piątek, 19 września 2014

Wzmacnianie odporności u dziecka ( i siebie)

Tekst o nieświadomych rodzicach [TUTAJ] pojawił się chyba na każdym blogu parentingowym i profilach fb mam blogujących i nieblogujących :) 

U nas go nie było, natomiast dzisiaj chciałabym napisać o tym jak tą odporność wzmocnić, zakładając, że przy okazji jej nie psujemy, szczególnie jeśli chodzi o kwestię dziecka na diecie kandydozowej , posiadającego alergie na jajko, mleko i inne cuda. 

Zapewne wiecie, że odporności nie buduję się w 24 godziny. Potrzeba na to czasu. 
U nas ta kwestia jest o tyle ważna, że każda infekcja u Potomka, to pogorszenie stanu jelit i wzrost grzyba Candida. Tak po prostu jest i już. Osłabiony organizm przestaje walczyć z grzybem i zajmuje się innymi nieproszonymi lokatorami, zatem szeregi ciał odpornościowych , które powinny kierować swoje siły przeciwko grzybowi są znacznie osłabione, ponieważ muszą działać na dwa fronty. Logiczne? 
Pewnie! :) 

Mamy końcówkę września. Za chwilę, dosłownie za sekundę, zacznie się okres prychania , kichania, zatkanych nosów i masowego wykupowania chusteczek higienicznych i wszelkiego rodzaju gripeksów. 
Moim celem jest niedopuszczenie w ogóle do tego by infekcja się pojawiła. 
Układ immunologiczny u Potomka szwankuje, co już wiemy. Jeszcze nie znamy przyczyny, ale skoro jest grzyb, to znaczy, że z odpornością jest na bakier. Gdyby bowiem wszystko było ok, jego organizm poradziłby sobie sam z infekcją grzybiczą. 

W takiej sytuacji w jakiej znalazło się nasze Pisklę, najlepiej budować odporność organizmu poprzez dietę. Tak też staramy się robić i czynimy to prawie bezbłędnie :) (prawie :) ).  Niebawem napiszę jak wygląda dieta Potomka, nie mam jej niestety rozpisanej na kartce, raczej działam spontanicznie - stąd niektóre błędy, ale postaram się to ogarnąć i wrzucić w ramach bezbłędnego przykładu. 

Nie zawsze jednak można całkowicie zaufać diecie , jeśli chodzi o wzmocnienie organizmu. Dorosły człowiek mógłby sobie spokojnie z tym poradzić, ale mamy tu do czynienia z dzieckiem, które ma już swoje smaki i upodobania, jest upartym dwulatkiem, nienawidzącym koloru zielonego i gardzącym warzywami :) Dlatego też postanowiłam, że zaufam dodatkowo pewnym suplementom diety, które wydają mi się zdrowe, w głównej mierze naturalne, i nie zagrażające obecnemu stanu zdrowia Potomka. 

Oto one : 

1. Tran 
My wybraliśmy tran Moller's Baby, zwykły. Wchodzi nawet nieźle. Popijam razem z Potomkiem, po jednej łyżeczce na łebka dziennie. Poprzez tran dostarczam Potomkowi i sobie witaminy z grupy D oraz A i E. (Witamina D jest bardzo istotna nie tylko w kwestii utrzymania prawidłowego stanu układu odpornościowego, ale także pomaga we wchłanianiu wapnia ). 




2. Acerola 
Nadgwiazdka granastolistna - czyż nie piękna nazwa? :) 
Naturalne źródło witaminy C. Wiem, że są różne teorie odnośnie tej witaminy i jej stosowania, ale ja już wielokrotnie przekonałam się, jak bardzo pomaga nam przy każdej infekcji. Oczywiście mowa tu o naturalnej witaminie C, a nie kwasie askorbinowym. 
Przed okresem jesienno zimowy uzupełniłam więc swoje zapasy o sproszkowaną wersję czystej aceroli i od kilku dni regularnie dosypuję łyżeczkę dziennie do wody lub posypuję sałatki owocowe, naleśniki, czy dania śniadaniowo - podwieczorkowe. 




3. Sok z owoców Noni. 
Nasz nowy nabytek. Sok ten nie tylko podnosi odporność organizmu, ale także ma właściwości przeciwbólowe, przeciwzapalne, antybakteryjne i przeciwgrzybicze, zatem ma pomagać nam w zwalczaniu grzyba i utrzymaniu go w ryzach. Będę go stosować zamiast olejku z oregano, tak aby wymienić na jakiś czas naturalny suplement, którym wspomagamy się przy leczeniu kandydozy. 



4. Probiotyki 
U nas zażywane stale, ale u zdrowych osób ( i dzieci) warto je włączyć do diety w okresie jesienno zimowym, ponieważ również wpływają na podwyższenie odporności organizmu. Powinniśmy się nimi ratować także przy każdej infekcji, nie tylko tej, którą leczy się antybiotykami. 
Probiotyki możemy dostarczać organizmowi w sposób naturalny lub farmakologiczny. 

Naturalnym źródłem probiotyków są :

- jogurty i kefiry ( tylko błagam - wybierajcie te BEZ cukru i serwatki w proszku :) )
- kapusta kiszona ( NIE KWASZONA) najlepiej domowa, która zawiera nie tylko naturalne probiotyki, ale jest też bogatym źródłem witaminy C i witamin z grupy B
- ogórki kiszone ( NIE KWASZONE) , najlepsze - domowe
-kwas chlebowy ( naturalny, bez dodatków chemicznych) 
- rejuvelac ( to napój powstający z fermentowania ziaren , może być też w formie bezglutenowej. Poprawia nie tylko pracę układu trawiennego, ale także bardzo dobroczynnie wpływa na poprawę stanu odporności organizmu. Zrobiłam raz, z quinoa, ale nam nie zasmakował :) )

My stosujemy głównie kiszonki , domowe. Kapustę kiszoną kupuję w sklepach eko , niestety nie mamy swojej domowej, choć to ponoć nie jest wielki problem. Zawsze sprawdzam czy jest kiszona naturalnie, czy zakwaszana kwasem mlekowym. 

W przyjmowaniu kiszonek bardzo ważne jest, by spożywać je na surowo i by nie były poddane pasteryzacji. Tylko wtedy zachowują swoje właściwości pro zdrowotne. Zatem jeśli gotujemy np zupę ogórkową albo kapuśniak, zostawmy trochę ogorków czy kapusty zanim wrzucimy wszystko do gara, i dorzućmy je potem bezpośrednio na talerz, gdy zupa ma temperaturę idealną do spożycia, czyli około 40 stopni. To samo możemy zrobić z wodą spod kiszonek. 
Polecam także dodawanie surowych ogórków kiszonych czy kapusty do surówek obiadowych lub sałatek lunchowych. 


Probiotyki chemiczne: 
Potomek do tej pory przyjmował probiotyki Solgar "Jelitowa flora bakteryjna", ponieważ dedykowane są one alergikom i weganom, zatem nie zawierają substancji, które są dla niego źródłem problemów alergicznych. Są, jak to mawia pani z zielarskiego - najczystsze :) 
Kilka dni temu wymieniłam Solgar na polski probiotyk San Probi. Również polecam. 



5. Witamina D w kapsułkach 
Podaję też dodatkowo (oprócz tranu) witaminę D3 w kapsułkach twist off. 400 j na dzień, czyli jedną kapsułkę. Po wielu rozmowach z lekarzami i farmaceutami uznalam, że na prawdę cieżko w Polsce przedawkować tą witaminę, a dla organizmu Potomka jest ona bardzo cenna. 



6. Imunoglukan 
Udało mi się znaleźć syrop wzmacniający BEZ CUKRU, słodzików i generalnie o przyzwoitym składzie, który właśnie zaczęłam podawać Potomiastemu. 
Słyszałam także dobre opinie o Colostrum - czyli sproszkowanej bydlęcej siarze. Co to siara, pewnie wszystkie wiemy :) Na razie nie odważyłam się podać, ze względu na nietolerancję mleka zwierzęcego u Potomka, mimo tego, że ponoć alergicy z tej grupy bardzo dobrze znoszą ten suplement. W każdym razie pozostajemy przy Imunoglukanie póki co. 


