niedziela, 18 sierpnia 2013

Matka poleca

Wpadłam niedawno przez przypadek na fajną stronę, polecam lekturę wszystkim kobietom :)

http://www.mamopracuj.pl/

P.S. Uczulenie na antybiotyk , które wystąpiło u Potomka, po tym jak zaczęło zmieniać swój wygląd z płaskich kropek na wypukłe krostki z płynem , okazało się chorobą bostońską :) Ale to dziadostwo już za nami....!

niedziela, 4 sierpnia 2013

Matka na wakacjach

Rewolucja nam nie wyszła, Potomek nadal ma dwie drzemki w ciągu dnia, ale mimo to, zaczyna coraz lepiej sypiać w nocy. Ostatnio nie budził się prawie wcale, a dzień zaczynał w okolicach 7 rano. Pewnego razu zdarzyło się nam nawet zaspać , ponieważ nasz żywy budzik wstał przed 8 !! Życie od razu nabiera większej gamy barw , gdy człowiek może się wyspać :)
Jako, że perspektyw brak na prawdziwe wakacje i w zasadzie to byłyby one możliwe dopiero we wrześniu, a matka jeszcze nie jest gotowa na wyjazd w nieznane hen za góry i lasy, tam gdzie slońce świeci przez 18 godzin na dobę , a wrzesień nadal jest miesiącem mocno słonecznym, takoż postanowiła wykorzystać rodzinne zasoby i udać się na agro wczasy do babci Potomka, rzecz jasna, zabierając ze sobą Jegomościa.
Wakacje rozpoczęły się weekendem u znajomych pod Bielskiem, w uroczym domku i atrakcjami basenowo leżakowymi. Potomek sprawował się świetnie, spał, jadł, bawił się z dzieciakami, walczył o zabawki, trochę pomoczył tyłek w basenie, pooddychał świeżym powietrzem. W niedzielę wróciliśmy do domu, w poniedziałek zaś po południu wyjechaliśmy na agro wczasy. Matka miała wizję. Ona, leżak, książka, basen obok, Potomek w basenie, echo odbijające śmiech i radość dziecka, opalona , brązowa skóra, 5 kg mniej :D  Wizja cudowna, gorzej z rzeczywistością :) Może w przyszłym roku :)
Agro wczasy zaczęły się od wysokiej temperatury Potomka mniej więcej o 5 nad ranem już we wtorek. Temperatura utrzymywała się cały kolejny dzień, spadała tylko na czas działania środków spędzających gorączkę. Nie muszę chyba pisać , jak zachowuje się chore dziecko i że nie ma to nic wspólnego z wizją matki o wakacjach. Wieczorem Babcia Potomka spanikowała i nakazała wizytę u lekarza. Gdybyśmy byli w naszym gnieździe , pewnie ograniczylibyśmy się do telefonu do naszej Pani dr, która zawsze powtarza, że jeśli walka z temperaturą jest pozytywna, a nie ma żadnych innych dolegliwości to najlepiej wstrzymać się z wizytą do 3 doby temperatury. Babcia jednak uznała, że boi się zostać w agro jednostce na pustkowiu z gorączkującym Potomkiem na noc. Pojawił się także problem dokładnego zmierzenia temperatury. Jak raz , postanowiłam nie brać swojego sprzętu do mierzenia temperatury "bo po co?", klasycznym termometrem Potomek wzgardził, a ten przykładany do czoła "parzył" i nie dało się przez 15 sekund utrzymać go w jednym miejscu na czole Pisklęcia. Dobra koleżanka Babci jest lekarzem pediatrą, zebrałyśmy więc małego pacjenta i udałyśmy się do miasta na wizytę. Okazało się, że gardło jest szkarłatne. Został nam władowany antybiotyk. Niestety. Pierwszy w życiu Potomka. Uczucia mieszane, ponieważ wiem, że w naszym gnieździe nasza Pani dr prawdopodobnie nie zdecydowałaby się na taki sposób leczenia. Ale byliśmy na obczyźnie, Babcia z koleżanką przekonywały że nie ma wyjścia, trudno. Może faktycznie zabić dziada w zarodku i nie czekać co będzie potem. Dobra, niechże będzie ten antybiotyk. Pierwsza dawka została podana już we wtorek wieczorem. Następnego dnia Potomek obudził się z kilkoma czerwonymi kropkami na ciele. WTF???!!! Ospa? Telefon do przyjaciela - odpowiedź. Trzeba czekać i obserwować. Druga dawka antybiotyku podana, co poskutkowało biegunką :/ Boże, wymarzone wakacje !!!! Niech to szlag !
Telefon do przyjaciela po raz kolejny - odpowiedź : stop antybiotykom, odstawiamy. Cudownie. Temperatura minęła, nie pojawiała się już w środę ani potem. Potomek jednak nadal był marudny i cierpiący a ja spędzałam całe dnie na zliczaniu kropek i obserwowaniu co się  z nimi dzieje. Pisklę nie jadło, nie chciało pić, cierpiało. :/ Nie spało :/ Urlop zamienił się w gehennę.
We czwartek sama doszłam do wniosku, że wysypka i biegunka były reakcją na antybiotyk, a temperatura prawdopodobnie była przyczyną trzech zębów wyrzynających się w jednym czasie. Okazało się bowiem, że światło dzienne ujrzały dwie dolne trójki i jedna dolna czwórka. Teraz Potomek ma już wszystkie zęby oprócz czterech piątek. Świetnie! Tylko czemu akurat teraz !? i dlaczego wszystkie na raz !!
Piątek i sobota minęły znośnie, Potomek powoli zaczyna jeść, aczkolwiek  sprawia mu to ból :( Na szczęście temperatury brak, kropki stają się coraz bledsze, z buźki prawie zniknęły. Humor powrócił wraz z pojawieniem się Ojca w sobotę wieczorem. Nagle powróciła także chęć do zabawy w wodzie i basenie, ochota na spędzanie czasu na świeżym , niezasmożonym powietrzu, bieganie gołymi stópkami po piasku i trawie, gonienie motylków i wąchanie kwiatuszków. Ale nasze wakacje już się kończą więc za wiele nie skorzystamy z tych cudownych atrybutów agro wczasów :)
Większość pewnie uzna, że to klasyk :) Tak jak ja bym uznała wyjazd nad polskie morze i ulewne deszcze w tym samym czasie ( w moim przypadku to właśnie jest klasyk, w tym roku nie wybieramy się nad Bałtyk, tak więc afrykańskie upały nadal tam panują. Podziękowania za dobrą pogodę i pozostanie w południowej części PL nie są konieczne, wystarczy kartka z Kołobrzegu czy Mielna :) ).
Matka ma dość urlopów, chce wracać do swoich czterech kątów , zająć się robotą i zapomnieć o agro wczasach jak najszybciej.
Wszystkim korzystającym z uroków upalnego polskiego lata życzymy razem z Potomkiem udanych wakacji!!!


