Zachowanie Potomka z dnia na dzień było coraz lepsze, piszę tutaj o zachowaniu dziecka, które jest chore na kandydozę. Mam na myśli takie kwestie jak nadmierne pobudzenie, rozdrażnienie, ciąg do słodkiego, białego pieczywa, mleka. Powoli, powoli zaczęło to wszystko zanikać i matka aż klaskała uszami ze szczęścia. Tak ładnie żarło, no i zdechło....Bowiem w piątek wieczorem u Potomiastego pojawiła się temperatura. Jaka? Nie wiem. Byliśmy u Babci i nie mieli odpowiedniego termometru. Nie miałam też leków, więc zbijałam w nocy gorączkę okładami i mokrymi skarpetami zakładanymi na nóżki. Swoją drogą polecam. Rewelka, nigdy nie próbowałam, bo zawsze miałam pod ręką Nurofen :) Jest to uciążliwe, bo nocka z głowy, ale wystarczyła godzina i temperatura poszła w siną dal.
W sobotę Ojciec Potomka przywiózł termometr, ja zakupiłam też leki. Niby te wszystkie nurofeno-ibumy nie mają czystego cukru w składzie, ale były tam takie składniki o których nie miałam pojęcia - i pani w aptece chyba też nie , bo gdy pytałam "A to co znaczy?" odpowiadała :"hmm.. to chyba nie cukier" :)
W każdym razie, gdy temperatura przekroczyła 38 stopni lub gdy przy stanie podgorączkowym Potomek był dętką podawałam lek. Mogłam zbijać skarpetami, no mogłam. Ale uznałam, że ibuprofen jest przeciwzapalny, zatem w naszym przypadku z pewnością nie zaszkodzi. W sumie podałam dwie dawki. Niedziela była już dla nas i poza wisielczym humorem i brakiem apetytu nic Potomkowi nie dolegało. Od poniedziałku, gdy apetyt był większy , futrowałam go kaszą jaglaną, cynamonem, olejem kokosowym, cebulą i czosnkiem plus ksylitol i olejek z oregano dla zabicia ewentualnego wzrostu grzyba, co przy lekach z niewiadomym składem i marnym jedzeniu było raczej pewne, że nastąpi.
Tak ładnie żarło i.... no zdechło. Zdechło jak cholera, bo w środę po południu zaczął koleś pokasływać. <mur> <mur> <mur>, a w nocy pokazywał, że go boli gardło.... 3 dni przerwy, ciszy przed burzą, nie wiadomo skąd przyszło, niby szybko poszło, i na jasną cholerę zawróciło ? Najgorsze w tym wszystkim jest to, że gdyby zapadł wyrok podania antybiotyku, to cała nasza 6 tygodniowa praca poszłaby w błoto.
Zatem w te pędy najpierw do dietetyczki, potem do lekarki. Koniec końców okazało się, że na leczenie zupełnie naturalne jest już lekko za późno i trzeba było zacząć to wtedy, gdy spadła odporność, czyli przy pierwszych objawach z temperaturą na czele. Ale nie jest źle, bo w sumie osłuchowo jest gites, wszystko siedzi "u góry", jest infekcja gardła, krtani, nochala, generalnie górnych dróg oddechowych. Zalecono kontynuowanie nebulizacji ( zaczęłam sama , gdy zobaczyłam co się kroi) i syrop dla diabetyków + dieta. Z syropu zrezygnowałam, zrobiłam gościowi syrop homemade z cebuli, goździków i ksylitolu, z odrobiną miodu ( po czym przypomniałam sobie, że miodu nie może :) ). Do tego zgodnie z zaleceniami dietetyczki ograniczyłam ponownie owoce, poza sokiem 100% z malin i z dzikiej róży, wzbogacony dodatkowo witaminą C, na bezglucie i bezcukrze już jesteśmy, więc nie ma co ograniczać. Bezmleczna dieta również panuje, więc to też mamy z głowy. Potomek codziennie popija zioło :) ( miks prawoślazu, bzu i lipy) i na razie na czas infekcji zostajemy przy olejku z oregano i żywności przeciwzapalnej i przeciwbakteryjnej.
Sama zadecydowałam, że zasuplementuję acerolę.
Probiotyk oczywiście idzie pełną parą, co najlepsze.. okazało się, że ten, który brał do tej pory zawiera składniki mleczne !! Nie zauważyłam drobnego druczku czytając skład - klasyk. Wymieniliśmy go na Solgar.
Ale nic to.. z dnia na dzień jest coraz lepiej. Może nie zdechnie do końca :) Trzymajcie kciuki !!
Następnym razem od razu przy pierwszych objawach będę jechać z koksem ( naturalnym) bez zastanawiania się czy to już ten moment, czy może jeszcze poczekać - nie wiem na co zresztą :)
No i koniecznie muszę się zaopatrzyć , szczególnie na zimę, w domowe przetwory z malin. Matką wariatką jestem dopiero od 6 tygodni, więc malin bez cukru u mnie w spiżarce nie znajdziecie. Ale własnie rozpoczynam produkcję konfitur truskawkowych, naturalnych, bez cukru i żelfiksów, więc przyjdzie i czas na maliny , potem borówki, jabłka... Będzie się działo !
Żałuję, że przegapiłam etap chwastów ;-) Mogłabym wykorzystać jeszcze mniszek czy bez. Trudno. Next time! <tylko w sumie, nie wiem czy krakowskie , smożaste bzy, mniszki i inne kleszcze, są najodpowiedniejszym chwastem leczniczym :) >
Robicie własne przetwory ?? Ja nigdy nie czułam takiej potrzeby. Szczytem szczytów było dla mnie zrobienie własnej mąki z kasz, ryżu czy innych ziaren/nasion. Dopiero 2 tygodnie temu dowiedziałam się jak się kisi domowe ogórki. Czasem pomagałam mamie, ale raczej moja pomoc ograniczała się do wpychania tego i owego tu i ówdzie :) Wstyd i hańba NIE GODNA prawdziwej matki polki . Czas się biczować, nie ma co :)
Może zarzucicie jakimiś swoimi pomysłami, co by matka po nocach w necie nie ślęczała szukając tych najbardziej odpowiednich :)
piątek, 27 czerwca 2014
niedziela, 22 czerwca 2014
Mleko Jaglane
Jak obiecałam, tak czynię :)
Dziś pokażę Wam przepis na moje ulubione, lecznicze mleko jaglane.
Muszę się przyznać do jednej rzeczy : bardzo lubię mleko krowie, mogę je pijać litrami. Odkąd jednak wyedukowałam się w kwestii żywienia, staram się nie przesadzać z jego ilością. Stosuję w zasadzie tylko do kawy, ponieważ do tej pory nie odnalazłam dobrego zastępnika. Prawda jest taka - do smaku mlek roślinnych trzeba się chyba najnormalniej w świecie przyzwyczaić , a potem polubić :). Mnie to zajęło jakieś 2 miesiące, długo szukałam mojego ulubionego mleka roślinnego i w końcu ten smak odnalazłam, metodą prób i błędów udało mi się stworzyć mleko dla mnie idealne w smaku, a dla Potomka idealne pod względem zdrowotnym. Co ciekawe, nie spodziewałam się, że będzie to mleko jaglane, raczej stawiałam na kokosowe. No i proszę: NIESPODZIANKA!!
Muszę się przyznać do jednej rzeczy : bardzo lubię mleko krowie, mogę je pijać litrami. Odkąd jednak wyedukowałam się w kwestii żywienia, staram się nie przesadzać z jego ilością. Stosuję w zasadzie tylko do kawy, ponieważ do tej pory nie odnalazłam dobrego zastępnika. Prawda jest taka - do smaku mlek roślinnych trzeba się chyba najnormalniej w świecie przyzwyczaić , a potem polubić :). Mnie to zajęło jakieś 2 miesiące, długo szukałam mojego ulubionego mleka roślinnego i w końcu ten smak odnalazłam, metodą prób i błędów udało mi się stworzyć mleko dla mnie idealne w smaku, a dla Potomka idealne pod względem zdrowotnym. Co ciekawe, nie spodziewałam się, że będzie to mleko jaglane, raczej stawiałam na kokosowe. No i proszę: NIESPODZIANKA!!
No to jedziemy! :)
Składniki :
200g ugotowanej kaszy jaglanej ( czyli 1 szklanka)
600 g wody (przegotowanej lub źródlanej) (tj.600ml)
1 kopiasta łyżeczka ksylitolu
1 łyżeczka oleju kokosowego nierafinowanego
1/2 łyżeczki cynamonu
Wykonanie w TM31:
Do naczynia miksującego wrzucam ugotowaną kaszę jaglaną i zalewam wodą. Podgrzewam 2min/100C/obr.2 . Następnie miksuję 1min/obr.10 . Dodaję pozostałe składniki , miksuję 1min/obr.10.
GOTOWE!! :)
Przecedzam przez gęste sitko i przelewam do butelki. Na sitku w zasadzie niewiele zostaje, więc można pominąć ten etap. Studzę, chowam do lodówki. Przechowuję nie dłużej niż 2 dni,a i tak zazwyczaj schodzi w jeden dzień.
Mleko jest gęste, koktajlowe. Używam przede wszystkim do porannych owsianek bezglutenowych, ale i jako podstawę do koktajli i innych potraw, czy w ramach podwieczorku dla Potomka. Sama uwielbiam je pić na ciepło. Wszystkie składniki użyte w tym mleku są idealne dla diety przy kandydozie. Cynamon, ksylitol i olej kokosowy zabijają Candida albicans i hamują jego rozrost. Kasza jaglana zawiera mało skrobi, zatem mimo wysokiego IG nie karmi grzyba, a jej inne pro zdrowotne właściwości działają tylko i wyłącznie na korzyść pacjenta :) Serdecznie polecam :)
Zamiast ksylitolu można użyć dowolnego słodu lub zmiksować 1 owoc suszonego daktyla. Ja daktyli używam bardzo sporadycznie, ponieważ Potomkowi nie wolno spożywać suszonych owoców.
Składniki można dowolnie wymieniać. Zamiast cynamonu można użyć ziaren z laski wanilii i mamy mleko waniliowe. Gdy doda się 1 łyżeczkę karobu powstanie nam mleko czekoladowe.
Wykonanie standardowe:
Szklankę ugotowanej kaszy jaglanej podgrzać w garnku z odmierzoną wodą. Przelać do naczynia miksującego lub użyć blendera ręcznego by zmiksować dokładnie kaszę jaglaną, na tyle na ile starczy nam cierpliwości i sił :) Dodać pozostałe składniki, krotko zmiksować w celu połączenia. Przelać przez sitko wyłożone gazą lub pieluchą tetrową, odcisnąć powstałą na gazie pulpę. Można przelewać przez samo sitko, mleko wówczas jest bardziej zawiesiste. Przelać do butelki, wystudzić i szamać :)
Jeżeli użyjecie daktyli, trzeba je dzień wcześniej namoczyć w szklance wody.
poniedziałek, 16 czerwca 2014
Wygrana w TOTKA!