7. Napar z korzenia imbiru 
Naturalny sposób na wzmocnienie organizmu. Odkrojony plaster świeżego imbiru zalewamy wrzątkiem i zostawiamy na noc. Można dodać miód i cytrynę. To popijam ja. Potomek i tak ma już bogatą obstawę :) 



W naszej diecie królują też kasze, uznawane za bardzo zdrowe i również przyczyniające się do pogłębiania odporności organizmu. U nas króluje jaglanka i gryczana. Quinoa jakoś nie podchodzi, a szkoda. 
Ponadto, praktycznie codziennie, używamy oleju kokosowego, cynamonu, imbiru, kurkumy, suszonego oregano, natki pietruszki. Przemycam warzywa na tyle, na ile mogę. Jemy dużo czosnku, cebuli, suszonych na słońcu owoców ( daktyli, moreli, fig). Definitywnie pozbyliśmy się cukru z naszej diety ( poza fruktozą w owocach), używamy sporo zdrowych tłuszczów. 
Wierzę, że dzięki temu będziemy zdrowsi, a przy okazji zrzucimy parę kg ( ja np mam za sobą już minus 7kg!! - nie odchudzając się :P )

Można pomyśleć : "Takie małe dziecko, a przyjmuje wiadro <leków>" , prawda? Tu witaminka, tu imbirek, tu syropek, trzeba pamiętać o kaszach, warzywach, miodkach.... 
Wiecie co (?).. przyzwyczaiłam się ! Tak na prawdę to nowością u nas jest po prostu podawanie syropu. Tran podawałam już przed wakacjami, przerwałam podawanie w okresie upałów wakacyjnych. Acerolę też wcześniej dosypywałam tu i ówdzie, ale nie regularnie, zazwyczaj w okresie infekcji lub gdy choroba była w domu ( ja czy Stary, babcia, czy dziadek, ciocia czy wujek - nie mamy domu wielopokoleniowego.. ba.. w ogóle domu nie mamy :) ale zawsze dużo gości za to się przewija). Probiotyki przyjmuje od ponad 7 miesięcy codziennie, olejek z oregano który wymieniłam na sok z owoców Noni - to samo. Kurkuma, imbir, zioła, olej kokosowy to nasza codzienna dieta. 

W sumie, muszę powiedzieć, że Potomiasty często nie choruje. Przez okres naszego leczenia grzyba zachorował dwukrotnie. Raz na...katar :) drugi raz na zapalenie krtani. Poprzednio zapalenie krtani gościło u nas w domu przed tym, gdy dowiedzieliśmy się o kandydozie. 
Myślę, że gdyby nie ona oraz to, że organizm Potomka jest słabszy niż organizm zdrowych dzieci, przy tak prowadzonej diecie nie mielibyśmy z chorobami za dużo wspólnego. 
Tylko czy wówczas zebralibyśmy się w sobie i taką dietę byśmy prowadzili ?? 
Pewnie nie !
Dlatego potwierdza się moja teza, że nic w życiu nie dzieje się przypadkowo. Dzięki kandydozie dziecka otworzyłam swoje oczy i zrozumiałam dlaczego warto jeść inaczej niż dotychczas, dlaczego w obecnych czasach warto zwracać uwagę na etykiety, nie żreć fast foodów i dbać o siebie ! 

Trzymajcie się ! Ciepło i bezinfekcyjnie !!!! 



* zdjęcia : źródło internet



piątek, 12 września 2014

A niech to gęś kopnie !

Jesteśmy już po wczasach, weselu i pierwszej w życiu (zarówno moim jak i Potomka) przejażdżce  karetką.... 

Od czego zacząć ??? :) 
Może od początku......

Wakacje

Było całkiem sympatycznie, dzięki temu wypadowi nauczyłam się pakować alergika i radzić sobie z jego wyżywieniem w przypadku, gdy nie do końca mam możliwość gotowania. 
Jestem nieco rozczarowana obietnicami hotelu w stosunku do gotowania specjalnie dla naszego Potomka, bowiem nie wywiązali się z tego nawet w najmniejszym stopniu, pomimo uprzednio wydanych instrukcji , o które sami przecież zabiegali :) Jestem zła, ponieważ był to jedyny warunek jaki mieli spełnić i jedyny , o który pytałam bezpośrednio przed zakupem oferty. Gdyby wówczas przyznali, że nie mają zielonego pojęcia o przygotowywaniu posiłków dla osób na specjalnej diecie, a nie zapewniali mnie, że ich szef kuchni ze wszystkim sobie poradzi, rozważyłabym podwójnie wypad za miasto bez moich sprzętów i możliwości samodzielnego gotowania. Ale nic to! Daliśmy radę! Umówmy się, że "trochę" przygotowałam się na taką ewentualność. Zabrałam ze sobą dwie siaty żarcia i jakoś daliśmy radę :) Zabrałam gotowe mleka roślinne, grzałkę ( podgrzewacz został wywieziony do babci, a szkoda), bezglutenowe płatki do owsianki i trochę owoców suszonych, dzięki temu udało się zrobić gościowi nawet owsiankę, tak by nie zazdrościł innym dzieciom w restauracji. Zabrałam cienkie ryżowe wafle i konfiturę bez cukru, dzięki czemu mieliśmy alternatywę dla zwykłych kanapek. Zaopatrzyłam się w odpowiednie soki, na wypadek gdyby dzieć pozazdrościł kolegom pijącym te "normalne". Przed wyjazdem martwiłam się o kolacje, ponieważ hotel ich nie serwował. Ale na chwilę przed wyjazdem wpadłam na to, żeby zakupić bezglutenowo bezmleczną kaszkę Holle, która jest też bezcukrowa i o dość przyzwoitym składzie, łączyłam ją z mlekiem roślinnym z kartonu, podgrzanym grzałką. Obiady były również wyzwaniem, bo większość potraw z bufetu nie nadawała się do podania Potomiastemu. Więc tu trochę grzeszyliśmy. Już trudno. Wakacje to wakacje :) 

Wesele 

Parę dni po powrocie z wakacji mieliśmy  niewątpliwą przyjemność uczestniczyć w rodzinnej imprezie, która miała na celu ożenek Ojca Chrzestnego Potomka. Impreza była mega udana, nawet z czołgającym się pod stołem trzeźwym Potomkiem. Spał przyzwoicie nadzorowany przez elektroniczną nianię. Nie narzekam :) ale to chyba jego ostatnia impreza weselna , przynajmniej przez najbliższe parę lat. Tancerz z niego wyśmienity, dusza towarzystwa, ale matka też by się chciała wyluzować. Gdyby nie ogromna pomoc rodziny z pewnością odczucia byłyby inne :) 
Z klasycznych przypadków weselnych , oczywiście buty mnie obtarły na amen, już o 20 biegałam w zielonych baletkach, które spakowałam przypadkiem do torby, z nadzieją, że raczej nie będę ich musiała zakładać do pudrowo różowej sukienki. Lakier z paznokci zszedł jeszcze zanim wyszłam z domu. A około 21 poczułam, że coś plącze mi się między nogami i o dziwo nie był to Potomek, tylko... nić! Skąd ta nić??? Od nitki do kłębka.... doszłam do ... cześci, której nawet nie potrafię nazwać, ale generalnie doszlam do tego, że pruje mi się kiecka :) Szczęśliwie dla mnie,  nie popruła się do końca, baletki zaś miały zakryte palce, wiec brak lakieru został zakamuflowany, kolor butów jakoś zginął w tłumie,  zatem sytuację uznałam za opanowaną. Bawiłam się świetnie do samego końca, a nawet jeden dzień dłużej ! 