poniedziałek, 1 lipca 2013

Kolejna rewolucja :)

Dawno nas nie było. To dlatego, że dużo się działo i matka nie wyrabiała na zakrętach.
Dziś wcale nie jest lepiej, ale nadchodzi nowa era  - przestawianie Potomka na system jednodrzemkowy w ciągu dnia.
Matka nie jest w stanie znieść już pobudek o 4:30 rano , w celach rozrywkowych ze strony Potomka rzecz jasna. Uznała więc, że jej latorośl chyba za dużo śpi w ciągu dnia, zatem okres kolejnej rewolucji czas zacząć. Relację z postępów będziemy zdawać na bieżąco !!! :)

P.S. Dla innych matek Polek , które czasem nie wiedzą jak zająć swoje dziecko polecamy świetną bajkę ( tak , tak, wiem.. telewizja szkodzi i psuje dzieci - ale czasem , trzeba przyznać jest zbawienna). Nazywa się ona "Uki" i u nas jest po prostu hitem od paru miesięcy.

wtorek, 4 czerwca 2013

A rok temu.... ;-)

04.06.2012r.
8.00
Dokładnie rok temu o tej porze wchodzilismy na salę przedporodową nr 100 w krakowskim szpitalu Ujastek, po uprzednim zalogowaniu się na izbie przyjęć. Przyjechaliśmy spokojnie, bez pośpiechu, z dzieckiem w brzuchu ;-) termin porodu miałam na 5 czerwca 2012r. Poród miał być indukowany, miałam umowioną położną i lekarza.
Potomek od zawsze musiał postawić na swoim jak widać i nie pozwolił matce zadecydować o tym, kiedy się urodzi. Już bowiem o północy z 3 na 4 czerwca matka poczuła coś dziwnego. Jak się potem okazało - zaczynał się poród. Jako, że matka wcześniej nie rodziła, nie wiedziała do końca czy to JUŻ, czy to po prostu zmyła.  Liczyła dzielnie skurcze, a o 4 postanowiła się wykąpać, bo mówili jej zawsze, że to taki rodzaj testu, jeśli to zmyła, to po kąpieli skurcze miną, jeśli nie - to zabawa zacznie się na dobre. Matka wyszła z wanny, to była pierwsza długa,  gorąca kąpiel od 9 miesięcy. Do tej pory brała krótkie prysznice (nie to, że miała niemalże rok brudasa). Skurcze ani nie ustapiły, ani się nie nasiliły. Matka zwątpiła i znak zapytania pojawił jej się nad rozczochraną głową... Wiedziała że jest sierotą, ale nie przypuszczała, żeby aż taką, co to nie wie czy rodzi,  czy jeszcze nie... Była 5 nad ranem, adrenalina zaczęła już dawno działać, matka była rześka niczym rwący, górski potok. Postanowiła,  że o 7 zadzwoni zapytać kogoś mądrzejszego. Zaczęła od położnej. I tu nastąpił pierwszy zonk, gdyż telefon pani K był wyłączony :-/ postanowiła więc wykonać telefon do lekarza...no cóż... Chyba wszystko było wtedy nie tak,  jak sobie zaplanowała. Lekarz też nie odpowiadał. W końcu po setnym telefonie odebrał zaspanym głosem. Wyjechał!  Nie ma go!!  O litości!!  Nie rodzę!!! Potomku, proszę natychmiast wrócić na swoje miejsce!!!!  Matko, chyba nie wyjechał razem z położną!!!??? Co robić??  Lekarz mówi, żeby jechać do szpitala. No to skoro tak mówi, to jedziemy. Może tam jakoś powstrzymają ten falstart. Co za uparte dziecko!  Jakby nie mogło poczekać 24 godzin, do wtorku. Tak jak matka ustaliła!  ;-) może wezmę nospę - pomyślałam - to się cofnie!  ;-) taaa jasne.
Zebraliśmy bety i w drogę.
Matka się bała okrutnie, stąd te plany i ustawki. Stąd ściskanie nóg i blokada przedporodowa. Chociaż z perspektywy czasu niczego nie żałuje i dziś zrobiłaby prawie ( prawie) tak samo!