Tak się własnie czuję !!
Zupełnie jakbym wygrała parę tysiaków!
Wystarczył bowiem tydzień, by Potomek odpieluchował się niemal całkowicie.
JESTEM DUMNA!!!!!
Nie z siebie ;-) Z mojego Synka !! :)
Zużywamy do dwóch pieluszek na dobę, głównie na czas drzemki. Nie mam jeszcze odwagi położyć Potomka bez "wsparcia" z ceraty, bo za nami dopiero kilka dni treningu i uznałam, że dam mu jeszcze czas.
Czasami, gdy jestem zajęta lub wychodzimy gdzieś dalej, zakładam Potomiastemu pampka. Ale moje inteligentne i nadzwyczaj mądre dziecko ( ma to po mamusi , nie ma co ukrywać), mimo założonej ceraty informuje, że "to już czas" .
Jest próżny ! Również wiem po kim :D
Wystarczyło po namówieniu go do skorzystania z nocnika i złapaniu pierwszej cieczy odstawić szalony taniec radości, z oklaskami, splendorem i telefonicznym poinformowaniem połowy rodziny, aby następnym razem sam "zawołał"! Borys nie mówi ani "SI" ani nic innego. Po prostu podbiega do mnie, wołając "mama, mama" głosem pełnym radości, i pokazuje na swe męskie przyrodzenie, a matka już wie, że "coś się dzieje" :)
Najciekawiej było w sobotę, podczas imprezy urodzinowej, kiedy biegał w pampersie, bo wiadomo, tłok , szum, zbyt wiele na raz, odświętny strój ( no dobra, to był najważniejszy powód :) ), myślalam, że nie ogarnę kuwety ( dosłownie i w przenośni) i dla bezpiczeństwa założymy ceratę. Potomiasty zaś postanowił sie pochwalić rodzinie i przez caly dzień zalatwiał sie tylko do nocniczka, mimo zalożonej pieluszki.
Pierwsza dwójka była robiona w samotności, w łazience. Ale niezwłocznie po dokonaniu tejże czynności Potomek domagał się publicznego splendoru, zatem wszyscy goście bili brawo, dawali buziaki i niemalże odtańczyli taniec szczęścia.
Dlatego też,kolejna dwójeczka ( agar z żelków go czyścil :) za dużo pochłonął) musiała odbyć się przy otwartych drzwiach ! Wszyscy mieli tę niewątpliwą przyjemność widzieć i czuć jak Potomiasty wali kloca!!!
Niezapomniane wrażenia!!! Mówię Wam ! :D
Pozdrawiam Gości ! I dziękuję za wyrozumiałość ! :)
Urodziny udały się znakomicie.
Potomek otrzymał od Dziadka tort tematycznie związany ze Strażakiem Samem, jego ukochaną postacią z bajek. W sumie nie zna ich jakoś specjalnie dużo, na tapecie jest też krecik i Uki, ale strażak Sam zdecydowanie należy do jego Super Heroes !
Upodobał sobie w szczególności figurkę, nie wiedział, że jest do jedzenia , przytulal ją i glaskal, a gdy odpadła główka i rączki ( zbyt mocno ją przytulił :P )niezwłocznie przystąpił do ratowania bohatera :)
Ubaw po pachy !! czekałam na moment kiedy zacznie wykonywać resuscytację krążeniowo oddechową!
Na sam koniec postanowił wykąpać się ze strażakiem .....
Nie pytajcie :)
Tort wykonany został przez cudowną Izę ze Sweetsland !!
Początkowo miał być nawet bezglutenowy i bezmleczny! Iza podniosła rękawicę. Ale w ostateczności, gdy wyszło uczulenie na jajko i orzechy, uznałam, że Potomek dostanie po prostu inny kawałek dozwolonego ciasta, a goście zjedzą "normalny" tort ! :)
Dziękujemy ! I mocno polecamy ! :)
niedziela, 8 czerwca 2014
ZONKKK
Drugie urodziny już za nami. Matka szybciutko zrobiła podsumowanie, które przedstawia się następująco:
- umiejętne przesuwanie palcem po ekranie telefonu z ekranem dotykowym, odszukanie skrzętnie ukrytego folderu z ikonka yt, włączenie sobie ulubionej bajki z historii oglądania KONTRA lanie bez opamiętania w gacie!
- włączenie odpowiedniego kanału z bajkami w tunerze tv KONTRA zasypianie ze smoczkiem i mamusino - tatusiną ręką :)
więcej grzechów nie pamietam, ale za te powyższe serdecznie żałuję.
Od 3 dni dzieć chodzi bez pieluszki ( poza drzemkami i wybiórczo spacerami, jeśli oddalamy się np do jakiegoś sklepu, gdzie nie bardzo wiem jak miałabym go przewinąć, albo dość daleko od domu, me plecy , stare i sponiewierane nie udźwigną walizki ubrań a z torbą na kółkach nie będę paradować :) ). Szczerze powiem, że wymiękam i liczę na to, że niania ogarnie temat! 3 dni pełnego zajmowania się tematem, 3 dni prania , suszenia, 3 dni przekonywania do nocnika, a nawet świeżo zakupionej nakładki, dziesiątki zamoczonych spodenek, kilkadziesiąt plam na dywanie, w końcu - zasikana kanapa i krzesło - a ON nadal nie czai do czego służy nocnik. Ja wiem.. można parsknąć śmiechem... 3 dni i takie wymagania :D Ale LUDU.... Potomek nie robi sobie nic z zasiuranych majtek !! Owszem, pierwszego dnia tak się biedny zestresował, że nie sikał przez pół dnia, i za Chiny Ludowe nie dał się przekonać, że sikanie bez pieluszki to nie jest nic złego. A gdy drugiego dnia to do niego dotarło to już nie miał kompletnie skrupułów ... leje gdzie popadnie, bez względu na okoliczności :) I to zazwyczaj wtedy, kiedy z konieczności muszę spuścić z niego oko na 2 sekundy. Przychodzi potem łaskawie poinformować mnie, że o tam jest kałuża i biegnie dalej <MUR>
Próbujemy wszelkich metod. Obserwuję gościa, wiem kiedy następuje godzina "zero", wiem, że największy strumień leci około 10 minut po przebudzeniu i 10 minut po posiłku czy piciu, ale nie daję sobie rady z tym, żeby się wysikał tam gdzie "trza". Siada na minutę , dwie na nocniku ( nakładka jednak nie podeszła, sikanie na stojąco do sedesu też odpada), odsiedzi, wstaje - leje prostym sikiem na dywan ! Ba! On nawet nieźle trzyma mocz! Będzie wiercił się na nocniku i zachowywał tak , że gołym okiem nawet laik zauważy, iż dzieć ma parcie na szkło, ale zepnie się, postanowi wstać i odleje tam gdzie akuratnie ma ochotę w danej chwili. Dziś posunęłam się także do zamknięcia naszej dwójki w łazience na klucz ( inaczej podciąga gacie i zwiewa ledwie wyrabiając na zakręcie), puściłam wodę, i patrzę co się będzie działo. Niestety, zamiast ochoty do zalatwienia się ( a było to już wg matki odpowiednia pora) Potomek nabrał chęci na kąpiele...... <MUR>.
Niestety , o tej porze kolej przypadła na matkę, zatem po 10 minutach napełniania ciurkiem wanny Piskle zostało odesłane do Ojca. Prezentu w nocniku brak, o czym poinformowałam głowę rodziny, co by miał na względzie. Nie minęły 3 minuty, słyszę przez drzwi :
- "Nie wiesz gdzie mam czyste spodnie?"
- ( klasyk) "w szafce?"
- "A gdzie są jakieś ścierki suche?"
OHO!!!!! Got ya!!!! -"A co się stało ?" Przecież wiem :P
-"No jak to co???! Zalał siebie, mnie, kanapę, dywan i chyba nawet sąsiada z dołu......" rozpacz w głosie Ojca wręcz chwytała za serce! :D
Ale tak na poważnie... wyglądałoby , tak na pierwszy rzut oka, że boi się nocnika. Ale nie! Moim zdaniem nie boi się, ubłagany siada i jak już tego dokona to nawet przy włączonej bajce ( tylko wtedy) potrafi posiedzieć około 5 minut . Nigdy nie lubił siadać na tym sprzęcie. Próbowaliśmy go przyzwyczajać już jako 8 miesięcznego berbecia i też było podobnie. Nie chciał. Nie zmuszałam, schowałam nocnik do szafy. Ale nie mogę go chować do 18tki na Boga :) Przyszedł czas na zmiany! Rewolucja rozpoczęta!
Macie jakieś pomysły co tu zrobić ? Jak przekonać Potomka do sikania do nocnika czy muszli ? Chętnie przyjmę wszelkie sensowne rady, bo serio nie wiem jak to długo ma trwać ! Wydawało mi się, że dwulatek dość szybko załapie już o co chodzi....
- umiejętne przesuwanie palcem po ekranie telefonu z ekranem dotykowym, odszukanie skrzętnie ukrytego folderu z ikonka yt, włączenie sobie ulubionej bajki z historii oglądania KONTRA lanie bez opamiętania w gacie!
- włączenie odpowiedniego kanału z bajkami w tunerze tv KONTRA zasypianie ze smoczkiem i mamusino - tatusiną ręką :)
więcej grzechów nie pamietam, ale za te powyższe serdecznie żałuję.
Od 3 dni dzieć chodzi bez pieluszki ( poza drzemkami i wybiórczo spacerami, jeśli oddalamy się np do jakiegoś sklepu, gdzie nie bardzo wiem jak miałabym go przewinąć, albo dość daleko od domu, me plecy , stare i sponiewierane nie udźwigną walizki ubrań a z torbą na kółkach nie będę paradować :) ). Szczerze powiem, że wymiękam i liczę na to, że niania ogarnie temat! 3 dni pełnego zajmowania się tematem, 3 dni prania , suszenia, 3 dni przekonywania do nocnika, a nawet świeżo zakupionej nakładki, dziesiątki zamoczonych spodenek, kilkadziesiąt plam na dywanie, w końcu - zasikana kanapa i krzesło - a ON nadal nie czai do czego służy nocnik. Ja wiem.. można parsknąć śmiechem... 3 dni i takie wymagania :D Ale LUDU.... Potomek nie robi sobie nic z zasiuranych majtek !! Owszem, pierwszego dnia tak się biedny zestresował, że nie sikał przez pół dnia, i za Chiny Ludowe nie dał się przekonać, że sikanie bez pieluszki to nie jest nic złego. A gdy drugiego dnia to do niego dotarło to już nie miał kompletnie skrupułów ... leje gdzie popadnie, bez względu na okoliczności :) I to zazwyczaj wtedy, kiedy z konieczności muszę spuścić z niego oko na 2 sekundy. Przychodzi potem łaskawie poinformować mnie, że o tam jest kałuża i biegnie dalej <MUR>
Próbujemy wszelkich metod. Obserwuję gościa, wiem kiedy następuje godzina "zero", wiem, że największy strumień leci około 10 minut po przebudzeniu i 10 minut po posiłku czy piciu, ale nie daję sobie rady z tym, żeby się wysikał tam gdzie "trza". Siada na minutę , dwie na nocniku ( nakładka jednak nie podeszła, sikanie na stojąco do sedesu też odpada), odsiedzi, wstaje - leje prostym sikiem na dywan ! Ba! On nawet nieźle trzyma mocz! Będzie wiercił się na nocniku i zachowywał tak , że gołym okiem nawet laik zauważy, iż dzieć ma parcie na szkło, ale zepnie się, postanowi wstać i odleje tam gdzie akuratnie ma ochotę w danej chwili. Dziś posunęłam się także do zamknięcia naszej dwójki w łazience na klucz ( inaczej podciąga gacie i zwiewa ledwie wyrabiając na zakręcie), puściłam wodę, i patrzę co się będzie działo. Niestety, zamiast ochoty do zalatwienia się ( a było to już wg matki odpowiednia pora) Potomek nabrał chęci na kąpiele...... <MUR>.