Karetka 

Gratisem poweselnym okazał się katar, który pojawił się po poniedziałkowej drzemce w ciągu dnia. Widząc co się święci, po powrocie do domu , wieczorem bezpośrednio przed snem , zafundowaliśmy gościowi nebulizację solą fizjologiczną. Nic innego nie miałam w apteczce.
Niestety juz po 30 minutach od zaśnięcia  nastąpiła pierwsza szczekająca pobudka. Nogi się pode mną ugięły, bowiem kaszel wydawał się niepokojąco znajomy. Zrobiliśmy więc kolejną nebulizację. Po godzinie okazało się, że beskuteczną. Doszło zdenerwowanie Potomka, płacz i efekt duszącego kaszlu mieliśmy gwarantowany. Po trzecim z kolei ataku duszności doszłam do wniosku, że sobie sami nie poradzimy, więc zadzwoniłam na 112 i zapytałam, czy kwalifikujemy się z taką przypadłością do wezwania karetki, czy może lepiej pojechać samemu na SOR. Uprzejmy pan dyspozytor poinstruował mnie co mam zrobić, żeby złagodzić kaszel ( znałam te sposoby, ale nie działały niestety) i potwierdził wysłanie karetki. Przyjechała dość szybko, bo po 15 minutach. Potomek dostał zastrzyk sterydowy w tyłek i ratownik zadecydował o zabraniu go do szpitala. Wsiadłam z gościem do karetki i "pożnęliśmy" jak mawiają starzy górale świętokrzyscy :) 
Po przyjeździe do szpitala bardzo szybko zostaliśmy przyjęci przez pediatrę z oddziału dziecięcego. Pani doktor była bardzo miła, mimo późnej pory  i dziecka, które nagle zaczęło wyglądać jak okaz zdrowia :) Zbadała Potomka i stwierdziła, że mamy do czynienia z zespołem krupu. Uznała jednak, że nie ma potrzeby pozostawać w szpitalu, ponieważ zastrzyk, który dostał Potomek jeszcze w domu miał go zabezpieczyć na około 24 godziny, zatem duszności nie powinny się już powtórzyć, przynajmniej do rana. Poza tym podobno mieli sporo dzieci z różnymi wirusowymi infekcjami i pani dr obawiała się , że Potomek "złapie" coś więcej. Nie wiem czy jest jeszcze coś, czego on nie ma i mógłby nabyć .....tak szczerze  :) w każdym razie przykro nam nie było. 
Wróciliśmy z zaleceniem kontroli w środę w POZ i Pulmicortem. 
W środę zaś, okazało się, że infekcja zeszła z krtani niżej i słychać jakieś niewielkie szmery w płucach :/ Zalecenie : antybiotyk. 
Matko święta i córko, święty Barnabo i cała reszto ferajny!!! 
Nie teraz! Nie w momencie, kiedy po wakacjach i frywolnej imprezie Potomek rozstroił się z dietą i lekko zboczył z toru przez mój brak konsekwencji. Nie teraz, kiedy na pierwszy rzut oka wydaje się, że grzyb niestety wrócił.
 Co robić? Jak żyć ? 
Padła alternatywa ...
BAŃKI! 
Jasny gwint... skąd ja u licha wezmę bańki ?! Bańki jak bańki... kawałek szkiełka, ale kto je ma niby postawić ?? 
Wizja baniek z lat dziecięcych do dziś jest dla mnie lekkim koszmarem. Zawsze bałam się, że ktoś kto je stawia puści mnie z dymem. Do tej pory pamiętam zapach palącego się denaturatu i widok tych bordowych placków na plecach :) 
Wsiadłam do auta uprzednio zapakowując Potomka do środka i zmierzam w kierunku domu myśląc o bańkach. Tok myślenia : denaturat kupię chyba w osiedlowym sklepie... watę mam....brakuje mi tylko samych baniek i umiejętności posługiwania się nimi. 
Dzwonię do koleżanki, pytam, czy jej dzieci miały stawiane kiedyś bańki. No miały ! Grejt! Widzę światło w tunelu. 
Jak się okazało , zabieg ten wykonywały u nich pielęgniarki z przychodni. U mnie niestety nie było takiej możliwości. 
Jadę więc dalej, zastanawiając się , do kogo jeszcze zadzwonić. 
Szukam w myślach jakiejś starszej ciotki, mieszkającej w pobliżu, która wsparłaby mnie w tym problemie. Przychodzi mi jedna na myśl. Dzwonie do mej matki i opowiadam, ale potem orientuje się, że ciotka już lekko starszawa, może trochę niedowidzi, chyba trzęsą jej się dłonie....cholera jasna... nie oddam w jej ręce ognia i nie podstawię małych plecków nadpobudliwego Potomka..... 
Co robić? Jak żyć ? 
Matka ma wpada na pomysł jeszcze innej ciotki. 
Ale tej to Potomek na oczy nie widział. 
Wizualizuję więc.... 
Stara ciotka z siwym pierzem na głowie, ogień, szklane kulki.... mój Boże.. Potomek chyba padnie na zawał jak to ogarnie oczami. 
Co robić ? Jak żyć ????
Myśl kobieto ! 
Ciemność , widzę ciemność... ciemność widzę ! 

Czasem zastanawiam się jak to jest, że żyję w wielkim mieście, a czuję się tak, jakbym prowadziła życie pustelnika. 

WIEDZIELIŚCIE, ŻE SĄ SZKLANE BAŃKI  BEZOGNIOWE?????!!!!!!! 
 :) 
Bo ja już wiem :D 

Będąc  pod samym garażem przypomniałam sobie, że mam sąsiadkę, która  zafascynowana jest homeopatią i , nazwijmy to - niekonwencjonalnymi sposobami leczenia. 
Noż normalnie przez moją pustą ( pustelnianą :) ) łepetynę przeszła błyskawica, wszystkie czincza złącza uległy połączeniu, pusty wzrok ( jak mawia mój mąż) przestał istnieć. Pojawiła się odrobina inteligencji!

Dzwonię !
-Cześć Aniu! Wiesz.. hmm.. pamiętasz.. kiedyś rozmawiałyśmy na temat... ok, zapytam wprost.. Masz może bańki ?? 

Uratowani !!! Uwaga grupa ! Kierunek wschód ! Tam musi być jakaś cywilizacja! 

W ciągu następnych paru minut bańki stały już u nas na stole, a Potomek był szykowany do szarlatańskiego rytuału. 
Drogą losowania bańkowym stawiaczem został obrany Ojciec Potomka. Przed "zabiegiem" należało wykonać szybki telefon do przyjaciela, tj. do naszej pani doktor, aby dopytać gdzie dokładnie stawia się te cudowne szkiełka. Poinstruowana, bogata w wiedzę teoretyczną, przekazałam chłopowi co i gdzie ma zrobić i przystąpiliśmy do dzieła. 
Poszło sprawnie, Potomek nawet jakoś specjalnie nie protestował. Bańki postawiono po raz pierwszy. 10 sekund .....
Spadły :) 
Jak się okazało to wcale nie jest taka prosta sprawa, żeby przekonać z reguły pobudzonego Potomka do bezruchu przez jedyne 5 minut. Ba ... spróbujmy  ujarzmić go chociaż na minutę! 
Za 4tym razem udało nam się wytłumaczyć gościowi, że ma leżeć NIERUCHOMO. Nie ruszać rączkami, nie odwracać się na plecki, boczek, nogami lepiej niech też nie rusza. Jeśli musi, to niech rusza oczami :) 
 Zapomniałam tylko wspomnieć o nieruszaniu żuchwą....
60 sekund....
Spadły :) 
Musieliśmy robić coś nie tak, bo facet ruszał tylko dolną szczęką, otwierając ją i zamykając w ramach zabawy, leżąc na brzuchu, a bańki odpadały, nie chcąc się porządnie zassać. Też mi zabawa swoją drogą :) 

Za którymś, już nawet nie pamiętam którym , razem udało się wytrzymać z bańkami około 3 minuty i stwierdzilismy że to będzie tyle, ile uda nam się tego dnia dokonać. Na więcej nas nie stać. Ani fizycznie, ani psychicznie. 