Jesteśmy! Wchodzę na izbę. Co mam powiedzieć?  Dzień dobry!  Rodzę?  Hmmm... No chyba tak się mówi... ? Tak też zrobiłam. Nie zareagowali jakoś specjalnie emocjonalnie. Kazali czekać.  Ok. Noł problem, ja mogę rodzić nawet jutro, jeśli chcecie. Z lekarzem i swoją położną. Nie zgodzili się. Cóż...
Najpierw papiery. W międzyczasie telefon od położnej. Nie przyjedzie. Cudownie wprost!  Ale ma koleżankę na dyżurze ( jest nadzieja) .
Badanie. 1 cm. Po byku! To może jednak uda się jutro?  nie zapytali jednak, czy chcę wracać, to się nie wychylałam. Ojciec inżynier, porodów nie odbierał. Może tu jednak bezpieczniej?
Wchodzi lekarz dyżurny. Coś mówi, matka zdaje sobie sprawę, że chyba przygłuchawa się stała. W ciąży zatkało się jej jedno ucho i czasem zmuszona była czytać z ruchu warg. Powiadamia o tym Pana doktora. Ten zaś albo był równie nierozgarnięty jak matka, albo źle ją zrozumiał, bo zaczął pokazywać na migi. Kurna chata!  Matka czyta z ruchu warg, spoko koleś, ale migowego nie zna...!!! Na zawsze pozostanie w mej pamięci pokazywanie przez doktora : rodzi pani, proszę zejść z fotela, ubrać się i usiąść na tym krześle. ( a co się umachał rękami to jego, nie pytajcie jak pokazywał, że rodzę ;-) ). Potem pani położna dała mi dokumenty do podpisania. Pogadałyśmy chwilę,  lekarz się przyglądał jakby ufo zobaczył. I ta mina... To ona jednak słyszy????  Ale chyba nie zrozumiał, bo mówiąc, że teraz mam iść na salę i wyjść tymi drzwiami również się namachał.
Wyszłam posikana ze śmiechu. Yyyy zaraz...a może tak właśnie wody odchodzą....? Ee nie, to nie to!  fuck, co za obciach ;-) pan doktor chyba się już pogubił. Nie wiedział , czy matka jest głucha czy głupia.
Sala 100, wchodzi położna, mówi że będzie z nami rodzić. Świetnie!  Podoba mi się, możemy rodzić. I co?  I znów dziecko postanawia,  że zrobi inaczej niż chce jego matka. Akcja ustała.....
Przychodzi dr kartofel, znaczy się Pyra, ale czy to nie wszystko jedno?  ;-) ustalamy, że rodzimy, na przekór Potomkowi. Ojciec wychodzi po... Śniadanko. Dziad jeden. Ja tu o głodzie, z Pyrą jakąś na dodatek przy łóżku, milion kabli, goły tyłek. A idź w pierony!!!!
Wraca, zadając mi zagadkę. " Wiesz kto tu jest????? " , " Nie wiem, święty Mikołaj do...(piiiiii)  cholery!? " . W duchu myślę, że może mój lekarz, albo położna, ale nie. Odpowiedzią na zagadkę jest mąż przyjaciółki z lat studenckich. Urodziła o 10! Bliźniaczki!  Aaaaa to dlatego nie odbierała telefonu. No nie dziwię się!  ;-)
Ojciec włącza tv. Leci 'Na dobre i na złe '. Wychodzi, bo przyszli pogrzebać trochę w matce. Grzebacze wychodzą, ojca nie widać. Świetnie. Co tym razem ?  Obiadek???
Matka zerka na tv. W Leśnej Górze też ktoś rodzi. Ooo, to tak to się robi?  Ok, szybki kurs, notuj!! Albo chociaż zapamiętaj! 
Wraca ojciec w sam raz na punkt kulminacyjny. Zawahał się, ale widzę, że wchodzi dalej w głąb pokoju. "Tak to się robi!  Już umiem ". Nie zareagował. Za to mówi : " Wiesz kogo spotkałem? " . Kurna, ja tu przechodzę szybki kurs, a on sobie jakieś schadzki urządza!!  "Kogo?? " , "Chinkę że szkoły rodzenia!  " . No extra, super. Toż to wiadomość, wprost news dnia!  Co mnie jakaś Chinka!!?? JA TU RODZĘ!!!  Cierpię!  ( chociaż w sumie tak bardzo nie cierpiałam). 