Niestety , o tej porze kolej przypadła na matkę, zatem po 10 minutach napełniania ciurkiem wanny Piskle zostało odesłane do Ojca. Prezentu w nocniku brak, o czym poinformowałam głowę rodziny, co by miał na względzie. Nie minęły 3 minuty, słyszę przez drzwi :
- "Nie wiesz gdzie mam czyste spodnie?"
- ( klasyk) "w szafce?"
- "A gdzie są jakieś ścierki suche?"
OHO!!!!! Got ya!!!! -"A co się stało ?" Przecież wiem :P
-"No jak to co???! Zalał siebie, mnie, kanapę, dywan i chyba nawet sąsiada z dołu......" rozpacz w głosie Ojca wręcz chwytała za serce! :D
Ale tak na poważnie... wyglądałoby , tak na pierwszy rzut oka, że boi się nocnika. Ale nie! Moim zdaniem nie boi się, ubłagany siada i jak już tego dokona to nawet przy włączonej bajce ( tylko wtedy) potrafi posiedzieć około 5 minut . Nigdy nie lubił siadać na tym sprzęcie. Próbowaliśmy go przyzwyczajać już jako 8 miesięcznego berbecia i też było podobnie. Nie chciał. Nie zmuszałam, schowałam nocnik do szafy. Ale nie mogę go chować do 18tki na Boga :) Przyszedł czas na zmiany! Rewolucja rozpoczęta!
Macie jakieś pomysły co tu zrobić ? Jak przekonać Potomka do sikania do nocnika czy muszli ? Chętnie przyjmę wszelkie sensowne rady, bo serio nie wiem jak to długo ma trwać ! Wydawało mi się, że dwulatek dość szybko załapie już o co chodzi....
A tu :
piątek, 30 maja 2014
Klub dwulatka
Matka postanowiła sprawdzić czy jej dzieć da radę ! :)
Początkowo nie był kompletnie zainteresowany tym, co działo się na zajęciach, patrzył z miną nietęgą i pewnie myślał :"Zwariowałaś Matka!!! Popatrz na nich, to jakieś małe świrki!"
Zniesmaczony postanowił odwrócić się tyłem do dzieci i nie bawić się w "witanie grupy". Sam też nie chciał być przywitany, nie i już !!
Po kilkunastu minutach odzyskał humor, bowiem dzieci zaczęły się bawić w "starego niedźwiedzia" . Nie wiem, czy dlatego, że ja się z nim czasami w to bawię ( zgadnijcie kto jest starym niedźwiedziem) , czy dlatego, że w pewnej fazie tej zabawy można bezkarnie pobiegać... W każdym razie .. zaskoczył :)
Potem nie trzeba go było namawiać na integrację z grupą, ponieważ był czas na wybór i wykonanie własnego zadania na ćwiczeniach. Czyli zabawa poprzez edukację ;-) Coś co Matka lubi najbardziej.
Zaczerpnęłam tyle inspiracji , że już nie mogę się doczekać, aby Wam pokazać jak łatwo i co najważniejsze TANIO można zająć Potomka na co najmniej 30 minut. :) O tym w przyszłym tygodniu.
Kolejnym etapem było żarcie i tu też nie trzeba było zmuszać Potomka do współpracy.
Matka była dumna. Dzieci przyniosły jako posiłek owoce i chrupki, a on miał jedynie placki jaglane :) Swoją drogą bardzo dobre. Jednak duma rozparła mnie po brzegi widząc, że nie sięga dzieciom do talerzy po ulubione owoce i inne łakocie. Zapach kurkumy z placków Potomkowych rozszedł się po sali, aż dzieciaki pytały "co tak pięknie pachnie?" :) Matka urosła w dumę po raz drugi. Niestety Potomek nie zechciał poczęstować swoich kolegów śniadaniem .. no coż.. nikt nie jest idealny, jeszcze to dopracujemy . W sumie to nawet siię nie dziwię, bo były pyszne.
Potem było już z górki. Myślę, że mogłabym spokojnie wyjść z sali ( byłam jedyną mamą na sali, reszta czekała w poczekalni).
Zajęcia trwały 1,5 godziny. Można przychodzić dwa razy w tygodniu, ale my będziemy chodzić raz, bo jedne zajęcia pokrywają nam się z logopedą.
Jutro przed nami wielkie wyzwanie. Impreza weselna. Normalnie Matka by skakała pod niebiosa, impreza, alkohol ;-) , rodzina, te sprawy. No ale.. gościem będzie też Potomiasty. Strach się bać, co gwiźnie ze stołu gdy go tylko spuścimy z oka. W każdym razie zabieramy własne żarcie, może damy radę. Trzymajcie kciukasy!!!
Początkowo nie był kompletnie zainteresowany tym, co działo się na zajęciach, patrzył z miną nietęgą i pewnie myślał :"Zwariowałaś Matka!!! Popatrz na nich, to jakieś małe świrki!"
Zniesmaczony postanowił odwrócić się tyłem do dzieci i nie bawić się w "witanie grupy". Sam też nie chciał być przywitany, nie i już !!
Po kilkunastu minutach odzyskał humor, bowiem dzieci zaczęły się bawić w "starego niedźwiedzia" . Nie wiem, czy dlatego, że ja się z nim czasami w to bawię ( zgadnijcie kto jest starym niedźwiedziem) , czy dlatego, że w pewnej fazie tej zabawy można bezkarnie pobiegać... W każdym razie .. zaskoczył :)
Potem nie trzeba go było namawiać na integrację z grupą, ponieważ był czas na wybór i wykonanie własnego zadania na ćwiczeniach. Czyli zabawa poprzez edukację ;-) Coś co Matka lubi najbardziej.
Zaczerpnęłam tyle inspiracji , że już nie mogę się doczekać, aby Wam pokazać jak łatwo i co najważniejsze TANIO można zająć Potomka na co najmniej 30 minut. :) O tym w przyszłym tygodniu.
Kolejnym etapem było żarcie i tu też nie trzeba było zmuszać Potomka do współpracy.
Matka była dumna. Dzieci przyniosły jako posiłek owoce i chrupki, a on miał jedynie placki jaglane :) Swoją drogą bardzo dobre. Jednak duma rozparła mnie po brzegi widząc, że nie sięga dzieciom do talerzy po ulubione owoce i inne łakocie. Zapach kurkumy z placków Potomkowych rozszedł się po sali, aż dzieciaki pytały "co tak pięknie pachnie?" :) Matka urosła w dumę po raz drugi. Niestety Potomek nie zechciał poczęstować swoich kolegów śniadaniem .. no coż.. nikt nie jest idealny, jeszcze to dopracujemy . W sumie to nawet siię nie dziwię, bo były pyszne.
Potem było już z górki. Myślę, że mogłabym spokojnie wyjść z sali ( byłam jedyną mamą na sali, reszta czekała w poczekalni).
Zajęcia trwały 1,5 godziny. Można przychodzić dwa razy w tygodniu, ale my będziemy chodzić raz, bo jedne zajęcia pokrywają nam się z logopedą.
Jutro przed nami wielkie wyzwanie. Impreza weselna. Normalnie Matka by skakała pod niebiosa, impreza, alkohol ;-) , rodzina, te sprawy. No ale.. gościem będzie też Potomiasty. Strach się bać, co gwiźnie ze stołu gdy go tylko spuścimy z oka. W każdym razie zabieramy własne żarcie, może damy radę. Trzymajcie kciukasy!!!
niedziela, 25 maja 2014
Matka walczy !
Matka Polka się nie poddaje! Nigdy! ( no prawie :) ). Jest wredną i upartą ( chociaż niektórzy nazywają to ambicją :P ) babą.
Dlatego też taaaa dammmm...... po 2 tygodniach analiz i poszukiwań, udało się zrobić chleb dla Potomka, bez mąki, drożdży, jajek, proszków do pieczenia i mleka i orzechów :)
Nie wygląda najgorzej, w smaku też jest ok.
Dlatego też taaaa dammmm...... po 2 tygodniach analiz i poszukiwań, udało się zrobić chleb dla Potomka, bez mąki, drożdży, jajek, proszków do pieczenia i mleka i orzechów :)
Nie wygląda najgorzej, w smaku też jest ok.
Przed upieczeniem
Po upieczeniu
We czwartek otrzymaliśmy wreszcie długo wyczekiwane wyniki badań na nietolerancje pokarmowe. Potomek jedzie po bandzie i jak klasyczny facet jest zerojedynkowy, czyli albo wszystko albo nic :) Zatem wyniki wyglądają w ten sposób, że albo czegoś nie toleruje na maksa, albo toleruje w pełni. Nie ma półśrodków. Wg wyników musimy wykluczyć mleko krowie ( co mnie nie zdziwiło), migdały + orzechy nerkowca + orzechy ziemne + orzechy laskowe ( podejrzewałam), cytrusy ( w sumie też mnie nie zdziwiło), i..... bohater tygodnia - białko jajka . Tu przyznam, że oniemiałam :)
Zatem z naszej cudownej diety NIC musimy też wykluczyć ulubione mleka migdałowe, mąkę migdałową, no i jajka, które dodawałam w dość sporych ilościach do różnych potraw.
Ale co to dla Matki Wariatki ?! Phi.. też mi wyzwanie :D
Co więc jada Potomek? Żyje powietrzem? Nieeee... Potomek jada na bogato , sami zobaczcie. Poniżej jego menu z zeszłego tygodnia. Nie jest idealne, a do czwartku z jajkiem i migdałami w roli głównej, ale .... dopiero się uczymy, no i wiedza była niepełna przez pierwszą połowę tygodnia.
Poniedziałek :
1. owsianka z płatków owsianych bezglutenowych na mleku kokosowym z cynamonem. (Zeżarł swoją i MOJĄ porcję, a Matka nie dzieli się jedzeniem, więc złość była okrutna :) ).