Zdjęliśmy resztki sprzętu z pleców, ślady ma do tej pory, więc chyba zabieg udany. 
Noc była zdecydowanie bardziej spokojna, nie zakaszlał ani raz, a dziś zaczął się odflegmiać, za przeproszeniem, zatem liczę na to, że kryzys zażegnany ! 
Dodatkowo zastosowałam szybką kurację domowymi sposobami, zwiększyłam ilość ziół, zrobiłam syrop z cebuli, menu Potomka opierało się podczas infekcji głównie na bezglucie, cebuli, czosnku, kaszy jaglanej, oleju kokosowym, oregano, kurkumie, imbirze, tranie :) 
Ja również się temu podporządkowałam, bowiem klasycznie, jak za każdym razem , najpierw choruje Potomek, potem Stary - lub przy pełni szczęścia chorują równocześnie (o chorobie starego poczytacie TUTAJ ) , a na samym końcu , wyczerpana bezwładem moich kochanych mężczyzn, z wrytym  ze zmęczenia w ziemie nosem ,  po kilkudniowej zabawie w pielęgniarkę , opiekunkę, znachorkę i lekarkę - choruję JA! Tylko, że nade mną nikt już się nie lituję i sama muszę o siebie zadbać, jednocześnie nadal sprawując baczną opiekę nad moimi zdrowymi już KOCHANYMI mężczyznami . Ratuję się więc jak mogę, dmucham na zimne, i działam z prędkością światła, by to wielkie szczęście przejęcia prątków po rodzinie mnie nie dosięgło zbyt obficie. 


Sądna godzina jutro po 17tej ! 
Niech moc ( i noc) będzie z nami  ( i Wami) ! 


środa, 20 sierpnia 2014

Wakacje alergika.

Mieliśmy nie jechać. Wizja wakacji z dala od mojego bezmlecznego, bezdrożdżowego, bezcukrowego, bezjajecznego , bezcytrusowego, bezorzechowego i prawie bezglutenowego centrum dowodzenia przerażala mnie bardziej niż brak urlopu w tym roku!

Potem mieliśmy jednak jechać :) Uznałam, że pojedziemy na Węgry , bo jest na tyle blisko, że można szybko wrócić w razie co, a poza tym, jako mała dziewczynka jeździłam tam z rodzicami i rodziną  i strasznie miło wspominam każdy wyjazd!! Myślałam sobie, że to wcale nie będzie tak upiorna sprawa jakby się mogła wydawać ,  zabiorę bowiem pół kuchni do samochodu, sprzęt do gotowania, co bym wiecznie w garach nie siedziała, trochę uprzednio zrobionych weków i jakoś damy radę ! Taki był plan. Łącznie z planowaną jazdą w ciemno, bo mózg mi się lasował od wyszukiwania ofert w necie. Jak już iść - to na żywioł :D Życie nauczyło mnie nie planować !

Ale za namową znajomych , uznaliśmy, że dołączymy do ich polskich wakacji w górach. Tym bardziej, że po wstępnych rozmowach, szef kuchni w hotelu, w którym zarezerwowaliśmy nasz wypad za miasto ( :P ) obiecał, że jeśli tylko podam przykładowe menu, to będzie gotował specjalnie dla Potomka (!!!!).

Me oczy od razu się mocno zaświeciły !! Prawdziwe wakacje! Pewnie w deszczu i słocie, jak na polską prawieżejesień przystało, ale co tam, nie ważne !! Ważne, że wyjdę na parę dni  z garów :)
W ramach oferty mamy zapewnione jedynie śniadania i obiadokolacje.
Potomek jednak je 5 posiłków dziennie i , jak sami wiecie, menu ma dość ograniczone. Zaczęłam się zastanawiać, co w przypadku pozostałych posiłków. Jeden mogę załatwić owocami, które kupię w każdym sklepie, tam na miejscu. A co z resztą ???
( czyli nie jest jednak tak różowo jak sobie myślałam na początku :) ale to nie ważne! damy radę!)

Macie może jakieś wskazówki co do wycieczek/wakacji z alergikami ?? ( bo to mniej więcej ten sam typ wakacji).
Jak sobie radzicie? Na co zwrócić uwagę ? Co zabrać ze sobą, biorąc pod uwagę, że mamy do dyspozycji tylko pokój hotelowy, zero miejsca do gotowania i małą, pokojową lodóweczkę.

Będę wdzięczna za każdą uwagę ! 


środa, 30 lipca 2014

Przepisy - Baklażan z sosem warzywnym i słonecznikiem





Jeden z przepisów naszej pani dietetyk, a w zasadzie kombinacja dwóch z nich :) 

Bakłażan z sosem warzywnym i słonecznikiem

Składniki:
1 bakłażan
1 łyżka masła klarowanego 
1/4 szkl posiekanych nasion słonecznika lub pestek z dyni 
1 łyżka octu balsamicznego 
1/2 szklanki wody lub sosu warzywnego 
sól, pieprz

Bakłażana umyć, pokroić w plastry, posolić i odstawić na 20 minut. Następnie opłukać, osuszyć papierowym ręcznikiem i upiec w piekarniku w naczyniu uprzednio wysmarowanym łyżką masła klarowanego. 
<ja skropiłam dodatkowo bakłażana olejem ryżowym z wierzchu i wrzuciłam do piekarnika na 15 minut na opcję grill>

SOS: 
Rozgrzać masło , uprażyć namoczony słonecznik <wg naszej pani dietetyk ziarna powinny być moczone przez co najmniej 12 godzin, ja nie moczyłam , bo zapomniałam :) >, wlać wody lub sosu warzywnego , zagotować, przyprawić. Bakłażany podawać polane sosem z pieczywem. 

To jest wersja oryginalna przepisu, ja jednak zamiast powyższego sosu zrobiłam taki
 ( też troszkę zmodyfikowany) : 

Sos warzywny: 
50ml wody ( można dać więcej, ja chciałam uzyskać konsystencję marynaty)
10g ( łyżka) zieleniny 
10g ( łyżka) pestek dyni
10g ( łyżka) słonecznika 
1 łyżeczka suszonej mielonej włoszczyzny 
1 łyżeczka oliwy 
1 łyżeczka musztardy 

Wsypać na wrzątek suszoną włoszczyznę, wlać oliwę i gotować 5 minut. Wsypać pestki dyni i słonecznik, zagotować. Dodać musztardę i zieleninę i zestawić z ognia. Zmiksować jakieś 4 sekundy, tak żeby lekko rozbić słonecznik i pestki. Sos jest gęsty, ma konsystencję lejącej się pasty, marynaty, etc. 

U nas to była kolacja, jedliśmy z Potomkiem zagryzając pieczywem. Połowę porcji po upieczeniu obrałam ze skórki, tzn wykroiłam po prostu miąższ tegoż bakłażana , potraktowałam sosem i rozsmarowałam mu na kromki chleba. Początkowo się opierał, ale w końcu przekonał się do smaku. Mnie smakowało okrutnie !!! 

Bakłażana można zaserwować  jako dodatek do mięsa grillowanego, czy po prostu w ramach surówki obiadowej. 
Polecam. Pycha !!! 

Zdjęcia chwilowo brak, ponieważ za szybko nam danie wyszło z kuchni :) Przy kolejnej okazji nadrobię zaległość :) 



wtorek, 29 lipca 2014

Testujemy - Kubek Safe Sippy 2w1




Ten kubek mamy od bardzo dawna. Nie pamiętam dokładnie , kiedy go zakupiłam, ale podejrzewam, że było to ponad rok temu. Zdecydowałam się go nabyć za radą jednej ze znajomych mam. 
 
Safe Sippy 2w1 to  kubek niekapek (bidon) oraz kubek ze słomką w jednym naczyniu. Części wymienne są wewnętrzne, czyli nie wymieniamy nakrętek, a jedynie zaworek. W zestawie mamy do dyspozycji 3 zaworki: dla słomki, dla kubka niekapka i zaworek zatyczka. Kubek wykonany jest ze stali nierdzewnej wysokiej jakości , wolnej od BPA (ofc :) ), osłoniętej otoczką z gumy, która zabezpiecza dziecko przed poparzeniem ( kubek się nagrzewa, co logiczne, jeśli wlejemy do niego ciepłą ciecz) i jednocześnie powoduje, że schłodzone napoje nie grzeją się tak szybko w lecie. Dodatkowo , co widać na obrazku, posiada plastikowe uszy, które ( tak myślę - bo Potomek nic na ten temat jeszcze nie powiedział :) ) umożliwiają dość wygodne i praktyczne użytkowanie kubka.