12:00
Dr Piotr ( nie ziemniak, już inny)  mówi, że coś nam słabo idzie i opowiada o jakimś gazie i dobrym humorze. Panie, ja mam wystarczająco dobry humor już, żadnych gazów, dajcie mi rurkę w kręgosłup i po zabawie!!  Po bolesnym grzebaniu na skurczu, błagalnym wzrokiem spoglądam na położną. "Matko Polko to tylko palec dr Piotra, nie ziemniaka, za chwilę przeciśnie się tędy Potomek." NO WŁAŚNIE WIEM!!!! A CZY NIE MÓWIŁAM ŻE CHCĘ RURKĘ !! GDZIE JEST TEN CHOLERNY ANESTEZJOLOG!!!
Decyzja jest taka, że czekamy na postęp. W przeciwnym razie zero rurek. Fuck! Potomku, no skończ łaskawie co zacząłeś!!!  Inaczej mamusia będzie zła.
Wchodzi ojciec. "Wiesz kogo spotkałem???" Noż szlag by to!  Anestezjologa??? Ten to ma zabawę!!  Gdzie on łazi? 
Przerzucam kanał w tv. "Emergency" , poród, extra. Ciekawe czy ona ma rurkę?!
Dają mi piłkę. "Bujaj się! " woła ojciec. No to się bujam. Wpada położna, znów będzie bolało. 

15:00
Juhuuuu!!! Dadzą mi rurkę!!!  Położna też widzę, zadowolona. Może dlatego, że nastraszyłam ją, a mówiłam całkiem poważnie, że bez rurki wstanę i wyjdę i tyle mnie będą widzieć. ;-)

16:00
Anestezjolog z rurką wparowali na salę. Ufff, jestem w domu. Cudownie!!! 
Słyszę, że po 15 minutach będę w raju. Leżę więc, odpoczywam zastanawiając się jak wygląda raj. 

17:00
Raj nastał!! Błogo, cudownie, miło!!  Nagle mój nie zmącony niczym spokój przerywa rozpoczynający się popłoch. Każą mi wstać i iść. No jak to????  Ale mój raj????!!!!  Słyszę : " Na fotel do 101. Rodzimy!! ". Stary zielony... Cudownie! Czyżby znowu jakaś wycieczka ? 

18.10
Podają mi małego, fioletowego Kosmitę, za grosz nie kumającego czaczy!  Jeezuu, co robicie??  Przecież go upuszczę!!!  "A czemu płaczesz? " takie były pierwsze słowa matki Polki do Potomka. Very smart ;-)

04.06.2013r
18:10
Ot i jest!! Siedzi obok mnie. Mały blondas z węgielkami zamiast oczu i irokezem na czubku głowy. Na piersi bodziaka dzierży napis : "Daddy and I agree Mommy is the Boss " . Mój Mały Bohater!! Mój Synek!
Bez Niego życie, choć pewnie lżejsze, to jednak nie miałoby sensu!  Dziecko, teraz mówi matka twa, słuchajże ( to po krakowsku)  : dajesz mi w kość każdego dnia, codziennie dzięki Tobie zasypiam zmęczona tak, jak nigdy w życiu nie bywałam, ale nie zamieniłabym tego na nic innego - tego jestem pewna!!  Dajesz mi radość  i nadajesz  memu życiu sens!  Jesteś najważniejszy! Kocham Cię Potomku!!

