herbatę, ściągnął ją z blatu kuchennego. Jak i kiedy się tam znalazł - nie wiem :(
Zawsze starałam się uważać na szklanki, kubki czy inne przedmioty, którymi mógłby sobie zrobić krzywdę. Starałam się nie stawiać nic w zasięgu jego rąk. Herbata też nie była w takim miejscu. Nie widziałam jak to się stało, ale musiał się mocno wspiąć na palcach, żeby dosiegnąć szklankę lub wspiał się po uchwytach szuflad podciągając się na blacie i zrzucił na siebie szklankę z herbatą zalaną wrzątkiem, odstaną przez jakieś 3 minuty, nie więcej :(
Jak wyglądały nasze kolejne godziny tamtego wieczoru nawet nie chce opisywać....to co zobaczyłam na ciele mojego dziecka pozostanie w mojej pamięci do końca życia i szczerze napiszę, że nie wiem , czy kiedykolwiek uda mi się o tym zapomnieć.
Obecnie sytuacja jest w dużym stopniu opanowana, czekamy jeszcze na kolejną zmianę opatrunku, kiedy to dowiemy się, czy najciężej gojące się do tej pory rany goją się już lepiej, czy wydziela się martwica skóry. Jeśli się wydziela, to modle się o to, by była możliwość mechanicznego jej ściągnięcia, bez konieczności operowania, czyli przeszczepów. Lekarze bardzo ważą słowa i nie do końca można swobodnie czytać między wierszami. Mówią, aby czekać cierpliwie więc czekamy.
Na szczęście Borys nie doznał żadnego wstrząsu, ani z powodu wysokiej temperatury, ani z powodu chłodzenia. Okazuje się bowiem, że przy takich oparzeniach nie wolno chłodzić bardzo zimną wodą, tylko w zasadzie letnią, bo o temperaturze około 20 stopni. Mąż trzymał go pod prysznicem jakieś 10 minut, polewając zimną wodą, ale nagle Borys dostał drgawek , więc przestał go chłodzić.
Oparzenia są rozległe, ponad 20% , herbata wylała się na buzię, szyję, klatkę piersiową, brzuszek, ramiona, kawałek barków. tam gdzie wylała się bezpośrednio na skórę ( czyli buzia i szyja) wystąpiły oparzenia stopnia IIa, wygladają jakby mocno spaliło go słońce. Miejsca te świetnie się goją, gorzej z dolnymi partiami i barkami - stopień IIb. Tam poparzyła go w zasadzie tkanina. Miał na sobie body. Ale jesteśmy dobrej myśli. Wierzę w to, że wszystko będzie dobrze i nasz maluszek wróci do nas szybko i nie będzie nic pamiętał.
Póki co, większość czasu w szpitalu musi spędzać sam. Wolno nam go odwiedzać w godzinach od 9 do 18 , nie możemy z nim zostawać na noc. Taka specyfika oddziału. Ma dobrą opiekę, wierzę , że jest w najlepszych rękach. Ciocie pielęgniarki i lekarka , pod której opieką przebywa ( chirurg plastyczny, pani dr Beata Stanek) są tak cudowne, że z powrotem uwierzyłam w naszą służbę zdrowia.
Borys znosi to bardzo dzielnie, pozwala wszystko przy sobie zrobić pielęgniarkom i lekarzom. Nie prostestuje, nie histeryzuje, uśmiecha się często i dużo gada. Sporo leży, przez pierwsze kilka dni przyjmował kroplówkę za kroplówką, nie wyrywał sobie wenflonów, był bardzo odważny, cierpliwie znosił wszystko co mu "fundował" szpital ! Do każdej zmiany opatrunku jest znieczulany przez anestezjologa, podawane są także środki przeciwbólowe dożylnie , do tego antybiotyk.
Dziś udało nam się go nawet ponosić , bardzo się stęskniliśmy za tym, zarówno my jak i on. Wtulał się w nas tak okrutnie mocno :( Podchodziłam z nim też do okna, chuchał na szybę i rysował sobie swoje bazgrołki paluszkiem :)
We czwartek kolejna zmiana opatrunku, wówczas okaże się , jak wyglądają te najbardziej wątpliwe rany i wtedy dopiero dowiemy się jaka droga przed nami. Mocno wierzę w to, że wszystko dobrze się ułoży i obejdzie się bez bardziej poważnej ingerencji w ciałko mojego malucha !