2. kopytka bezglutenowe ze szpinakiem ( z kaszy jaglanej)
3. zupa jarzynowa z indykiem i ryżem
4. deser z kaszy jaglanej, ( coś jak budyń) na mleku kokosowym
5. parówki bezglutenowe i bezmleczne ( 100% mięsa z kurczaka, całkiem smaczne, firmy KONSPOL)
Wtorek:
1. Owsianka z płatków gryczanych, jaglanych, z cynamonem, na mleku ryżowym domowym.
2. Chleb z blachy ( całkiem niezły btw) z pastą z makreli - w sobotę dowiedziałam się, że przy kandydozie makrela jest zakazana :)
3. klopsiki z indyka w sosie koperkowym - wszystko bezglutenowo bezmleczne.
4. kopytka z kaszy jaglanej i szpinaku
5. zupa krem warzywny z boczkiem i fasolą czerwoną
Środa:
1. jajecznica z 2 jaj, z kurkumą, pietruszką, na oleju kokosowym ( no cóż.. to było ostatnie jajko Potomka)
2. zupa krem warzywna z wtorku
3. wątróbka drobiowa z cebulą + surówka z ogórka
4. bg i bm placki naleśnikowe ( z jajcem - czyli wygląda na to, że TO jajko było ostatnie ) :)
5. gołąbki ryżowo mięsne we włoskiej kapuście z sosem pomidorowym
Czwartek:
1. Owsianka z platków owsianych bg na mleku jaglanym
2. zupa krem z warzyw
3. gołąbki
4. napój z zielonej pietruszki + domowe żelki z mleka kokosowego
5. i znowu gołąbki, bo zrobiłam za dużo.
Piątek :
1. owsianka
2. zupa krem z brokułów z kaszą jaglaną
3. kotelciki "frykadelki" z ogórkiem
4. woda - serwowałam coś lepszego, ale nie reflektował :)
5. kiełbasa wiejska, od baby ( znaczy , że bez glutenu)
Sobota:
1. zgadniecie??? :D owsianka
2. zupa krem z brokułów z chrupkami kukurydzianymi zamiast grzanek
3. naleśniki gryczane z humusem z fasoli ( wzgardził aż miło, zjadłam sama, a on dostał zupę krem z pomidorów bez śmietany i kurczaka grillowanego - jako że byliśmy "na mieście")
4. zapchał się i nic nie chciał
5. kiełbasa bg i bm
Niedziela:
1. owsianka z płatków ryżowych i otrębów gryczanych na mleku kokosowym
2. chleb "a'la życia" z humusem z białej fasoli
przygotowane mam:
3. krupnik z kaszą jaglaną + indyk z grilla
4. zrobię kuleczki coś a';a trufle
5. szukam inspiracji :) za to wiem, że jak pójdzie spać, to my zjemy pizzę , a co !
Teraz , gdy już problem z chlebem mamy rozwiązany ( pod warunkiem, że wolno nam pestki z dyni przy kandydozie, a tego nie jestem pewna jeszcze), moim kolejnym celem są lody i jakieś ciasto, które będzie mogło robić za tort urodzinowy. Planuję zamówić tort dla gości, w zasadzie dziadek Potomka zaoferował się to załatwić, więc w tym roku nie będzie postu z tematem przewodnim "Dlaczego k... ja zawsze muszę się wpakować w takie bagno!" :) Chociaż w sumie upiec ciasto bez mleka,glutenu, drożdży, cukru, jajek i orzechów i bez owoców, to chyba też nie taka prosta sprawa ... także .. oczekujcie !!
Miłej niedzieli ! :)
P.S. Swoje inspiracje czerpię z wielu blogów wegańskich, wegetariańskich, mam alergików, sama jeszcze nie wymyśliłam żadnej potrawy, wszystko robię z karteluszek :)
niedziela, 18 maja 2014
Spowiedź Matki
Wciąż zastanawiam się, skąd nas dopadło to dziadostwo. Przyczyn widzę bardzo wiele. Staram się nie doszukiwać problemów zdrowotnych u Potomka, bo to tylko pogarsza mój stan, a wówczas ochota na samozakopanie się w piachu znacząco wzrasta. Ale nie da się uchronić przed takim myśleniem. Zawsze gdzieś tam, z tyłu głowy pojawia się impuls z wykrzyknikiem "A co jeśli to ma związek z jego upośledzonym metabolizmem i jakąś jego wadą?!" Ponoć przerost Candida nie bierze się z niczego. Ponoć zawsze ma związek z problemami związanymi z metabolizmem..... Jak jest u nas ? Jeszcze nie wiadomo.
Najbardziej lajtowa wersja to taka, że candida jest bonusem poszpitalnym. Potomkowi oprócz leków otumaniających, znieczulających i usypiających podawano także Augmentin. Mocny antybiotyk, którego podobno nie powinno się dawać dzieciom mającym "problemy" ze względu na amoksycylinę w jego składzie. "Problemy" można rozumieć wielorako, ale nie będę tego tematu rozwijać. Potomka z racji wzmożonego napięcia mięśniowego, alergii i przedłużającej się żółtaczki, można zakwalifikować do tej grupy. Nikt na to nie zwrócił uwagi, ja tego wcześniej nie wiedziałam. Potomek w ciągu ostatnich 6 miesięcy został dwukrotnie potraktowany tym lekiem. Pierwszy raz w szpitalu, po oparzeniu. Drugi raz w lutym, gdy nie udało się nebulizacją wyleczyć zapalenia krtani. Za pierwszym razem ( w szpitalu) dostawał antybiotyk dożylnie bez probiotyku osłonowego ( nie wpadłam na to, a szpital się nie popisał). Jedni lekarze twierdzą, że powinien , nawet bez względu na to, że antybiotyk podany był dożylnie a nie doustnie. Inni zaś uważają , że nie było takiej potrzeby. Ja się na tym nie znam, więc tylko komentuję :) Aczkolwiek gdybym mogła cofnąć czas, to bym mu podała probiotyk w dość sporej dawce, nie zaszkodziłby, a może pomógł. Szpitalne żarcie jeszcze tylko mogło podkręcić całą imprezę grzybom. Nie wolno mi było wnosić swojego jedzenia, a to co oferowano pacjentom, było przesiąknięte cukrem do granic możliwości. Potem zawiniłam ja. Nie zorientowałam się w porę ( nie zauważyłam, nie przejmowalam się.... itd), że Potomek ma ogromny ciąg do wszystkiego co słodkie: biszkopcików, bananów, słodkich owoców, soków, serków homogenizowanych, białego pieczywa, etc. Podawałam więc to wszystko licząc, że ukoję jego ból pooparzeniowy tym , co tak bardzo lubi i kocha - słodkim żarciem. Parę miesięcy takiej diety, plus kolejna antybiotykoterapia ( wspomagana probiotykiem, ale widocznie w zbyt małej ilości), lekceważone alergie ( miał niby wyrosnąć), zbagatelizowanie niektórych objawów spowodowało, że mamy to co mamy. Założenie o tyle prawdopodobne, że o ile mnie pamięć nie myli, problemy z trawieniem zaczęły się właśnie w szpitalu.
Moja teoria, podparta sugestiami dietetyczki, jest taka, że na przerost Candidy u Potomka mają wpływ nieleczone alergie ( organizm jest tak nimi obciążony, metabolizm kuleje, jelita są podniszczone i to wszystko powoduje , że tak mały człowiek i jego wnętrzności nie radzą sobie ze złymi grzybami czy bakteriami ) oraz długotrwałe prowadzenie nieprawidłowej diety w połączeniu z silną antybiotykoterapią. Bakteria chyba była, i została przez przypadek wyleczona antybiotykiem w czasie kuracji zapalenia krtani. Na chwilę bowiem poprawiły się kupy. Ale potem znów wszystko wróciło do dawnego stanu i trwa do tej pory. Obecnie w badaniach bakterie nie wychodzą.
Czasu już nie cofnę, ale gdybym mogła zacząć wszystko jeszcze raz......... zupełnie inaczej bym to poprowadziła. Czas się przyznać, że wcześniej nie zwracałam uwagi na prawidłowe żywienie mojego dziecka. Dopóki dostawał mleko wszystko było w miarę prawidłowo. Ale mam do siebie żal, że tak wcześnie wprowadziłam gluten, mam do siebie żal, że tak wcześnie pozwoliłam Potomkowi poznać słodki smak ( biszkopciki, kaszki sklepowe, a nawet nadmiar owoców). Mam żal do siebie, że podawałam mu tyle soków, że codziennie dostawał końskie dawki glutenowych produktów ( musli na śniadanie, bułka na drugie śniadanie, makaronik do zupki na obiad, na kolację kaszka... i tak codziennie). Gdybym mogła zacząć od początku powalczyłabym o karmienie piersią i tylko piersią. A gdybym mogła cofnąć się jeszcze o dwa lata wstecz - sama bym się zbadała i wyleczyła to, co i mnie zżera od środka i to zdecydowanie przed tym, jak zaszłam w ciążę. Sprawdziłabym u siebie Candidę ( teraz mam niewielki wzrost, nadający się do przeleczenia dietą i tylko dietą). Podobno gdy matka ma przerost tego grzyba, zachodzi w ciąże, utrzymuje ją ( candida powoduje poronienia, ja miałam ciążę zagrożoną , którą szczęśliwie udało się utrzymać- jakim sposobem, to już inna inszość, i to też bym inaczej załatwiła :) ), to dziecko z automatu zaraża się tym grzybem i przerost występuję w zasadzie chwilę po urodzeniu, albo zaraz po wprowadzeniu nowych pokarmów, takich jak owoce i fruktoza, ktorą Candida kocha. Bardzo możliwe, że to moja wina, tej jednej rzeczy nie sprawdziłam przed zajściem w ciążę. Nie zbadałam sobie bakterii i grzybów w przewodzie pokarmowym, nie mówiąc już o poważnym potraktowaniu własnych alergii. Nigdy tego nie sprawdzę już, może nie ma co gdybać.... ale jeśli miałabym tę wiedzę , którą mam teraz, nie zbagatelizowałabym żadnego z nieprawidłowych objawów wysyłanych przez moje ciało.
Moja ciąża też nie należała do najlżejszych. Bardzo prawdopodobne , że przez alergię i resztę dziadostwa, które we mnie siedziało. Od 5tc wspomagana była przez wiadro magnezu i duphastonu. Magnez - ok. Ale duphaston, w połączeniu z kolejnym wiadrem luteiny od połowy ciąży, aż do samego jej końca, to już nie jest taka fajna sprawa. Sprawa jest o tyle trudna, że każda kobieta w takiej sytuacji robi to samo - szuka ratunku dla własnego dziecka, zrobi wszystko by nie stracić ciąży. Nie wiem czy teraz odważyłabym się nie przyjmować leków, ale na pewno przemyślałabym sprawę 500 razy zanim zaczęłabym brać takie końskie dawki leków. Każda, która brała duphaston czytała pewnie bardzo długą listę skutków ubocznych. Nie wydaje mi się, żeby przyjmowanie tego leku było kompletnie bez znaczenia dla płodu, a potem dziecka. Myślę, że teraz przeczytałabym tę listę z wielką uwagą, a może gdyby mój organizm był zdrowy w ogóle nie musiałabym się wspierać podczas ciąży tym dziadostwem. Nie miałabym pewnie też cukrzycy ciążowej, która również nie była obojętna dla Małego Człowieka dorastającego pod moim sercem.