niedziela, 26 maja 2013

Dzień Matki

Dzień jak co dzień, ale mimo wszystko :) : najlepsze życzenia dla wszystkich matek Polek!
Matka obchodzi pierwszy raz to zacne święto, niestety Potomek się nie popisał, w nocy marudził, a na dobre wstał o 5.30  :/ Daję mu jednak szansę....może się jeszcze poprawi :-) 

sobota, 25 maja 2013

Cytaty z poradników cz. 1

Matka ma trochę czasu, więc podczytuje ostatnio same mądre książki :)
Oto fragment jednej z nich, który mnie po prostu urzekł :D

"Trzecie Grono Gniewu niech zilustruje smutne świadectwo młodej mamy, którą nazwę Melanie: 

Jeśli mąż jeszcze raz mi powie, że potrzebuje odpocząć, ponieważ "cały dzień harował" , to wyrzucę wszystkie jego ciuchy na trawnik przed domem, dam na luz w jego samochodzie i będę patrzeć , jak toczy się w dół ulicy, a potem sprzedam cały jego bezcenny sprzęt sportowy za dolara na eBayu. A na koniec go zabiję. On na prawdę nic nie rozumie! Jasne, pracował cały dzień, ale z mówiącymi po angielsku , w pełni sprawnymi dorosłymi przyuczonymi do korzystania z ubikacji.
Nie musiał zmieniać im pieluch , kołysać do snu ani wycierać obiadu ze ściany. Nie musiał liczyć do 10,  żeby się uspokoić, ani po raz 303 243 243 oglądać Barneya, ani też sześć razy na dzień wystawiać cyca, żeby nakarmić głodne dziecko. WIEM TEŻ, że nie jadł na obiad kanapki z dżemem i masłem orzechowym. Miał DWIE piętnastominutowe przerwy na "spacer" , godzinę na wyjście do siłowni  i godzinę w pociągu do domu, w czasie której mógł czytać albo drzemać. 
Więc może nie dostaję wypłaty , może cały dzień łażę w dresach, może biorę prysznic raz na 2-3 dni, może cały dzień "bawię się " z dziećmi... I tak napracuję się więcej w ciągu godziny niż on w ciągu całego dnia. Więc weź sobie swoją wypłatę, wsadź ją sobie do banku, a mnie pozwól łaskawie raz w miesiącu pójść zrobić sobie pedicure i nie słyszeć komentarzy w rodzaju <<Jakbyś poszła do pracy, miałabyś własne pieniądze.>> 

Auć ! I - jeśli wolno dodać - bingo. Ostrzegam: jeśli jesteś mężczyzną, ten podrozdział nie będzie dla ciebie przyjemną lekturą. Ale może być najważniejszą rzeczą, jaką przeczytasz w tej książce. " *

Cóż mogę rzec...? Melanie , z ust mi to wyjęłaś ! :-) Gdyby matka wylewała żółć, zacytowałaby zaprzyjaźnioną kobietę i dodała, że obetnie mu jądra zardzewiałą żyletką.

* John Medina "Jak wychować szczęśliwe dziecko. Wszystko , co powinniście wiedzieć o rozwoju waszego malucha. " (2010r)



poniedziałek, 20 maja 2013

Matka cukiernik !