Kubek jest dość ciężki, niestety. A może inaczej - nie jest tak lekki jak plastikowe cuda, ale nasz Potomiasty od początku całkiem nieźle sobie radził. Producent oferuje ten przedmiot dla dzieci powyżej 6 miesiąca życia, moim zdaniem jednak, idealnie nadaje się on dopiero dla staruchów - czyli co najmniej roczniaków :) 

To tyle w kwestii informacji. 
Teraz opinia własna :) 

Kubek jest super !! Aczkolwiek ma swoje wady :) Na prawdę, ale słuchajcie - na prawdę - nie ma rzeczy ani ludzi idealnych i tak też jest z tym bidonem :) 

Co w nim lubię ?
  • aparycję :) czyli design. To, że ma wiele kolorów, dość ciekawych zresztą. Marzyłam o fioletowym, ale nigdzie nie mogłam dostać, więc zadowoliłam się niebieskim. Wygląda na prawdę fajnie ! 
  • trwałość. Powiem szczerze - w ogóle o niego nie dbamy ! A jest jak funkiel nówka - nie śmigany i to po roku. Nic się nie urwało, nic nie ułamało, nic nie pękło, w sumie to nawet ta stal się nie porysowała :) A Potomek przejeżdża po nim co najmniej raz dziennie swoim jeździkiem.
  • ustnik - fajny, twardy, wytrzymały  i niezniszczalny. Odporny na ząbkującego i gryzącego wszystko co popadnie terrorystę ! 
  • upadając zawsze spadnie na boczek ! Serio ! :) Nawet piaskownica mu nie straszna! :) Ustnik po upadku kubka nie dotyka ziemi! A że my, na co dzień i od święta stosujemy zasadę 5 sekund , to jak można się domyślić dla nas to kubek idealny :)
  • zimą idealny na spacery. Wychodząc z domu, zalewałam bidon wrzątkiem , po czym po 40 minutach spaceru mogłam jeszcze zaoferować Potomkowi cieplutkie picie dla rozgrzania ciałka. 
  • w lecie również - ale szczerze -  z tą kwestią radziłam sobie całkiem nieźle i ze zwykłymi bidonami. 

Czego w nim nie lubię ? 
  • nie lubię go myć. Chociaż i tak jest stosunkowo prosty do umycia i wygrywa w przedbiegach jeśli chodzi o inne kubki. Jeśli wlewamy do niego tylko wodę, to z myciem jest tzw luzik. Natomiast moim zdaniem nie nadaje się ( jak każdy bidon zresztą) do podawania w nim soków czy herbat. Wówczas na częściach wewnętrznych kubka, uszczelkach i zaworkach tworzy się ciężki do usunięcia osad. Z tym można sobie łatwo poradzić jakąś szczoteczką i dobrze doszorować, chociaż z zaworkiem miałam problem, ma kilka dziurek oraz krzyżyk przy ustniku i domycie tego z osadu po soczku trwało dość długo. Szkoda, że jego silikonowe części ( czyli zaworek) nie są wymienne. Jeśli zaś chodzi o ustnik, to aby go wyczyścić trzeba dysponować "specjalnym" sprzętem. Myślę sobie, że mogliby go dołączać do zestawu!! przydałby się każdemu użytkownikowi :) A mowa tu o malutkiej szczoteczce do butelek. Dawno temu, za czasów Potomkowego szczenięctwa kupiłam komplet szczotek do czyszczenia z Canpola czy jakiejś innej tanizny. Tą najmniejszą, maluteńką, zaczęłam używać dopiero do czyszczenia Safe Sippy.  Ma ona średnicę dokładnie tego ustnika i idealnie w niego wchodzi, zatem można swobodnie go wyczyścić ( ot chociażby z tego, co w ciągu dnia Potomek tam napluje :) ). Wiem, że inne mamy radzą sobie ... patyczkami do uszu :)  
Mogłabym jeszcze napisać, że jego wadą jest cena, ale tego nie napiszę :) bo od kiedy go mam, nie kupiłam żadnego innego kubka ( poza jednym plastikowym z rurką, w którym to miałam podawać Potomkowi kaszę albo probiotyki, no ale jednak się przeliczyłam i stoi w szafce nie używany), czyli można powiedzieć, że przez ten rok jego koszt się zwrócił, a przez kolejne lata będzie na siebie zarabiał :)

Safe Sippy 2w1 
Producent : Kid Basix 
foto ze strony : http://babyuniverse.com.pl



 

niedziela, 27 lipca 2014

The Perfect Housewife

W życiu dążymy zawsze do tego, by być najlepszym. Każda matka, przyznajcie Drogie Panie, pragnie być idealna!! Już wiemy, że ideałów nie ma :) ale jeśli przypadkiem uważacie się za takowy, albo waszym największym marzeniem jest osiągnięcie tego levelu w swoim idealnym życiu, to zapraszam do inspirującej lektury. 

Jak być chodzącym ideałem ? 