Tą są teraz tylko moje przemyślenia i niczemu nie służące dywagacje :) Ale wolno mi :) więc piszę, co myślę i funduję sobie katharsis. Może komuś dam do myślenia tym co piszę, i sprawię, że kobiety zaczną inaczej patrzeć na siebie, swoje ciało, organizm, ale też i na dziecko, za które są odpowiedzialne jako matki.
Przy okazji fascynacji i fanatyzmu związanego ze zdrowym żywieniem i leczeniem poprzez żywność naturalnymi sposobami, zwariowałam też na punkcie ... szczepień :) Tak. Chociaż... może po prostu coś zrozumiałam.
I znowuż... gdybym mogła cofnąć czas .... nie zaszczepiłam dziecka w pierwszej dobie. Jaką możemy mieć pewność, że w 12 godzinie życia nasze dziecko jest w pełni zdrowe i nie dolega mu chociażby jakaś alergia, czy coś, czego nie widać gołym okiem, a może mieć wpływ na dalszy rozwój sytuacji? Potomek na przykład miał przedłużającą się żółtaczkę, wzmożone napięcie mięśniowe. Tego nie widać w pierwszej dobie życia. Noworodki przez około 4 pierwsze tygodnie zmagają się ze wzmożonym napięciem. Potem jednym mija a drugim nie. Potomkowi nie minęło. Mówiono mi, że to przez długotrwałą żółtaczkę ( do 3miesiąca życia). No , ale właśnie... czy w związku z żółtaczką powinien być zaszczepiony czy nie? Moim zdaniem nie. Organizm noworodka jest obciążony przez żółtaczkę, a do tego wszystkiego dostaje mocną dawkę szczepionki, pomyślcie jak taki mały organizm ma sobie z tym poradzić ???
Szczęśliwie się złożyło, dzięki naszej lekarce, że kolejne szczepienie było dopiero po 12 tygodniu życia. To było jedno z najlepszych posunięć jakie mogliśmy wykonać wówczas. Popełniłam jeden błąd jednak. Nalegałam na szczepionki skojarzone. Dziś bym tego już nie podała. Dlaczego? Podobno organizm dziecka ze wzmożonym napięciem zdecydowanie lepiej znosi standardowe szczepionki. Ja bałam się ich jak ognia. Zupełnie niepotrzebnie. Trzeba było wybrać taką o dobrym składzie i jechać z koksem, przy okazji rozkładając je w czasie. Już 1,5 roku temu w poradni , do której uczęszczaliśmy w związku z terapią napięciową zwracano mi uwagę na rodzaj szczepionek i indywidualny kalendarz szczepień dla Potomka. Głupia byłam, bo nie posłuchałam. Bardzo tego żałuję. Do tego zaszczepiłam gościa na Pneumokoki ( 1 dawka) i na rota. A dzieci ze wzmożonym napięciem powinny mieć jedynie podstawowe szczepionki , przynajmniej w pierwszym roku życia. Wszystkie bowiem tego typu gadżety to ogromne obciążenie dla takiego organizmu. To również mówiono mi w poradni - i również nie posłuchałam. Nie muszę pisać , jak bardzo żałuję :(
Gdzieś ktoś nad nami czuwał, a nasza lekarka była bardzo wyrozumiała w tej kwestii i nie napierała, dlatego też Potomek od samego początku miał przesunięty w czasie kalendarz szczepień. Wszystkie szczepienia które dostał ( ostatnie w 13 miesiącu życia) były podane później niż standardowo. Od czerwca poprzedniego roku nie szczepię go wcale. Trochę przez przypadek, trochę z własnej woli. Czekało nas na jesieni szczepienie na odrę, świnkę, różyczkę. Najpierw Potomek przychorował, potem wylądował w szpitalu, a potem , gdy już miałam okazję go zaszczepić, nie było w aptekach szczepionki zamiennika ( chciałam mu podać Priorix zamiast MMR, którego się bałam jak ognia). Szczepionka pojawiła się w styczniu tego roku, ale wstrzymałam się jeszcze ze szczepieniem, mimo wysyłanych "listów gończych" przez przychodnię. Coś mnie tknęło. W lutym Potomek zachorował , więc znów nie było okazji, a w marcu neurologopeda odradziła nam na razie szczepienia ze względu na opóźniony rozwój mowy i być może problemy z zaburzeniami integracji sensorycznej ( które mogą mieć związek z niedoleczonym wzmożonym napięciem mięśniowym).
Nie wiem jak to wytłumaczyć, że posłuchałam swojej intuicji, która mówiła mi "Nie spiesz się matko ze szczepieniami, macie czas.". Zazwyczaj tej intuicji nie słucham :) Nawet nie chcę myśleć co by mogło się stać, gdyby został zaszczepiony przy tak ogromnym przeroście candidy, nawrotem wzmożonego napięcia, przeciążoną wątrobą i alergiami, które go dopadły. Nie wydaje mi się, żeby szczepionki nie pozostawiły żadnego śladu. Organizm , by zwalczyć takie bomby żywych wirusów musi być silny i zdrowy, a Potomkowy teraz taki nie jest. Udało nam się więc odroczyć szczepienia. Gdy sytuacja się ustabilizuje i będę miała pewność, że organizm mojego dziecka wrócił do normalnego stanu, a pokażą mi to wyniki badań, a nie fusy z kawy, to rozważę ponowne rozpoczęcie kalendarza szczepień, ale chciałabym zamienić szczepionki skojarzone, na te "zwykłe". Myślę, że to odległa sprawa, bo leczenie na pewno potrwa długo, zatem jeszcze nie jestem zorientowana w temacie, ale mam wrażenie, że to nie będzie trudne do przeprowadzenia.
Nie jestem przeciwko szczepieniom, uważam, że te podstawowe są potrzebne, dzięki temu nie mamy do czynienia z epidemiami, można powiedzieć, że nasze dzieci nie są narażone na cieżkie choroby ( chociaż wiem, że tu zdania są podzielone :) ale ja aż tak bardzo w to nie wnikam). Ale moim zdaniem, lekarze powinni trochę mocniej zaangażować się w ten temat, nie szczepić na oślep, jeśli są jakieś problemy dobrać indywidualny kalendarz szczepień , bo to kalendarz powinien być dobrany do małego pacjenta, a nie pacjent do kalendarza. Przecież dzieci są różne, nie są takie same, mają różne problemy zdrowotne, rozwojowe, etc... zatem widełki wiekowe, które sa podane w standardowym kalendarzu szczepień są moim zdaniem o dupę roztłuc. I jakoś specjalnie się nimi nie przejmuję :)
Takie oto przemyślenia "najszły" mnie dnia dzisiejszego.
Miłej niedzieli Kochani !!
Wracam do zbuntowanego Potomiastego, którego dzisiaj coś ciężko ogarnąć.... ehhh....
Najbardziej lajtowa wersja to taka, że candida jest bonusem poszpitalnym. Potomkowi oprócz leków otumaniających, znieczulających i usypiających podawano także Augmentin. Mocny antybiotyk, którego podobno nie powinno się dawać dzieciom mającym "problemy" ze względu na amoksycylinę w jego składzie. "Problemy" można rozumieć wielorako, ale nie będę tego tematu rozwijać. Potomka z racji wzmożonego napięcia mięśniowego, alergii i przedłużającej się żółtaczki, można zakwalifikować do tej grupy. Nikt na to nie zwrócił uwagi, ja tego wcześniej nie wiedziałam. Potomek w ciągu ostatnich 6 miesięcy został dwukrotnie potraktowany tym lekiem. Pierwszy raz w szpitalu, po oparzeniu. Drugi raz w lutym, gdy nie udało się nebulizacją wyleczyć zapalenia krtani. Za pierwszym razem ( w szpitalu) dostawał antybiotyk dożylnie bez probiotyku osłonowego ( nie wpadłam na to, a szpital się nie popisał). Jedni lekarze twierdzą, że powinien , nawet bez względu na to, że antybiotyk podany był dożylnie a nie doustnie. Inni zaś uważają , że nie było takiej potrzeby. Ja się na tym nie znam, więc tylko komentuję :) Aczkolwiek gdybym mogła cofnąć czas, to bym mu podała probiotyk w dość sporej dawce, nie zaszkodziłby, a może pomógł. Szpitalne żarcie jeszcze tylko mogło podkręcić całą imprezę grzybom. Nie wolno mi było wnosić swojego jedzenia, a to co oferowano pacjentom, było przesiąknięte cukrem do granic możliwości. Potem zawiniłam ja. Nie zorientowałam się w porę ( nie zauważyłam, nie przejmowalam się.... itd), że Potomek ma ogromny ciąg do wszystkiego co słodkie: biszkopcików, bananów, słodkich owoców, soków, serków homogenizowanych, białego pieczywa, etc. Podawałam więc to wszystko licząc, że ukoję jego ból pooparzeniowy tym , co tak bardzo lubi i kocha - słodkim żarciem. Parę miesięcy takiej diety, plus kolejna antybiotykoterapia ( wspomagana probiotykiem, ale widocznie w zbyt małej ilości), lekceważone alergie ( miał niby wyrosnąć), zbagatelizowanie niektórych objawów spowodowało, że mamy to co mamy. Założenie o tyle prawdopodobne, że o ile mnie pamięć nie myli, problemy z trawieniem zaczęły się właśnie w szpitalu.
Moja teoria, podparta sugestiami dietetyczki, jest taka, że na przerost Candidy u Potomka mają wpływ nieleczone alergie ( organizm jest tak nimi obciążony, metabolizm kuleje, jelita są podniszczone i to wszystko powoduje , że tak mały człowiek i jego wnętrzności nie radzą sobie ze złymi grzybami czy bakteriami ) oraz długotrwałe prowadzenie nieprawidłowej diety w połączeniu z silną antybiotykoterapią. Bakteria chyba była, i została przez przypadek wyleczona antybiotykiem w czasie kuracji zapalenia krtani. Na chwilę bowiem poprawiły się kupy. Ale potem znów wszystko wróciło do dawnego stanu i trwa do tej pory. Obecnie w badaniach bakterie nie wychodzą.