Czemu ja się zawsze wpakuję w coś , w co nie powinnam !!!!!!???
Jak zwykle chciałam znów pokazać swoją polskość w świecie matek i postanowiłam sama, własnoręcznie upiec tort dla mojego kochanego Potomka na roczek, który to odbędzie się niebawem. Oczywiście zadanie potraktowałam bardzo poważnie, przygotowywałam się prawie miesiąc, czytałam o biszkoptach , sposobach na nieopadnięcie, kremach, masach, dekoracjach, barwnikach, smakach, masach plastycznych, obczaiłam chyba wszystkie internetowe sklepy dla cukierników. Zawzięłam się, bo przecież moje dziecko kończy roczek, a więc JA , Matka Polka powinnam własnoręcznie wykonać dla niego tort. Musi on być piękny, smaczny, niepowtarzalny, oryginalny, najlepszy na świecie !
Jakie szczęście, że postanowiłam odpowiednio wcześnie sprawdzić swoje umiejętności cukiernika ! Można chyba zaryzykować stwierdzeniem, że Matka zdolności plastyczne ma ,   co prawda ma też problem z kadrowaniem (o, tak ! tu przypomina mi się pewna bardzo zabawna historia z lat studenckich w czasie praktyk po pierwszym roku, ale muszę ją niestety ominąć, wtajemniczeni będą wiedzieć o co chodzi i obawiam się , że tylko oni będą uważali historię za śmieszną, no cóż.. trzeba by było tam po prostu być ! :P ) ale na szczęście umiejętność kadrowania  w tym przypadku nie była niezbędna. Rozpoczęłam więc przygotowania do before tortu. Przyszły mi barwniki, pisaki dekoracyjne, zakupiłam marshmallows'y , kilogramy cukru pudru, wynalazłam odpowiedni smak tortu, który będzie smakował wszystkim gościom , obejrzałam wszystkie filmiki na youtube, poczułam się "naumiana"  , nagle ozdrowiałam i dziś postanowiłam zabrać się do pracy. Założyłam fartucha ;-) No i wszystko, jak ta ostatnia naiwna, postanowiłam zrobić sama , od początku do końca. Dobrze, że chociaż nie przyszło mi do głowy siać zboże i rozdrabniać jego ziarno na mąkę !

 I dziś już wiem ! NIE, nie zrobię tego mojemu dziecku !!! Zamiast pięknego , wyrośniętego biszkopta wyszedł mi klocek z zapadniętym środkiem. Na pewno jest pyszny, ale no cóż... gdy wszystkie biszkopty stały w kolejce po urodę, on chyba skręcił nie tam gdzie trzeba i zagubił się po drodze. Pomyślałam sobie.. :"a ... co tam.. następnym razem na pewno wyjdzie lepiej!" Ale to niestety nie koniec. Krem wyszedł w sumie nawet niczego sobie. Zobaczyłam światełko w tunelu i postanowiłam dalej brnąć w tą farsę. Największe problemy zaczęły się przy wykonywaniu masy plastycznej. Jest 23, a ja pół kuchni mam w niebieskiej , klejącej się mazi, którą na prawdę ciężko oderwać od tego, do czego się przykleiła. W połowie odklejania mazi od mebli postanowilam wrócić do swych mistrzów w youtube i nagle okazało się, że nie mogę oderwać tego cholerstwa od rąk !!!!!! Pomogła woda, za to mój kran nie jest najszczęśliwszym przedmiotem w kuchni w chwili obecnej,  zmienił barwę na niebieską.. hmm jakby mu się tak przyjrzeć, to nawet mu do twarzy w tej dekoracji. Jak się można domyślić, część masy wylądowała w kanalizacji. Ale nie.. nie poddaję się ! Nie ja ! Przecież najważniejsze, że wykonam ten tort i te cholerne dekoracje sama. Douczyłam się na podstawie filmików jak ogarnąć powstałą kuwetę  i powróciłam do akcji.
Po pewnej chwili masa plastyczna zostala ogarnięta, lekko stwardniała , przyjęła 1,5 kg cukru pudru :P ( w przepisie jest podana troszkę mniejsza wartość :) ) , ale dzięki temu pozwalała się formować. Rozpoczęłam wałkowanie... niestety , ciepło, które się wytworzyło podczas tejże czynności, zepsuło całą moją misternie wykonaną dotychczasową pracę i wałek utonął w niebieskiej masie :/ Z tym też sobie poradziłam, to wszystko dla mojego dziecka, jedynego zresztą. Matki są w stanie zrobić na prawdę wiele :D Opanowałam kryzys i wałkując, wyobrażałam sobie siebie jako super gospodynię domową, piekącą ciasta dla siebie, rodziny i znajomych. Wyobrażałam sobie zachwyt wszystkich gości i dociekliwe pytania, jak to wykonałam, podziw, blichtr i oklaski. W myślach wędrowałam daleko w przyszłość, gdy przyjaciele zlecają mi wykonanie tortów dla swoich pociech, ojców, matek, mężów i żon. Czar prysł, gdy okazało się, że aby masa wylądowała na torcie, należy ją .. odkleić od blatu. No cóż .. za pierwszym razem się nie udało. Za drugim i czwartym też nie. Gdy wałkowałam masę po raz piąty okazało się, że chyba zbytnio stwardniała i już nie daje się tak fantastycznie formować i modelować. Postanowiłam więc dolać odrobinkę wody... Ja cię pierdzielę !!!! To był koszmar. Cała zabawa zaczęła się od nowa. Kleista maź zajęła swoimi mackami kolejne części kuchni...... Masa przyjęła kolejne 1,5 kg cukru pudru, a blat został naoliwiony resztkami oliwy z oliwek. Ale .. uffff... znów udało się ją rozwałkować. Niestety coś z proporcjami się podziało ( nie dziwota!! ) i w momencie kiedy przenosiłam ją na tort po prostu.. się rozpadła ......zaczęłam więc łatać dziury. Myślę sobie : tu troszkę przygniotę, tu naciągnę, tu nadmiar urwę, tam przykleję, będzie git!
 Aha! Siuuuur :D
Zamiast pięknej, delikatnej i gładkiej masy dekorującej tort , wyszła dziurawa płachta niechlujnie rzucona i dosztukowana na siłę. Popatrzyłam na to cudo , łzy stanęły mi w oczach, pocieszałam się, że moje dziecko i tak nie będzie wiedziało o co chodzi,a gościom mogę powiedzieć, że to celowy zabieg. Brnę dalej ? A jakże !!! Teraz kolej na misia . Przezornie, odłożyłam sobie część masy na tę figurkę wcześniej. Zrobiła się fajna, bardzo plastyczna, lekko przyschnięta, extra.. nadzieja wróciła !
Teraz droga Matko Polko musisz pokazać swój talent artystyczny. Wszystko w twoich zręcznych aczkolwiek grabiastych dłoniach. Jeśli miś się uda, to na resztę nie będą patrzeć :)
Lepiłam tego dziada chyba z 10 razy przez godzinę. Tak strasznie się starałam, ale za każdym razem przypominał inne zwierzę , i z pewnością daleko mu było do misia. Ostatecznie wyszedł jakiś przygrubawy prosiak .. niebieski ( dla niepoznaki rzecz jasna), z wielkim ryjem, mięśniem piwnym, wyłupiastymi oczami i przykrótkimi kończynami. Posadziłam gościa jednak na środku tegoż fantastycznego ciasta i.. zapomniałam, że pod spodem środek jest zapadnięty, tak więc dupa prosiaka zapadła się razem z wcześniej położona masą plastyczną we wspomnianą część ciasta i ugrzęzła . Wtedy wybuchłam śmiechem, bo cóż innego mi pozostało. Mój misterny plan nie wypalił. Nie mogę tego zrobić mojemu Potomkowi ! Zasługuje zdecydowanie na coś lepszego ! :) Na sam koniec przyszedł Ojciec, włożył prosiakowi w łapę wykałaczkę, urwał trochę plastycznej masy i wyciął z niej chorągiewkę, a do ust wsadził wymodelowaną fajkę. Potomku, moje dziecko kochane, mamusia przeprasza !!!!! Na szczęście nigdy tego paskudztwa nie zobaczysz, a tym bardziej nie zapamiętasz. Mamusia napisała już do pani, która specjalizuje się w tortach artystycznych, będziesz mieć najpiękniejszy tort pod słońcem ! Obiecuję ! :)