Dzień z życia matki idealnej  <prawie taki sam jak ten [ CZYTAJ ] >

  • wstaje z łóżka przed wszystkimi, zakłada peniuar ( też nie bardzo wiem, co to jest, ale podobno zwykle bywa przejrzyste i gdzieniegdzie puchate) i przygotowuje zdrowe, idealnie zbilansowane oraz bogate w substancje odżywcze śniadanie, wykorzystując produkty ze wszystkich pięciu grup pokarmowych, zawierające podstawowe kwasy tłuszczowe, minerały i witaminy - po porcji dla każdego
  • Ćwiczy jogę przez godzinę  <albo z Ewką przez pół :) >
  • Uczy się pisowni słowa "pilates"
  • Kontynuuje zestaw wyczerpujących ćwiczeń przez kolejną godzinę
  • Myje i układa futerka wszystkich świnek morskich należących do członków rodziny 
  • Wyprowadza psa na godzinny spacer, tak aby biedaczysko mogło się wybiegać za wszystkie czasy,oczywiście pies nie biega samopas, słucha się matki, bo ta do tej pory zdążyła już ogarnąć go behawioralnie, zatem pies wykonuje wszystkie jej polecenia, łącznie z psimi sztuczkami. Zanim wyjdzie z psem, wyczyści kuwetę kota i nakarmi domową zwierzynę. 
  • Myje, farbuje i układa własne włosy, używając do tego celu tanich produktów z supermarketu, lecz osiągając efekt, jakiego można by oczekiwać po wizycie w salonie fryzjerskim
  • Oczyszcza, nawilża, wygładza skórę. Krem na szyję, krem pod oczy, krem na łokcie, krem do stóp, krem na kolanka
  • Podkład, puder, pomadka,  tusz do rzęs. Podkręca rzęsy zalotką, ćwiczy mięśnie dna miednicy, zaczesuje brwi, wyrywa włoski z nosa
  • Myje zęby 
  • Czyści przestrzenie międzyzębowe przy pomocy nitki dentystycznej 
  • Budzi urocze dzieci. Czyta im "Alicję w Krainie Czarów" ( w oryginale) i wciąga do absorbującej aczkolwiek cichej zabawy , która nie tylko rozwija je intelektualnie, lecz także stanowi źródło tradycyjnej, zdrowej i spokojnej rozrywki 
  • Ubiera wspomniane dzieci w gustownie zestawione, wygodne, włoskie ubranka z importu
  • Budzi małżonka ( jeżeli jeszcze takowego nie ma, powinna się natychmiast o niego postarać), uprawiając z nim euforyczny seks, w czasie którego małżonek dostrzega nagle łudzące podobieństwo do młodej Michelle Pfeiffer; po opadnięciu w bezwładnej ekstazie na poduszki , wykorzystuje czas , omawiając sytuację finansową rodziny 
  • Ponownie układa włosy i robi makijaż 
  • Żwawo i zwinnie wskakuje w bardzo niekosztowne, bo samodzielnie zaprojektowane i uszyte ubranie, które mimo to wygląda jak od Diora
  • Podaje śniadanie 
  • Przy pomocy antybakteryjnego płynu do czyszczenia i/lub ryżowej szczotki maczanej w chlorze ( o zapachu sosny), zeskrobuje kupę z wczorajszych pieluch i ślady wymiocin zaschniętych w rowkach z tyłu sofy 
  • Przeczesuje swój organiczny ogródek w poszukiwaniu gąsienic i uśmierca je ręcznie 
  • Karmi piersią kilkoro dzieci ( twoje też , jeśli trzeba) 
  • Dokładnie wietrzy całe mieszkanie, a na sznurku do bielizny wywiesza w równiutkich odstępach cztery ładunki mokrego prania, które potem powiewają subtelnie na lekkim, cieplutkim wietrze
  • Przygotowuje kilka prezentów bożonarodzeniowych ( z trawy morskiej, kawałków drewna wyrzuconych przez morze i suszonego grochu) 
  • Robi sobie manicure, własnoręcznie doklejając każdego tipsa 
  • Układa najmłodsze pociechy do przedpołudniowej drzemki, sprawiając przy tym, że wszystkie zasypiają natychmiast i jednocześnie, by zbudzić się po dokładnie godzinie i trzydziestu minutach snu
  • Wyrywa chwasty, nawozi, zbiera plony i konwersuje z roślinami 
  • Ozdabia ścianę garażu mozaiką z kawałków kafelków, która będzie artystycznym wzorcem dla następnego pokolenia
  • Zmywa naczynia
  • Kupuje lub wykonuje własnoręcznie prezenty dla wszystkich krewnych małżonka, pisze i wysyła pocztówki oraz jest na bieżąco ze wszelkimi ploteczkami i problemami starszego pokolenia 
  • Prasuje prześcieradła, ręczniki i kupioną w tym tygodniu bieliznę 
  • Przez kilka godzin poświęca dzieciom maksimum uwagi, proponując im coraz to nowe zajęcia oraz rozrywki ( zawsze odpowiednie dla grupy wiekowej, do której należy dany potomek), optymalizujące ich rozwój fizyczny, psychiczny i emocjonalny, jednocześnie dając każdemu z dzieci poczucie, że to właśnie na nim skupia się cała jej uwaga 
  • Rozwozi dzieci do trzech lub czterech różnych szkół, przedszkoli, domów krewnych  i ośrodków sportowych 
  • Uczestniczy w zajęciach pilatesu 
  • Serfuje po internecie 
  • Flirtuje z przechodzącym strażakiem 
  • Idzie do pracy na pół etatu: niebywale satysfakcjonującej, aczkolwiek nie stanowiącej żadnego obciążenia czasowego, która umożliwia jej branie bez uprzedzenia nieograniczonej liczby dni wolnych w razie choroby któregoś dziecka lub z jakiegokolwiek innego powodu i gwarantującej przychody na tym samym poziomie, co w przypadku przeciętnego, pracującego na pełen etat faceta 
  • Krótka i intensywna drzemka dla podładowania baterii
  • Robi zakupy, nabywając w lokalnym sklepiku tanie, świeże produkty organiczne, a ponieważ pod koniec tygodnia takie produkty nie wyglądają już najlepiej, jak się do sklepu pójdzie tylko raz i sama byłaby sobie winna, więc musi chodzić do niego codziennie 
  • Czyta połowę wysoce edukacyjnej powieści
  • Słucha radia i czyta trzy dzienniki , żeby wiedzieć, co się wokół niej dzieje
  • Poprawia swój push-up 
  • Robi peeling stóp 
  • Sprząta to, co ktoś inny zwymiotował 
  • Drugie śniadanie: odżywcze, szybkie w przygotowaniu, ale ani troszeczkę nietuczące ( jak na przykład kubek trawy morskiej, patyczków wyrzuconych przez morze i grochu) 
  • Obchodzi sklepy z wystrojem wnętrz i kupuje wymiocionoodporne narzuty 
  • Odświeża swoją umiejętność udzielania pierwszej pomocy oraz znajomość języków obcych 
  • Idzie na woskowanie nóg 
  • Na wszelki wypadek woskuje i uszy 
  • Wstrzykuje sobie truciznę w czoło i udaje, że życie nie wytworzyło u niej zmarszczek 
  • Przeprowadza filozoficzną dysputę z trzylatkiem na temat tego, co jest fair a co nie i wygrywa dzięki żelaznej logice wypowiedzi 
  • Chwila dla siebie: może partyjka golfa albo nauka czegoś zupełnie nowego , jak budowa akceleratora cząstek ? 
  •  Ćwiczy perlisty, dziewczęcy śmech 
  • Wypróbowuje nowy, atrakcyjny samochód, który jest idealny dla całej rodziny 
  • Lunch w malutkim bistro, pół karafki wina 
  • Idzie po broszurki do biura podróży 
  • Sprzedaje świeże pączki w szkolnym sklepiku 
  • Razem z całą Polską czyta dzieciom 
  • Kupuje sobie jakiś drobiażdżek : coś z biżuterii lub perfumy ( ewentualnie mały domek na Mazurach) 
  • Odbiera dzieci ( na czas) z różnych szkół, przedszkoli, domów krewnych i ośrodków sportowych 
  • Odbiera dzieci samochodem i przeprowadza z każdym ( indywidualnie) zaangażowaną i bogatą w treści rozmowę, zwracając szczególną uwagę na kwestie nawiązywania więzi, niuanse niewypowiedzianych emocji, okazje do poznania czegoś nowego ( w ich własnym przypadku), ich indywidualne sposoby słuchania i uczenia się, cały czas pamiętając o najważniejszym celu : poczynieniu ważnych kroków , które zadecydują o całym ich przyszłym życiu 
  • Przy pomocy drewnianej łyżki, wykorzystując plony z przydomowego ogródka oraz kurczaka, pochodzącego z ekologicznej, przyjaznej dla zwierząt hodowli, wyczarowuje zdrowy i apetyczny posiłek , który zasmakuje zarówno małżonkowi, jak i dzieciom, a który będzie im serwowała, uwzględniając potrzeby poszczególnych członków rodziny, co pół godziny od 17 do 19.30 
  • Idzie do kina na nową produkcję hollywoodzką 
  • Kąpie dzieci, zwracając szczególną uwagę na ich indywidualne potrzeby, zużycie wody (...)
  • Karmi , poi i odpytuje świnki morskie 
  • Wita powracającego z pracy małżonka odziana w obcisłe "nic" i umieszczone w strategicznym punkcie mango 
  • Bawi się z ubranymi w świeżo odprasowane piżamki dziećmi w rozwijające intelektualnie gry lub słucha z nimi radia, bo przecież nie mają telewizji, tylko zestaw kina domowego do projekcji wyłącznie filmów o wysokiej wartości edukacyjnej
  • Uczy dzieci czytać 
  • I pisać 
  • Sprawdza prace domowe 
  • Szybki numerek z małżonkiem w łazience
  • Podaje dzieciom kolację
  • Sama zjada kolację - tyci kawałeczek fileta z płotki z kilkoma wiórkami świeżej marchwi lub innego sezonowego warzywa, pod kołderką z endywii kędzierzawej 
  • Dyskutuje na temat sytuacji w Kongo , nawiązując przede wszystkim do historii Bawarii
  • Usuwa ślady mazaków z sufitu w łazience, używając do tego celu roztworu octu winnego i sosu tatarskiego 
  • Rozwiązuje krzyżówkę hetmańską
  • Karmi i poi bydło oraz drób 
  • Naprawia i czyści odtwarzacz CD
  • Układa dzieci do snu, opowiadając każdemu inną bajeczkę 
  • Idzie na wieczorny kurs wiosłowania 
  • Czyści dzieciom tornistry i odpowiada na wszelką zaległą korespondencję 
  • Depiluje woskiem okolice bikini, tworząc przy tym skomplikowany i podniecający wzorek 
  • Wypakowuje i myje pudełka na kanapki 
  • Wklepuje w szyję krem nawilżający 
  • Przypomina sobie, że Bawaria nie jest już niezależnym państwem. Uważnie studiuje atlas
  • Szyje kilka prześcieradeł z niebielonego płótna 
  • Sprawdza domowe zapasy przeciwsłonecznego kremu z filtrami, organicznych kostek rosołowych, czystych ręczników, majtek, pudełek na drugie śniadanie, dzieci, narzędzi ogrodniczych, wazoników, mydła i pistoletów do kleju na gorąco. Robi listę zakupów na dzień następny 
  • Płaci rachunki, spłaca debet w banku i wyrównuje stan na koncie, a następnie wkłada wszystkie faktury dla urzędu skarbowego do segregatora z kompletem foliowych koszulek 
  • Zaprasza szeroko pojętą rodzinę na święta 
  • Słucha płyty CD z muzyką relaksacyjną 
  • Szoruje do czysta pożółkłe fugi 
  • Idzie do łóżka 
  • Wstaje, przygotowuje dzieciom drugie śniadanie na następny dzień
  • Wraca do łóżka, gapi się w sufit, odpowiada na pytania, na które nie ma odpowiedzi 
  • Zamyka oczy 
  • Słucha jak gdzieś niedaleko głośno wymiotuje dziecko 
  • Robi sobie przyjemność ruszając do boju ze szczotką i szufelką 
Dzień z życia ojca idealnego 