Czasu już nie cofnę, ale gdybym mogła zacząć wszystko jeszcze raz......... zupełnie inaczej bym to poprowadziła. Czas się przyznać, że wcześniej nie zwracałam uwagi na prawidłowe żywienie mojego dziecka. Dopóki dostawał mleko wszystko było w miarę prawidłowo. Ale mam do siebie żal, że tak wcześnie wprowadziłam gluten, mam do siebie żal, że tak wcześnie pozwoliłam Potomkowi poznać słodki smak ( biszkopciki, kaszki sklepowe, a nawet nadmiar owoców). Mam żal do siebie, że podawałam mu tyle soków, że codziennie dostawał końskie dawki glutenowych produktów ( musli na śniadanie, bułka na drugie śniadanie, makaronik do zupki na obiad, na kolację kaszka... i tak codziennie). Gdybym mogła zacząć od początku powalczyłabym o karmienie piersią i tylko piersią. A gdybym mogła cofnąć się jeszcze o dwa lata wstecz - sama bym się zbadała i wyleczyła to, co i mnie zżera od środka i to zdecydowanie przed tym, jak zaszłam w ciążę. Sprawdziłabym u siebie Candidę ( teraz mam niewielki wzrost, nadający się do przeleczenia dietą i tylko dietą). Podobno gdy matka ma przerost tego grzyba, zachodzi w ciąże, utrzymuje ją ( candida powoduje poronienia, ja miałam ciążę zagrożoną , którą szczęśliwie udało się utrzymać- jakim sposobem, to już inna inszość, i to też bym inaczej załatwiła :) ), to dziecko z automatu zaraża się tym grzybem i przerost występuję w zasadzie chwilę po urodzeniu, albo zaraz po wprowadzeniu nowych pokarmów, takich jak owoce i fruktoza, ktorą Candida kocha. Bardzo możliwe, że to moja wina, tej jednej rzeczy nie sprawdziłam przed zajściem w ciążę. Nie zbadałam sobie bakterii i grzybów w przewodzie pokarmowym, nie mówiąc już o poważnym potraktowaniu własnych alergii. Nigdy tego nie sprawdzę już, może nie ma co gdybać.... ale jeśli miałabym tę wiedzę , którą mam teraz, nie zbagatelizowałabym żadnego z nieprawidłowych objawów wysyłanych przez moje ciało.
Moja ciąża też nie należała do najlżejszych. Bardzo prawdopodobne , że przez alergię i resztę dziadostwa, które we mnie siedziało. Od 5tc wspomagana była przez wiadro magnezu i duphastonu. Magnez - ok. Ale duphaston, w połączeniu z kolejnym wiadrem luteiny od połowy ciąży, aż do samego jej końca, to już nie jest taka fajna sprawa. Sprawa jest o tyle trudna, że każda kobieta w takiej sytuacji robi to samo - szuka ratunku dla własnego dziecka, zrobi wszystko by nie stracić ciąży. Nie wiem czy teraz odważyłabym się nie przyjmować leków, ale na pewno przemyślałabym sprawę 500 razy zanim zaczęłabym brać takie końskie dawki leków. Każda, która brała duphaston czytała pewnie bardzo długą listę skutków ubocznych. Nie wydaje mi się, żeby przyjmowanie tego leku było kompletnie bez znaczenia dla płodu, a potem dziecka. Myślę, że teraz przeczytałabym tę listę z wielką uwagą, a może gdyby mój organizm był zdrowy w ogóle nie musiałabym się wspierać podczas ciąży tym dziadostwem. Nie miałabym pewnie też cukrzycy ciążowej, która również nie była obojętna dla Małego Człowieka dorastającego pod moim sercem.
Tą są teraz tylko moje przemyślenia i niczemu nie służące dywagacje :) Ale wolno mi :) więc piszę, co myślę i funduję sobie katharsis. Może komuś dam do myślenia tym co piszę, i sprawię, że kobiety zaczną inaczej patrzeć na siebie, swoje ciało, organizm, ale też i na dziecko, za które są odpowiedzialne jako matki.
Przy okazji fascynacji i fanatyzmu związanego ze zdrowym żywieniem i leczeniem poprzez żywność naturalnymi sposobami, zwariowałam też na punkcie ... szczepień :) Tak. Chociaż... może po prostu coś zrozumiałam.
I znowuż... gdybym mogła cofnąć czas .... nie zaszczepiłam dziecka w pierwszej dobie. Jaką możemy mieć pewność, że w 12 godzinie życia nasze dziecko jest w pełni zdrowe i nie dolega mu chociażby jakaś alergia, czy coś, czego nie widać gołym okiem, a może mieć wpływ na dalszy rozwój sytuacji? Potomek na przykład miał przedłużającą się żółtaczkę, wzmożone napięcie mięśniowe. Tego nie widać w pierwszej dobie życia. Noworodki przez około 4 pierwsze tygodnie zmagają się ze wzmożonym napięciem. Potem jednym mija a drugim nie. Potomkowi nie minęło. Mówiono mi, że to przez długotrwałą żółtaczkę ( do 3miesiąca życia). No , ale właśnie... czy w związku z żółtaczką powinien być zaszczepiony czy nie? Moim zdaniem nie. Organizm noworodka jest obciążony przez żółtaczkę, a do tego wszystkiego dostaje mocną dawkę szczepionki, pomyślcie jak taki mały organizm ma sobie z tym poradzić ???
Szczęśliwie się złożyło, dzięki naszej lekarce, że kolejne szczepienie było dopiero po 12 tygodniu życia. To było jedno z najlepszych posunięć jakie mogliśmy wykonać wówczas. Popełniłam jeden błąd jednak. Nalegałam na szczepionki skojarzone. Dziś bym tego już nie podała. Dlaczego? Podobno organizm dziecka ze wzmożonym napięciem zdecydowanie lepiej znosi standardowe szczepionki. Ja bałam się ich jak ognia. Zupełnie niepotrzebnie. Trzeba było wybrać taką o dobrym składzie i jechać z koksem, przy okazji rozkładając je w czasie. Już 1,5 roku temu w poradni , do której uczęszczaliśmy w związku z terapią napięciową zwracano mi uwagę na rodzaj szczepionek i indywidualny kalendarz szczepień dla Potomka. Głupia byłam, bo nie posłuchałam. Bardzo tego żałuję. Do tego zaszczepiłam gościa na Pneumokoki ( 1 dawka) i na rota. A dzieci ze wzmożonym napięciem powinny mieć jedynie podstawowe szczepionki , przynajmniej w pierwszym roku życia. Wszystkie bowiem tego typu gadżety to ogromne obciążenie dla takiego organizmu. To również mówiono mi w poradni - i również nie posłuchałam. Nie muszę pisać , jak bardzo żałuję :(
Gdzieś ktoś nad nami czuwał, a nasza lekarka była bardzo wyrozumiała w tej kwestii i nie napierała, dlatego też Potomek od samego początku miał przesunięty w czasie kalendarz szczepień. Wszystkie szczepienia które dostał ( ostatnie w 13 miesiącu życia) były podane później niż standardowo. Od czerwca poprzedniego roku nie szczepię go wcale. Trochę przez przypadek, trochę z własnej woli. Czekało nas na jesieni szczepienie na odrę, świnkę, różyczkę. Najpierw Potomek przychorował, potem wylądował w szpitalu, a potem , gdy już miałam okazję go zaszczepić, nie było w aptekach szczepionki zamiennika ( chciałam mu podać Priorix zamiast MMR, którego się bałam jak ognia). Szczepionka pojawiła się w styczniu tego roku, ale wstrzymałam się jeszcze ze szczepieniem, mimo wysyłanych "listów gończych" przez przychodnię. Coś mnie tknęło. W lutym Potomek zachorował , więc znów nie było okazji, a w marcu neurologopeda odradziła nam na razie szczepienia ze względu na opóźniony rozwój mowy i być może problemy z zaburzeniami integracji sensorycznej ( które mogą mieć związek z niedoleczonym wzmożonym napięciem mięśniowym).
Nie wiem jak to wytłumaczyć, że posłuchałam swojej intuicji, która mówiła mi "Nie spiesz się matko ze szczepieniami, macie czas.". Zazwyczaj tej intuicji nie słucham :) Nawet nie chcę myśleć co by mogło się stać, gdyby został zaszczepiony przy tak ogromnym przeroście candidy, nawrotem wzmożonego napięcia, przeciążoną wątrobą i alergiami, które go dopadły. Nie wydaje mi się, żeby szczepionki nie pozostawiły żadnego śladu. Organizm , by zwalczyć takie bomby żywych wirusów musi być silny i zdrowy, a Potomkowy teraz taki nie jest. Udało nam się więc odroczyć szczepienia. Gdy sytuacja się ustabilizuje i będę miała pewność, że organizm mojego dziecka wrócił do normalnego stanu, a pokażą mi to wyniki badań, a nie fusy z kawy, to rozważę ponowne rozpoczęcie kalendarza szczepień, ale chciałabym zamienić szczepionki skojarzone, na te "zwykłe". Myślę, że to odległa sprawa, bo leczenie na pewno potrwa długo, zatem jeszcze nie jestem zorientowana w temacie, ale mam wrażenie, że to nie będzie trudne do przeprowadzenia.
Nie jestem przeciwko szczepieniom, uważam, że te podstawowe są potrzebne, dzięki temu nie mamy do czynienia z epidemiami, można powiedzieć, że nasze dzieci nie są narażone na cieżkie choroby ( chociaż wiem, że tu zdania są podzielone :) ale ja aż tak bardzo w to nie wnikam). Ale moim zdaniem, lekarze powinni trochę mocniej zaangażować się w ten temat, nie szczepić na oślep, jeśli są jakieś problemy dobrać indywidualny kalendarz szczepień , bo to kalendarz powinien być dobrany do małego pacjenta, a nie pacjent do kalendarza. Przecież dzieci są różne, nie są takie same, mają różne problemy zdrowotne, rozwojowe, etc... zatem widełki wiekowe, które sa podane w standardowym kalendarzu szczepień są moim zdaniem o dupę roztłuc. I jakoś specjalnie się nimi nie przejmuję :)
Takie oto przemyślenia "najszły" mnie dnia dzisiejszego.
Miłej niedzieli Kochani !!
Wracam do zbuntowanego Potomiastego, którego dzisiaj coś ciężko ogarnąć.... ehhh....
czwartek, 15 maja 2014
Candida nam nie straszna!!!
Mimo tego, że na początku chciałam zapaść się pod ziemię, wygląda na to, że jednak mam akurat okres wzlotu :) Zrezygnowałam z zakopywania się w piachu na własne życzenie. No i jestem ! :)
Co u nas?
Kandydoza nadal w pełni. Ale walczymy! Potomek jest dzielny jak nikt inny. Przez 7 dni popijał żwawo 3xdziennie po 5 ml nystatyny. Niestety gołym okiem widzę, że nie podziałała, więc postanowiłam skupić się na diecie i naturalnych metodach. Za radą jednej z mam , która również zmagała się z tym syfem, podaję Potomkowi 1 kroplę olejku z oregano. Oregano ma działanie przeciwzapalne, bakteriobójcze i przeciwgrzybicze. Wykluczyliśmy z diety mleko, cukier, drożdże, a teraz nawet gluten i owoce. Podstawą menu Potomka są warzywa i bezglutenowe kasze oraz mięcho i wiecie co.... nawet zjada :) Stałam się do tego fanatyczką zdrowego żywienia i nie wyobrażam sobie teraz jeść inaczej. Ojciec pozostaje dalej przy dawnym sposobie odżywiania, ale zdarza się, że zje coś co przygotuję dla siebie i Potomka i powie : "oo dobre!". Może z czasem się przekona .....