A teraz niech ktoś mi powie, jak ogarnąć ten syf w kuchni ?!
( może będzie na youtube :P  )

Matko Polko ODDAJ FARTUCHA !!!!

:( 

niedziela, 19 maja 2013

Prątkujemy :-/

Okrutny tydzień...  W środę w nocy Potomek wykazywał początkowe objawy jakiegoś choróbska, we czwartek okazało się,  że gile lecą z nosa jak nutki ;-) piątek był zatem dramatyczny, nic Potomkowi nie pasowało, ani jedzenie, ani spacerki, ani zabawy, nawet zbawienna niekiedy bajeczka "Uki " nie pomagała.  Przylepił się do matki na dobre i postanowił nie puszczać. Niepożądanym skutkiem tegoż przylepienia okazało się choróbsko matki, które ujawniło się już w sobotę rano, a dzisiejszego dnia rano osiągnęło apogeum. Mój Boże.... Nie pamiętam kiedy czułam się tak strasznie. Temperaturę miałam ostatnim razem po porodzie, czyli rok temu, więc odzwyczailam się od tego fantastycznego uczucia. Na szczęście Ojciec się zlitował i pojechał po obiad, gorący rosół postawił matkę na nogi. Czuję, że to coś co jeszcze we mnie stacjonuje nie odpuści zbyt szybko :-( przysięgam że następnym razem albo zalożę Potomkowi papierową torbę na głowę,  żeby nie prątkował,  albo sama będę chodzić w kostiumie kosmonauty. Na dodatek zero litości z jego strony ;-) od rana myślę czego się nałykać, żeby jutro jakoś funkcjonować. Trzymajcie kciuki ;-)