Słuchaj , zajmę się tą listą, jak tylko wyrzucę śmieci. 


 
A Wy? Ile z tych punktów codziennie spełniacie by być idealnymi matkami i żonami ?? :) 





*Kaz Cooke "Dzieciozmagania z maluchem przez pierwsze 5 lat" 
Follow my blog with Bloglovin

środa, 23 lipca 2014

Candida albicans leczenie

Ostatnio dostaję dużo maili i wiadomości z pytaniami dotyczącymi wyleczenia Potomka ze stanu przerostu grzyba Candida albicans. Chciałabym opisać to tutaj na blogu. Może komuś jeszcze się przyda. 
Jednocześnie informuję, że nie jestem specjalistą w tej dziedzinie :) Część etapu leczenia wykonywałam intuicyjnie. Pomogła nam bardzo nasza pani dietetyk, z którą konsultujemy niektóre etapy leczenia. Jadłospis również układałam samodzielnie, aczkolwiek konsultowałam na bieżąco z dietetyczką. Jedna z mam chłopca, który również chorował na kandydozę przesłała mi kopię swoich jadłospisów, które stosowała podczas leczenia. 
Kwestia wyleczenia Potomka z kandydozy wciąż pozostaje pod znakiem zapytania i nadal nie jest dokończona. Leczenie trwa bowiem bardzo długo. Nawet do 3 lat. 
Opiszę od początku jak wykryliśmy kandydozę i od czego zaczynaliśmy. 


Mniej więcej na początku kwietnia 2014 roku , kierując się sugestią jednej z mam, z którą nawiązałam kontakt, postanowiłam zrobić Potomkowi badania przed udaniem się do konkretnych specjalistów. 
Na podstawie moich obserwacji wspomniana mama, która przechodziła przez część naszych problemów ze swoim dzieckiem, zasugerowała właśnie badanie w kierunku drożdżaków i pasożytów. 

Co mnie niepokoiło? 
  • PRZEDE WSZYSTKIM (!!) nieciekawe, luźne stolce
  • wybiórcze jedzenie (podstawą diety Potomka, gdyby żywić go wg jego upodobań,były produkty mleczne, białe pieczywo, banany, jabłka, słodycz, zero warzyw, mięsa, itp)
  • ochota na wszystko co słodkie : mleko modyfikowane, słodkie owoce, przekąski, białe pieczywo drożdżowe 
  • rozkojarzenie , zupełny brak koncentracji , nadpobudliwość
  • częste pobudki w nocy - zaburzenie snu 
  • budzenie z przeraźliwym krzykiem w nocy , ciężkim do uspokojenia
  • lekko przekroczone próby wątrobowe (badałam w miarę na bieżąco, ze względu na przebytą żółtaczkę noworodkową, która przeciągnęła się Potomkowi do mniej więcej 4tego miesiąca jego życia, zatem od lekarza dostałam zalecenie kontrolowania wątroby , tym bardziej, że jego skóra była wiecznie w kolorze śniadym i "opalonym", a my jesteśmy raczej z serii bledziochów :) )
W pierwszym rzucie zrobiłam badanie w kierunku pasożytów.Materiał złożyliśmy w laboratorium dr Dymona w Krakowie. Ponoć jest jednym z najlepszych specjalistów i w żargonie lekarskim mówi się o nim, że wystarczy by tylko spojrzał na kupę i już wie, czy są pasożyty czy nie. Badanie kosztowało 150 zł, materiał składa się jednorazowo, chyba, że pan Dymon ma jakieś wątpliwości, to w cenie badania składa się materiał ponownie. To starszy pan, bardzo sympatyczny, polecany zarówno przez lekarzy jak i rodziców na forach internetowych. 
Wiem, że wykryć pasożyty jest niezwykle ciężko, ale zaufałam kompetencjom  dr Dymona i już więcej nie badałam. Myślę, że za jakiś czas w razie niepokojących objawów zbadam  kał Potomka ponownie w tym kierunku. 

W badaniu tym , oprócz nieobecności pasożytów, dostałam informację , że mamy do czynienia z dużą ilością drożdżaków. Dr Dymon nie określa rodzaju drożdżaka, jedynie wskazuje na ich obecność. 

Kolejnym krokiem było oddanie materiału do badania w kierunku grzybów. Badanie robiłam w pracowni mikrobiologicznej w Krakowie, przy ul. Daszyńskiego 22. Od razu zleciłam badanie w kierunku bakterii. Wynik jaki uzyskaliśmy, to "bardzo wysoki wzrost Candida albicans" i wynik ujemny jeśli chodzi o bakterie. 
Wiem, że najdokładniejszym badaniem na drożdżaki są badania inwazyjne, ale o tym u nas nie było mowy. Dlatego postanowiłam oprzeć się na tych wynikach, które posiadałam. 
W międzyczasie , za radą dietetyczki ( po przeprowadzonym wywiadzie, dotyczącym zarówno mnie, przebiegu ciąży, wczesnego okresu niemowlęctwa Potomka, jego obecnych nawyków żywieniowych, stanu skóry, wyników podstawowych badań - w tym prób wątrobowych, zachowania Potomka, nieprawidłowości w wypróżnianiu, itp) zleciliśmy wykonanie panelu na nietolerancje pokarmowe. Robiliśmy test Food Detective na podkładach warszawskiego Cambridge Diagnostics. Badanie wykonane zostało w Krakowie, w laboratorium (nie w domu !!) współpracującym z Cambridge. Na wynik czekaliśmy około 14 dni. Początkowo pani dietetyk sugerowała bezwzględnie jak najszybszą diagnozę w kierunku nietolerancji. Jednak po otrzymanej informacji o bardzo wysokim przeroście candida stwierdziła, że radziłaby poczekać do wyleczenia z kandydozy i dopiero potem przeprowadzenie testów na nietolerancję, bowiem istniało  duże prawdopodobieństwo, że alergie są wywołane i spotęgowane przez grzyba i wynik może wyjść zafałszowany. Sugerowała , aby do tego czasu przejść na restrykcyjną dietę bezglutenową, bezmleczną, bezcukrową, bezjajeczną, bez siarczanów, bez żywności wysoko przetworzonej. Uznałam, że sobie nie poradzę z taką dietą ( miała trwać pół roku minimum, potem mieliśmy badać nietolerancje) i jeśli nie ma potrzeby wykluczania glutenu i jajka, to wolę tego nie robić :)  Dlatego sama zadecydowałam o wcześniejszym przeprowadzeniu testów. O tyle mi to ułatwiło sprawę, ze obecnie gluten ograniczamy (2x w tygodniu) a nie wykluczamy i ze wiem o alergii na orzechy i cytrusy. 
O tym, że mamy do czynienia z nietolerancją na mleko wiedziałam przed testami. Na samym początku naszej "przygody" za radą wspomnianej mamy i po konsultacjach z dietetyczką wycofałam mleko odzwierzęce i jego produkty. JUŻ po tygodniu Potomek zaczął lepiej sypiać. Po dwóch tygodniach zniknęła szorstka skórka na łokciach i kolanach. Po trzech - uległo poprawie jego zachowanie. Wykluczając zaledwie mleko i cukier z jego diety spowodowałam, że stal się spokojniejszy, mniej sfrustrowany, mniej pobudzony,  lepiej śpiący i ogólnie rzecz biorąc lepiej funkcjonujący. 