Oprócz tego Potomek dostaje codziennie tran ;-) i łyżeczkę/dwie oleju lnianego na wygojenie jelit, które zostały spustoszone przez grzyba . Ja też stosuję, a co... zdrowe ... nie zaszkodzi :)
Oczywiście suplementujemy też probiotykami, ponieważ trzeba wspomóc organizm w odbudowie nowej flory w jelitach, gdy ta "zła" będzie wybijana.
Na stałe zagościły u nas migdały i kokos. Mam nadzieję, że nie wyjdzie nam uczulenie na orzechy bo wtedy trzeba będzie zapomnieć o pysznych mlekach kokosowych i migdałowych, albo najpyszniejszym - migdałowo kokosowym. Wyników nadal nie mamy. Czekamy ! Myślę, że niebawem dotrą :)
Polecam Wam olej kokosowy! Również jest przeciwgrzybiczy i mega pro zdrowotny. A do tego smaczny ! Zakochałam się w nim i jeszcze chwila a zacznę się nim smarować od góry do dołu :) Póki co, zastosowanie tylko spożywcze, ale słyszałam o cudownych jego właściwościach i chyba je wykorzystam !
Najgorsze dla nas było chyba to, że trzeba również na jakiś czas wykluczyć skrobię, czyli ziemniaki, kukurydzę i pochodne ( nie wspomnę już nawet o owocach, bo z tą tragedią jeszcze się nie pogodziłam :) ). Zatem w połączeniu z koniecznością zaprzestania używania drożdży nagle okazało się, że nie ma dla nas chleba :( Tydzień czasu godziłam się z sytuacją :) Ale znalazłam rozwiązanie ! Pieczemy taki chleb : http://smakoterapia.blogspot.com/2013/01/fantastyczny-chlebek-jaglany.html tyle że bez dodatku skrobi. Nie jest on może pulchnym i pachnącym chlebem , do którego byliśmy przyzwyczajeni, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma... taki też nie jest zły, ważne że jest :)
Codziennie czytam o tym jak układać dietę dla dziecka, które jest pozbawione tylu składników, witamin i minerałów. Ale okazuje się, że to wcale nie jest problem. Wszystko to, co mu zabrałam z odstawieniem mleka, mąk, skrobi, owoców i drożdży dostaje w innych produktach, co ciekawe, dostaje produkty, które są bogatszym źródłem "zabranych" minerałów i witamin niż te, które odstawiliśmy. Człowiek uczy się całe życie, przysięgam :)
Jesteśmy niby pod opieką dietetyczki, ale do tej pory nie udało się ustalić menu, służy nam jedynie poradą. Jadłospis powstanie dopiero po wynikach testów na nietolerancję.
Martwią mnie wyniki prób wątrobowych, które od stycznia się nie zmieniają. Nie ma tragedii, ale widocznie candida i alergie powodują, że ta wątroba nie wyrabia, kolokwialnie pisząc. Lekarze nie uznają tego za problem, natomiast ja .. no cóż.. lekarzem nie jestem, ale jako matka najnormalniej w świecie się martwię. Tym bardziej, że ta jego wątroba od początku była trochę tak jakby nadwyrężona. Po pierwsze przez przedłużającą się żółtaczkę noworodkową ( do 3 miesiąca życia), a po drugie przez wzmożone napięcie mięśniowe, które ponoć też ma na nią wpływ. Już dawno temu lekarka "od napięcia" zwracała mi uwagę, że Potomiasty jest zbyt pomarańczowy i należaloby wykluczyć marchewkę i dynię. Nie przypilnowałam tego wtedy ( jak i wielu innych spraw) , no to mam :/
Po 6 tygodniowej, ścisłej diecie zrobię Potomkowi ponownie badanie i zobaczymy czy coś się poprawiło czy nie. Na razie ma nieznacznie przekroczone AST i obniżone dość mocno GGTP. Reszta w normie.
No i tak sobie żyjemy ! A co u Was? :)
Co u nas?
Kandydoza nadal w pełni. Ale walczymy! Potomek jest dzielny jak nikt inny. Przez 7 dni popijał żwawo 3xdziennie po 5 ml nystatyny. Niestety gołym okiem widzę, że nie podziałała, więc postanowiłam skupić się na diecie i naturalnych metodach. Za radą jednej z mam , która również zmagała się z tym syfem, podaję Potomkowi 1 kroplę olejku z oregano. Oregano ma działanie przeciwzapalne, bakteriobójcze i przeciwgrzybicze. Wykluczyliśmy z diety mleko, cukier, drożdże, a teraz nawet gluten i owoce. Podstawą menu Potomka są warzywa i bezglutenowe kasze oraz mięcho i wiecie co.... nawet zjada :) Stałam się do tego fanatyczką zdrowego żywienia i nie wyobrażam sobie teraz jeść inaczej. Ojciec pozostaje dalej przy dawnym sposobie odżywiania, ale zdarza się, że zje coś co przygotuję dla siebie i Potomka i powie : "oo dobre!". Może z czasem się przekona .....
Oprócz tego Potomek dostaje codziennie tran ;-) i łyżeczkę/dwie oleju lnianego na wygojenie jelit, które zostały spustoszone przez grzyba . Ja też stosuję, a co... zdrowe ... nie zaszkodzi :)
Oczywiście suplementujemy też probiotykami, ponieważ trzeba wspomóc organizm w odbudowie nowej flory w jelitach, gdy ta "zła" będzie wybijana.
Na stałe zagościły u nas migdały i kokos. Mam nadzieję, że nie wyjdzie nam uczulenie na orzechy bo wtedy trzeba będzie zapomnieć o pysznych mlekach kokosowych i migdałowych, albo najpyszniejszym - migdałowo kokosowym. Wyników nadal nie mamy. Czekamy ! Myślę, że niebawem dotrą :)
Polecam Wam olej kokosowy! Również jest przeciwgrzybiczy i mega pro zdrowotny. A do tego smaczny ! Zakochałam się w nim i jeszcze chwila a zacznę się nim smarować od góry do dołu :) Póki co, zastosowanie tylko spożywcze, ale słyszałam o cudownych jego właściwościach i chyba je wykorzystam !
Najgorsze dla nas było chyba to, że trzeba również na jakiś czas wykluczyć skrobię, czyli ziemniaki, kukurydzę i pochodne ( nie wspomnę już nawet o owocach, bo z tą tragedią jeszcze się nie pogodziłam :) ). Zatem w połączeniu z koniecznością zaprzestania używania drożdży nagle okazało się, że nie ma dla nas chleba :( Tydzień czasu godziłam się z sytuacją :) Ale znalazłam rozwiązanie ! Pieczemy taki chleb : http://smakoterapia.blogspot.com/2013/01/fantastyczny-chlebek-jaglany.html tyle że bez dodatku skrobi. Nie jest on może pulchnym i pachnącym chlebem , do którego byliśmy przyzwyczajeni, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma... taki też nie jest zły, ważne że jest :)
Codziennie czytam o tym jak układać dietę dla dziecka, które jest pozbawione tylu składników, witamin i minerałów. Ale okazuje się, że to wcale nie jest problem. Wszystko to, co mu zabrałam z odstawieniem mleka, mąk, skrobi, owoców i drożdży dostaje w innych produktach, co ciekawe, dostaje produkty, które są bogatszym źródłem "zabranych" minerałów i witamin niż te, które odstawiliśmy. Człowiek uczy się całe życie, przysięgam :)
Jesteśmy niby pod opieką dietetyczki, ale do tej pory nie udało się ustalić menu, służy nam jedynie poradą. Jadłospis powstanie dopiero po wynikach testów na nietolerancję.
Martwią mnie wyniki prób wątrobowych, które od stycznia się nie zmieniają. Nie ma tragedii, ale widocznie candida i alergie powodują, że ta wątroba nie wyrabia, kolokwialnie pisząc. Lekarze nie uznają tego za problem, natomiast ja .. no cóż.. lekarzem nie jestem, ale jako matka najnormalniej w świecie się martwię. Tym bardziej, że ta jego wątroba od początku była trochę tak jakby nadwyrężona. Po pierwsze przez przedłużającą się żółtaczkę noworodkową ( do 3 miesiąca życia), a po drugie przez wzmożone napięcie mięśniowe, które ponoć też ma na nią wpływ. Już dawno temu lekarka "od napięcia" zwracała mi uwagę, że Potomiasty jest zbyt pomarańczowy i należaloby wykluczyć marchewkę i dynię. Nie przypilnowałam tego wtedy ( jak i wielu innych spraw) , no to mam :/
Po 6 tygodniowej, ścisłej diecie zrobię Potomkowi ponownie badanie i zobaczymy czy coś się poprawiło czy nie. Na razie ma nieznacznie przekroczone AST i obniżone dość mocno GGTP. Reszta w normie.
No i tak sobie żyjemy ! A co u Was? :)
niedziela, 4 maja 2014
Są takie dni.....
Tygodnie mijają, a matka żyje tylko tym bezglutem i bezglutem i jeszcze raz bezglutem,a po godzinach dietą bezmleczną.
Do tego wszystkiego doszła nam dość obfita kandydoza, trzeba wyłączyć drożdże ( przynajmniej na początku) i w dużej mierze jednak zboża, zatem Potomek niedługo będzie pił chyba tylko wodę, a o chlebie na razie może spokojnie zacząć zapominać, tak więc jednak marzenie o domowej piekarni powoli odchodzi w siną dal.
Mam ochotę strzelić sobie w łeb i piszę to bez kokieterii.
Żeby jednak nie myśleć o potraktowaniu się tępą żyletką postanowiłam skupić swoje myśli na tworzeniu jogurtów roślinnych :) I już wiem, że na grzybku tybetańskim i mleku sojowym wychodzi średni ( mnie wyszedł o konsystencji rzadkiej śmietany, co mnie nie zadowala :) ), na grzybku i na mleku kokosowym to już jest w ogóle dramat, a dziś połączyłam kolejne składniki jogurtu roślinnego "CUD", czyli mąkę owsianą bezglutenową z wodą. Ponoć ma wyjść. We will see :) Szczerze wątpię, ale nie poddaję się. Mam w zanadrzu jeszcze jeden przepis, w razie co, na którym będę skupiać myśli. Gorzej, jeśli i one ( jogurty) mnie zawiodą, wówczas rzucę się jak Wanda w dół, tyle że bez Niemca w tle. Ale podejrzewam, że już mi będzie wtedy wszystko jedno czy Niemiec stoi w tle, czy też nie stoi i czy w ogóle gdzieś się pałęta.
