Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opóźniony rozwój mowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opóźniony rozwój mowy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 maja 2015

Rodzicu! Zachowaj rozsądek i dystans !

Opiszę Wam pewną historię.

Dawno temu, pewna mama usłyszała wiele słów mrożących krew w żyłach. Dotyczyły one jej syna. Mówiono, że nie zachowuje się poprawnie dla swojego wieku, że bardzo mało mówi, jest agresywny, nerwowy, wykazuje się dość mocnym brakiem koncentracji, właściwie zerowym, możliwe że ma wadę słuchu, dysleksję, skrzyżowaną lateralizację, przez co będzie miał trudności z nauką w szkole, a wiele dzieci skrzyżowanych leci na pałach od góry do dołu i mordęgą jest przejście przez okres szkolny, sugerowano ponadto wzmożone napięcie mięśniowe i problemy z integracją sensoryczną, koślawe nogi ( iksiki ) , dodatkowo odradzano jej posyłanie syna do żłobka czy punktu przedszkolnego, twierdząc, że duża grupa dzieci może podziałać tylko na jego niekorzyść, a przez agresywne usposobienie dziecka jego rówieśnicy z pewnością nie będą go lubić i skończy się to tym, że z przedszkola trzeba będzie go zabrać..... i .. last but not least.... sugerowano pewne objawy ze spektrum autyzmu i ADHD. 

Ten ogrom przykrych informacji, który spłynął na matkę w zasadzie w ciągu jednego dnia, spowodował, że oszalała. Nabrała energii niczym amerykański superhero. Postanowiła dowiedzieć się wszystkiego o tym, co usłyszała tamtego dnia. Zakupiła literaturę, poszukała odpowiednich kontaktów, przez rok czasu pukała do różnych drzwi, słysząc przeróżne, często wykluczające się informacje dotyczące stanu zdrowia jej dziecka. 

Po roku czasu i terapii psychologicznej, na której z tego całego wariactwa wylądowała, bo nie była w stanie unieść samodzielnie problemu, znieść bólu jaki powstał w sercu w związku z domniemaną chorobą syna i po wyboistej, ale przebytej rocznej drodze od gabinetu do gabinetu - matkę olśniło. Zauważyła pewną prawidłowość. Mianowicie kompletny brak kompetencji i dodatkowo empatii u wielu specjalistów, z których usług miała okazję korzystać. Szlag jasny ją trafiał, gdy sięgała myślami wstecz, przypominając sobie te wszystkie pseudo diagnozy, które tłuczono jej do głowy przez kilkanaście miesięcy. Szlag jasny ją trafiał, gdy przypominała sobie mętlik w głowie, gdy owe rewelacje konsultowała z innymi specjalistami, których diagnoza zaprzeczała poprzedniej, ale łatwiej było wtedy uwierzyć w tą gorszą alternatywę. Szlag jasny ją trafiał, gdy przypominała sobie , jak bardzo nie mogła złapać dystansu do całej sprawy. I ostatecznie szlag jasny ją trafiał , gdy przypominała sobie początki diety p/grzybiczej. Postanowiła więc w ogóle nie sięgać pamięcią wstecz, żyć dniem dzisiejszym i jutrem, które zawsze wizualizowała sobie jako lepsze. 
Wcale się tej matce dziś nie dziwię. Kompletnie, nic a nic. Chciała dla swojego dziecka jak najlepiej. Pukała od drzwi do drzwi , tylko po to, by ktoś w końcu powiedział jej co dobrego lub niedobrego podziało się z jej dzieckiem. Gdy mówiono jej, że wszystko jest w porządku, nie wierzyła. Ale jak miała uwierzyć , powiedzcie, gdy od kilku innych specjalistów słyszała jedną i tą samą śpiewkę: "opóźniony rozwój mowy, zaburzenia integracji sensorycznej, niektóre zachowania budzące niepokój"? 
W międzyczasie, tak jak jej sugerowano, wykluczała po kolei wszystkie podejrzenia. Wkluczyła u syna wadę słuchu ( w końcu z wywiadu wynikało, że miała cukrzycę ciążową, ale badanie przesiewowe zrobione w szpitalu nie dawało specjalistom stuprocentowej pewności, że ze słuchem jest wszystko ok), podcięła wędzidełko  ( relację z tej zabawnej wizyty i opowieści o Panu Romku możecie przeczytać tutaj), dopominała się o diagnozę zaburzeń ze spektrum autyzmu w krakowskim "Zaciszu", ale wciąż kazano jej jeszcze chwilę się wstrzymać, w zamian wysyłając ją na coraz to bardziej dziwne zajęcia. Prywatne rzecz jasna. Mówiono jej , że diagnoza nie jest ważna, bo sposób prowadzenia terapii i tak nie ulegnie zmianie. Zarówno pod kątem mowy, jak i skrzyżowanej lateralizacji. 
Matce kłębiły się myśli w głowie... po co więc ktoś mówi jej takie rzeczy, skoro diagnozuje się je w dużo późniejszym wieku, a terapia tak czy siak się nie zmienia? Po co ktoś mówi o zaburzeniach ze spektrum autyzmu, skoro nie widzi potrzeby stawiania konkretnej diagnozy? Złość, smutek, rozczarowanie i stan przeddepresyjny ogarnęły ją w całości. Bała się wszystko olać, mimo tego, że gdzieś tam w tej zaprzątniętej bólem i rozpaczą głowie przebijało się światełko zdrowego rozsądku. Bała się myśleć pozytywnie. Bała się , że jeśli nie uwierzy w zły stan zdrowia dziecka, to przegapi szansę na to, by szybko zadziałać, zniwelować pewne problemy i stworzyć choremu dziecku szansę na lepsze życie. Wolała przyjąć za pewnik to, co jej mówiono i dostosować się do zaistniałej sytuacji. Bała się, że gdy wyrazi sprzeciw będzie uważana za kogoś, kto nie radzi sobie psychicznie z tym, co się dzieje. 
Bała się zostać uznaną za matkę - wariatkę... 