sobota, 18 maja 2013

Matka

Matka się przebadała ostatnio pod kątem wszelkich alergii ( no prawie, jeszcze zostały do zrobienia testy skórne na pleśnie i grzyby oraz ewentualnie pokarmówka). No i wyszło szydło z worka. Ma uczulenie na roztocza... kontaktowo i wziewnie, a także pallad, propolis, nikiel i kobalt.... Brzmi groźnie! ;-) Matka dostała rozpiskę co ma zrobić, żeby wypędzić roztocza oraz jak żyć, żeby skóra ją nie swędziała. Ciężka sprawa... Ponoć trzeba wyrzucić metalowe garnki , porcelanę, barwione szkło, dywany, zasłony, koce, kapy , do tego nie spożywać produktów z puszek, marchewki, ziemniaków, sałaty, szpinaku, orzechów, pomidorów, wody z kranu ( lol!!), kakao, czekolady, herbaty, wina, piwa ( buuuuuuuu.. :( ), fasoli, grochu, śledzi, ostryg, grzybów, cebuli, rabarbaru, kukurydzy, szparagów. Nie dodawać proszku do pieczenia i nie używać grubo mielonej mąki. Ponadto sugerują matce nie kontaktowanie się z : zegarkami, kluczami, guzikami, suwakami, pierścionkami, narzędziami ( oo.. to lubię ! może wreszcie Ojciec sam będzie wbijał gwoździe , i tak matce to nigdy nie wychodziło, mimo dość sporych zdolności manualnych), kolczykami, kluczami, płytkami ortopedycznymi, brzytwami, maszynkami do golenia... ( hmmm.... świetnie, niech Ojciec pomyśli nad zasponsorowaniem laserowej depilacji), oprawkami do okularów zawierającymi nikiel, naczyniami kuchennymi (WTF?!). Matka pyta więc jak żyć ?!Trochę się bowiem pogubiła...Pozostaje jej chyba izolatka , jedzenie w plastikach i picie odżywek w proszku :)W sumie... może trochę schudnie .. (?!)
A co u Potomka ? No jak zwykle.. matka ma pełne ręce roboty, a on postanowił się rozchorować. Także nocki znów mamy z głowy :(

czwartek, 9 maja 2013

Co u nas?

Dawno matka nie pisała.... Dzięki Bogu za Androida i jego aplikację, dziś została zainstalowana na telefonie, być może  matka będzie miała łatwiej z pisaniem bloga ;-)
Sporo się wydarzyło. Ale od początku.
Plan Naprawczy zadziałał!!  Nie zapeszając, wygląda na to,iż Potomek ogarnął się w kwestii nocnego snu i jeśli czasem zdarzy mu się jakiś nocny wybryk to jest to po prostu wypadek przy pracy. Zmniejszyły nam się także pod względem czasowym dzienne drzemki. Potomek wszedł chyba w ten dziwny okres, gdy jedna drzemka to za mało, a dwie za dużo. Nie jest łatwo ;-) ale czy kiedyś było?? 
Dni z dwiema drzemkami skutkują pobudką o 5 rano w dniu następnym, jeśli zaś matka chce pospać do 6-6.30 musi przecierpieć swoje i przetrzymać Potomka w ciągu dnia i położyć tylko raz jedyny spać. Często wybieram wyjście nr 1, ponieważ niewyspany Potomek jest jak głodny Polak - wiecznie wkurzony, sfrustrowany i ze wszystkiego niezadowolony.... To ja podziękuję.... Wolę spać godzinę krócej niż przez 12 słuchać wycia, skomlenia i bawić pomiot szatana.
Ponadto Potomek postawił swoje pierwsze kroki, a zdarzyło się to 3 maja. Jednocześnie okazało się, że niezły z niego cykor, samodzielnie pójdzie tylko wtedy gdy trzyma coś w rączkach. Pewnie wydaje mu się wówczas,  że czegoś się podtrzymuje. Dobre i to na początek.
Skończyły się też czasy stoicko spokojnych spacerów, teraz spacery matkę męczą,  a kiedyś wypoczywała kontemplując uroki krakowskiej smogowej przyrody, obecnie smogowa aura jest nadal ale już brak czasu i sposobności na jej kontemplację, gdyż Potomek niezbyt lubi spokojną jazdę wózkiem, hasło " nie spać, zwiedzać " pasuje do niego jak ulał. Prawdę powiedziawszy matkę to cieszy, okazało się bowiem, że ma bardzo towarzyskie i ciekawe świata  dziecko, ale czeka z niecierpliwością kiedy samo będzie mogło podejść do kolegi lub pozjeżdża samodzielnie ze zjezdżalni. Chwilę jeszcze poczeka ;-)