Trzymajcie kciuki proszę !!!
Zawsze starałam się uważać na szklanki, kubki czy inne przedmioty, którymi mógłby sobie zrobić krzywdę. Starałam się nie stawiać nic w zasięgu jego rąk. Herbata też nie była w takim miejscu. Nie widziałam jak to się stało, ale musiał się mocno wspiąć na palcach, żeby dosiegnąć szklankę lub wspiał się po uchwytach szuflad podciągając się na blacie i zrzucił na siebie szklankę z herbatą zalaną wrzątkiem, odstaną przez jakieś 3 minuty, nie więcej :(
Jak wyglądały nasze kolejne godziny tamtego wieczoru nawet nie chce opisywać....to co zobaczyłam na ciele mojego dziecka pozostanie w mojej pamięci do końca życia i szczerze napiszę, że nie wiem , czy kiedykolwiek uda mi się o tym zapomnieć.
Obecnie sytuacja jest w dużym stopniu opanowana, czekamy jeszcze na kolejną zmianę opatrunku, kiedy to dowiemy się, czy najciężej gojące się do tej pory rany goją się już lepiej, czy wydziela się martwica skóry. Jeśli się wydziela, to modle się o to, by była możliwość mechanicznego jej ściągnięcia, bez konieczności operowania, czyli przeszczepów. Lekarze bardzo ważą słowa i nie do końca można swobodnie czytać między wierszami. Mówią, aby czekać cierpliwie więc czekamy.
Na szczęście Borys nie doznał żadnego wstrząsu, ani z powodu wysokiej temperatury, ani z powodu chłodzenia. Okazuje się bowiem, że przy takich oparzeniach nie wolno chłodzić bardzo zimną wodą, tylko w zasadzie letnią, bo o temperaturze około 20 stopni. Mąż trzymał go pod prysznicem jakieś 10 minut, polewając zimną wodą, ale nagle Borys dostał drgawek , więc przestał go chłodzić.
Oparzenia są rozległe, ponad 20% , herbata wylała się na buzię, szyję, klatkę piersiową, brzuszek, ramiona, kawałek barków. tam gdzie wylała się bezpośrednio na skórę ( czyli buzia i szyja) wystąpiły oparzenia stopnia IIa, wygladają jakby mocno spaliło go słońce. Miejsca te świetnie się goją, gorzej z dolnymi partiami i barkami - stopień IIb. Tam poparzyła go w zasadzie tkanina. Miał na sobie body. Ale jesteśmy dobrej myśli. Wierzę w to, że wszystko będzie dobrze i nasz maluszek wróci do nas szybko i nie będzie nic pamiętał.
Póki co, większość czasu w szpitalu musi spędzać sam. Wolno nam go odwiedzać w godzinach od 9 do 18 , nie możemy z nim zostawać na noc. Taka specyfika oddziału. Ma dobrą opiekę, wierzę , że jest w najlepszych rękach. Ciocie pielęgniarki i lekarka , pod której opieką przebywa ( chirurg plastyczny, pani dr Beata Stanek) są tak cudowne, że z powrotem uwierzyłam w naszą służbę zdrowia.
Borys znosi to bardzo dzielnie, pozwala wszystko przy sobie zrobić pielęgniarkom i lekarzom. Nie prostestuje, nie histeryzuje, uśmiecha się często i dużo gada. Sporo leży, przez pierwsze kilka dni przyjmował kroplówkę za kroplówką, nie wyrywał sobie wenflonów, był bardzo odważny, cierpliwie znosił wszystko co mu "fundował" szpital ! Do każdej zmiany opatrunku jest znieczulany przez anestezjologa, podawane są także środki przeciwbólowe dożylnie , do tego antybiotyk.
Dziś udało nam się go nawet ponosić , bardzo się stęskniliśmy za tym, zarówno my jak i on. Wtulał się w nas tak okrutnie mocno :( Podchodziłam z nim też do okna, chuchał na szybę i rysował sobie swoje bazgrołki paluszkiem :)
We czwartek kolejna zmiana opatrunku, wówczas okaże się , jak wyglądają te najbardziej wątpliwe rany i wtedy dopiero dowiemy się jaka droga przed nami. Mocno wierzę w to, że wszystko dobrze się ułoży i obejdzie się bez bardziej poważnej ingerencji w ciałko mojego malucha !
Trzymajcie kciuki proszę !!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