W początkowej fazie był na diecie bezmlecznej, bezcukrowej, z ograniczeniem glutenu ( co drugi dzień). Po otrzymaniu wyników testów, kiedy okazało się, że mamy alergie na mleko krowie, białko jajka <szok! :) >, orzechy i migdały oraz cytrusy, wszystkie alergeny zostały wycofane. Wycofałam również drożdże (i zakwas na 6 tygodni), grzyby ( i tak nie podawałam), gluten oraz WSZYSTKIE owoce ( na 4 tygodnie), suszone owoce, ziemniaki, skrobie ziemniaczaną, tapiokę, wędzone produkty, ograniczałam pozostałe skrobie. 
Przy wycofaniu glutenu w pierwszej fazie leczenia kandydozy osiąga się lepsze wyniki leczenia, organizm małego dziecka nie jest tak bardzo obciążony przez białko roślinne, nie mamy do czynienia z oblepianiem przez gluten ścianek jelita, zatem szybciej działają wszelkie specyfiki naturalne działające grzybobójczo, lepiej wchłaniają się także probiotyki zasiedlające jelita dobrą florą bakteryjną. Owoce wycofałam ze względu na fruktozę. 
Zamiast cukru wprowadziłam ksylitol i stewię, ale też nie przesadzałam z ich ilością. "Słodziłam" cynamonem i wanilią. 
Było BARDZO ciężko. To nie jest takie proste, żeby dwulatkowi, który już ma swoje smaki, tak drastycznie zmienić dietę. Robiłam to stopniowo. Tak jak wspomniałam, najpierw wypadło mleko i cukier. To nie było takie ciężkie, aczkolwiek Potomek dopominał się o mleko, bardzo mu go brakowało. 
Potem ograniczyłam gluten ( co drugi dzień). Późniejsze wykluczenie alergenów i pozostalych produktów już w nas tak nie uderzyło. Jednak najgorzej było z owocami. To był KOSZMAR! Ale jak widać do przejścia :) Poradziłam sobie w ten sposób, że po prostu ich nie kupowałam. Tak samo jak chleba. Tych produktów u nas w domu nie było bardzo długo.
Po około 5 tygodniach zaczęłam je wprowadzać na nowo. Za radą dietetyczki podawałam jeden raz dziennie po 100g owoców sezonowych. Akurat przypadło na okres truskawkowy.Potem malinowy, jagodowy. Dziś podaję nawet arbuza ( mimo wysokiego IG, zawsze mieszam z czymś o niskim IG).
Bazowałam głównie na kaszach bezglutenowych (jaglanej, gryczanej, quinoa), ryżu ( niewiele), mięsie, warzywach, ziołach i przyprawach. Korzystałam z przepisów z blogów Jadłonomia, Smakoterapia, OlgaSmile, Biblia Smaków.
Obecnie dieta Potomka znów przechodzi metamorfozę. Dostaliśmy bowiem spis przepisów od dietetyczki. Dla mnie są one super inspirujące! Potomek dopiero się wdraża. Sukcesem jest to, że zaczął jeść takie warzywa jak pomidor, ogórek kiszony, zieleninę, przemycam też awokado. Przymierzam się do bakłażana i past roślinnych do chleba :) Trzeba stopniowo gościa przyzwyczajać do zdrowych smaków. Niestety kubki smakowe odziedziczył po tatusiu, więc dla niego najsmaczniejsze są potrawy tłuste, smażone , ciężko strawne. Co dla jego wątroby nie jest najszczęśliwszym rozwiązaniem, zatem odtłuszczamy jego dietę. Do tej pory przyzwyczaiłam go do smaku cukinii ( ścierałam ją do placków, kroiłam w kostkę zamiast ziemniaków w zupie), pora, cebuli i czosnku.
Wątroba : 
Jeśli za 3 miesiące , po powtórnych wynikach badań, okaże się, że próby wątrobowe nie są przekroczone, oznaczać to będzie , że była obciążona przez kandydozę i alergie. Jeśli wyjdą jednak przekroczone - będziemy szukać innej przyczyny. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy ! I z tym też sobie poradzimy.

Jeśli chodzi o dania, to gotujemy raczej tradycyjnie i prosto. Zupy jakie podaję ( pewnie też dlatego, że są to zupy, które Potomek lubi), to : pomidorowa, ogórkowa, krupnik, żurek (raz na dwa tygodnie, na zakwasie żytnim), kapuśniak, rosół. Drugie dania są równie proste : mięso gotowane, pieczone, czasami smażone ( ostatnio już nie) od kilku dni- surówki warzywne ( oł jeeeaaaaaa! :) ). Prawie wszystko robię sama, raczej nie korzystam z półproduktów .

Suplementacja: 
Przez pierwszy tydzień leczenia, na wyraźną prośbę dietetyczki ( lekarka uważała, że to nie jest konieczne i trochę bezsensowne) Potomek dostał dawkę Nystatyny w zawiesinie. Podawaliśmy 3x dziennie. Po zakończeniu podawania Nystatyny ( nie wspominam tego dobrze, ponieważ przy ubijaniu grzyba dziecko jest mega pobudzone, mega drażliwe, mega złe i mega , mega, mega męczące ) wprowadziłam olejek z oregano. Do dzisiejszego dnia podaję 1 kroplę olejku raz dziennie. Niebawem będę go wymieniać na jakiś specyfik z aloesem, muszę poszukać odpowiedniego. Podaje się też citrosept ( wyciąg z pestek grejpfruta), ale Potomek nie może ze względu na nietolerancję cytrusów. Do tej pory podajemy raz dziennie probiotyk, obecnie z Solgara.
Grzyba ubijaliśmy głównie wspomnianym olejkiem, olejem kokosowym, ksylitolem, i innymi naturalnymi przyprawami, ziołami i produktami. Leczenie Nystatyną podobno niewiele pomaga, wyjaławia organizm i jeśli nie trzyma się diety, to potem grzyb odrasta w tempie ekspresowym.
Niedługo napiszę spis produktów, które włączyliśmy do codziennej ( no prawie :)) diety oraz opiszę ich właściwości pro zdrowotne :)

Tymczasem zmierzam na masaż !
Nie dla przyjemności niestety. :(  Od dwóch tygodni  "łupie mnie coś w dupie" :D  i kręgosłup odmówił posłuszeństwa :(






piątek, 18 lipca 2014

Nie próżnujemy ! :) Ćwiczenia poprzez zabawę cz.3

Wakacje wakacjami, ale ćwiczyć TRZEBA ! :) 

Tym razem uczymy się kształtów i dopasowywania do siebie takich samych obrazków na hasło 
"taki sam".

Wydrukowałam sobie planszę z podstawowymi kształtami w dwóch wersjach: w kolorze i w skali szarości. 
Rozkładam jeden komplet ( szary lub kolorowy na stoliku) a w ręce trzymam drugi. Podając po kolei karteczki z drugiego kompletu proszę Potomka, by przyłożył daną karteczkę do takiego samego kształtu. 



Wykonuje to bezbłędnie. 
Musicie uwierzyć na słowo, bo nie sposób z nim ćwiczyć i robić zdjęcia jednocześnie :) 


Kolejne ćwiczenie, to poznawanie ( u nas utrwalanie) poszczególnych zwierząt oraz ćwiczenie sekwencji "taki sam" . 
Wykorzystuje do tego MEMORY z Czuczu. 

Rozkładam jeden komplet , w ręce trzymam drugi. Podaję Potomkowi po kolei każdy element i proszę, żeby nałożył na drugi taki sam, jednocześnie nazywam zwierzęta i razem naśladujemy ich odgłosy. 

Po każdym ćwiczeniu następuje mały relaksik :) 

Jak Wami mija piąteczek ? :)