Pocieszające jest to, że Potomek ruszył z mową. Może nie wygłasza elaboratów i nie jedzie jeszcze Inwokacją, ale jak na kogoś, kto nie potrafił zawołać mamy czy taty zrobił gigantyczny krok. Potrafi nas już świadomie wołać, a szczególnie upodobał sobie ojca... to chyba jakaś po prostu kosmiczna więź między mężczyznami, czy tam solidarność plemników. Coraz więcej słów używa świadomie. Naśladuje coraz więcej zwierząt. No i powtarza niektóre wyrazy. Na razie po swojemu, dość zniekształcone, ale ważne, że próbuje.
Wróciliśmy do oglądania bajek, co chyba niezmiernie go ucieszyło. One mimo wszystko też są rozwijające. Np ostatnio ma fazę na Strażaka Sam'a , ale dzięki temu potrafi rozpoznać dźwięk syreny i zaczyna naśladować jej odgłosy. Dziwne, bo mieszkamy niedaleko jednostki straży pożarnej i jakoś przez 23 miesiące ( no właśnie... dzisiaj skonczył 23 miesiące :) ) nie jarzył o co chodzi z syreną, mimo iż słyszymy ją co najmniej 10 razy dziennie. Dlatego uważam, że bajka jest rozwijająca :)
Bilans dwulatka się zbliża wielkiiiiiiimi kroooookami , a ze szczepieniami jesteśmy w lesie. I dalej będziemy, bo nie zamierzam na razie szczepić Potomka. Stałam się fanatyczką :) Wiem, zdaję sobie z tego sprawę, ale w obliczu pewnych zdarzeń niektóre argumenty dość mocno do mnie przemawiają. I po prostu, najnormalniej w świecie się boję. Ścigają nas za MMR i kolejną dawkę Pentaximu. Zaraz nas zaczną ścigać za kolejne .... trudno. Wydaje mi się, że okres przerośniętej Candidy i alergii to nie jest odpowiedni moment na szczepienie, które może obciążyć dodatkowo i tak już mocno nadszarpnięty tymi świństwami organizm. Potomek jest spadkobiercą wzmożonego napięcia mięśniowego, co na dodatek potęguje jego doznania i dlatego zadecydowałam o zmodyfikowaniu kalendarza szczepień. Będziemy szczepić, ale nie teraz. Pozostaje mi tylko jeszcze rozmowa z naszym lekarzem w tej kwestii.
Wielkimi krokami zbliżają się też potomkowe urodziny. Drugie. Od tygodnia zaczęłam interesować się wypiekami, chociaż z pewnością o >takim<, jaki był w zeszłym roku mogę zapomnieć , z racji składników. Pomyślałam... trudno... ważne, że cokolwiek będzie, z czego mógłby Potomiasty zdmuchnąć swe dwie świeczki. I tu znów okazało się, że jakimś dziwnym trafem dobra dusza przychodzi z pomocą. Za sprawą mojego jedynego i niepowtarzalnego teścia udało się nawiązać kontakt z dziewczyną, która piecze torty dla alergików. Torty z serii tych "wypasionych". Zatem będzie bez drożdży , bez glutenu, mleka i cukru. I nie będzie to tort z kartonu :) - mam nadzieję ;-) Jest jeszcze jeden plus....nie będzie >takich< akcji... ;-)
Do tego wszystkiego doszła nam dość obfita kandydoza, trzeba wyłączyć drożdże ( przynajmniej na początku) i w dużej mierze jednak zboża, zatem Potomek niedługo będzie pił chyba tylko wodę, a o chlebie na razie może spokojnie zacząć zapominać, tak więc jednak marzenie o domowej piekarni powoli odchodzi w siną dal.
Mam ochotę strzelić sobie w łeb i piszę to bez kokieterii.
Żeby jednak nie myśleć o potraktowaniu się tępą żyletką postanowiłam skupić swoje myśli na tworzeniu jogurtów roślinnych :) I już wiem, że na grzybku tybetańskim i mleku sojowym wychodzi średni ( mnie wyszedł o konsystencji rzadkiej śmietany, co mnie nie zadowala :) ), na grzybku i na mleku kokosowym to już jest w ogóle dramat, a dziś połączyłam kolejne składniki jogurtu roślinnego "CUD", czyli mąkę owsianą bezglutenową z wodą. Ponoć ma wyjść. We will see :) Szczerze wątpię, ale nie poddaję się. Mam w zanadrzu jeszcze jeden przepis, w razie co, na którym będę skupiać myśli. Gorzej, jeśli i one ( jogurty) mnie zawiodą, wówczas rzucę się jak Wanda w dół, tyle że bez Niemca w tle. Ale podejrzewam, że już mi będzie wtedy wszystko jedno czy Niemiec stoi w tle, czy też nie stoi i czy w ogóle gdzieś się pałęta.
Pocieszające jest to, że Potomek ruszył z mową. Może nie wygłasza elaboratów i nie jedzie jeszcze Inwokacją, ale jak na kogoś, kto nie potrafił zawołać mamy czy taty zrobił gigantyczny krok. Potrafi nas już świadomie wołać, a szczególnie upodobał sobie ojca... to chyba jakaś po prostu kosmiczna więź między mężczyznami, czy tam solidarność plemników. Coraz więcej słów używa świadomie. Naśladuje coraz więcej zwierząt. No i powtarza niektóre wyrazy. Na razie po swojemu, dość zniekształcone, ale ważne, że próbuje.
Wróciliśmy do oglądania bajek, co chyba niezmiernie go ucieszyło. One mimo wszystko też są rozwijające. Np ostatnio ma fazę na Strażaka Sam'a , ale dzięki temu potrafi rozpoznać dźwięk syreny i zaczyna naśladować jej odgłosy. Dziwne, bo mieszkamy niedaleko jednostki straży pożarnej i jakoś przez 23 miesiące ( no właśnie... dzisiaj skonczył 23 miesiące :) ) nie jarzył o co chodzi z syreną, mimo iż słyszymy ją co najmniej 10 razy dziennie. Dlatego uważam, że bajka jest rozwijająca :)
Bilans dwulatka się zbliża wielkiiiiiiimi kroooookami , a ze szczepieniami jesteśmy w lesie. I dalej będziemy, bo nie zamierzam na razie szczepić Potomka. Stałam się fanatyczką :) Wiem, zdaję sobie z tego sprawę, ale w obliczu pewnych zdarzeń niektóre argumenty dość mocno do mnie przemawiają. I po prostu, najnormalniej w świecie się boję. Ścigają nas za MMR i kolejną dawkę Pentaximu. Zaraz nas zaczną ścigać za kolejne .... trudno. Wydaje mi się, że okres przerośniętej Candidy i alergii to nie jest odpowiedni moment na szczepienie, które może obciążyć dodatkowo i tak już mocno nadszarpnięty tymi świństwami organizm. Potomek jest spadkobiercą wzmożonego napięcia mięśniowego, co na dodatek potęguje jego doznania i dlatego zadecydowałam o zmodyfikowaniu kalendarza szczepień. Będziemy szczepić, ale nie teraz. Pozostaje mi tylko jeszcze rozmowa z naszym lekarzem w tej kwestii.
Wielkimi krokami zbliżają się też potomkowe urodziny. Drugie. Od tygodnia zaczęłam interesować się wypiekami, chociaż z pewnością o >takim<, jaki był w zeszłym roku mogę zapomnieć , z racji składników. Pomyślałam... trudno... ważne, że cokolwiek będzie, z czego mógłby Potomiasty zdmuchnąć swe dwie świeczki. I tu znów okazało się, że jakimś dziwnym trafem dobra dusza przychodzi z pomocą. Za sprawą mojego jedynego i niepowtarzalnego teścia udało się nawiązać kontakt z dziewczyną, która piecze torty dla alergików. Torty z serii tych "wypasionych". Zatem będzie bez drożdży , bez glutenu, mleka i cukru. I nie będzie to tort z kartonu :) - mam nadzieję ;-) Jest jeszcze jeden plus....nie będzie >takich< akcji... ;-)
wtorek, 15 kwietnia 2014
Dziewica bezglutenowa
Tak mogłam się określać całkiem do niedawna.
Otóż moi mili. Dzisiaj powstał mój pierwszy , bezglutenowy chleb !! Jestem z niego taka dumna, bo jest po prostu przepyszny. Strasznie się cieszę! Dzięki temu ograniczanie glutenu Potomiastemu już nie będzie tak skomplikowane. Teraz mogę mu dawać chlebek codziennie , tyle na ile ma tylko ochotę :)
Głównemu zjadaczowi oczywiście tak posmakował, że zjadł 3 grube pajdy na kolację! Dla nas szok, bo wcześniej chleba nie tykał, gdy podano do stołu. Co najwyżej chwytał w locie kromkę czy bułkę i spożywał bez dodatków. Dziś zjadł jak człowiek - z dodatkami !
Chleb jest PYSZNY ( chyba się powtarzam ! :) ), wysoki, miękki, z chrupiącą skórką, idealnie wilgotny, o dobrej konsystencji i co najważniejsze, prosty w robocie! Dla mnie, laika i do niedawna narkoglutenowca, kompletnie nie do odróżnienia w smaku od domowego chleba z mąki z glutenem. To jeden z lepszych , jakie zrobiłam samodzielnie. Autorką przepisu jest OlgaSmile, która niesamowicie inspiruje mnie na co dzień swoim blogiem.
Muszę tylko popracować jeszcze nad kolorem jego wierzchniej skórki, gdyż wyszła biała ;-) ale wszystko w swoim czasie!
Otóż moi mili. Dzisiaj powstał mój pierwszy , bezglutenowy chleb !! Jestem z niego taka dumna, bo jest po prostu przepyszny. Strasznie się cieszę! Dzięki temu ograniczanie glutenu Potomiastemu już nie będzie tak skomplikowane. Teraz mogę mu dawać chlebek codziennie , tyle na ile ma tylko ochotę :)
Głównemu zjadaczowi oczywiście tak posmakował, że zjadł 3 grube pajdy na kolację! Dla nas szok, bo wcześniej chleba nie tykał, gdy podano do stołu. Co najwyżej chwytał w locie kromkę czy bułkę i spożywał bez dodatków. Dziś zjadł jak człowiek - z dodatkami !
Chleb jest PYSZNY ( chyba się powtarzam ! :) ), wysoki, miękki, z chrupiącą skórką, idealnie wilgotny, o dobrej konsystencji i co najważniejsze, prosty w robocie! Dla mnie, laika i do niedawna narkoglutenowca, kompletnie nie do odróżnienia w smaku od domowego chleba z mąki z glutenem. To jeden z lepszych , jakie zrobiłam samodzielnie. Autorką przepisu jest OlgaSmile, która niesamowicie inspiruje mnie na co dzień swoim blogiem.
Muszę tylko popracować jeszcze nad kolorem jego wierzchniej skórki, gdyż wyszła biała ;-) ale wszystko w swoim czasie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