No cóż... 

Myślę, że właśnie dlatego, że się tego bała... ściągnęła na siebie taką opinię mimo wszystko :) 

Związek tej kobiety i jej męża przeżywał trudne chwile. Non stop pojawiały się kłótnie, bo matce wydawało się, że jej partner życiowy nie ogarnia sytuacji, nie stara się jej zrozumieć, ma stosunek obojętny i nie jest zainteresowany tematem. Nie potrafi przyjąć do wiadomości, że może mieć niepełnosprawne dziecko. Uważała, że powinien udać się do... specjalisty.. :) Psychologa, a może nawet psychiatry. Relacje rodzinne również uległy nadszarpnięciu. 

Matka zaobserwowała 3 style reakcji na problem w rodzinie : 

1.  styl specjalisty: "Tak, od początku widziałam , że coś jest nie tak, tylko nie chciałam cię martwić". 
2. styl plotkary : czyli przy matce wszyscy siedzieli cicho i ze zrozumieniem słuchali jej opowieści, tylko po to, by potem, za jej plecami , rozprawiać o tym, jak ma niepoukładane w głowie i czegoż to ona nie wyczynia z dzieckiem. A droga, która obrała, jest co najmniej nieodpowiednia. 
3. styl doświadczonego życiem : "Ja się znam, to z pewnością nie jest to, o czym mówią ci specjaliści!!", "To jest wręcz niemożliwe! Dziecko córki brata siostry mojego sąsiada nie wypowiedziało ANI JEDNEGO słowa do 5 roku życia! No i co.. ma się dobrze, skończył studia, jaki znowu autyzm ???", "Chłopcy mówią później!"

Minęło kilka miesięcy. Matka dziecka zrobiła , przede wszystkim, ze sobą porządek. Ułożyła sobie pewne rzeczy w głowie i z pomocą bliskich jej osób uczyła się na nowo, jak dawać dziecku przestrzeń. Dzięki terapii i wsparciu przyjaciół oraz rodziny wycofywała się powoli z wycieczek do specjalistów. Ograniczyła także ilość zajęć, w których uczestniczył chłopiec. Okazało się bowiem, że prawe codziennie muszą chodzić na rożne terapeutyczne zajęcia. 

Zauważyła, że bardzo dużo ludzi pomagało jej zupełnie bezinteresownie. 
Pierwsza z pomocą przyszła inna znajoma mama. Z zawodu dietetyk. Emerytowany. Zawsze była ciekawa , jak sobie radzą, co u nich, jak idą postępy. Po jednej z rozmów uznała widocznie, że matka jest w katastrofalnym stanie i zrobiła wszystko, by im pomóc. Umówiła ich do zaprzyjaźnionego profesora, gastroenterologa dziecięcego, który w ciągu godzinnej wizyty postawił matkę do pionu w kwestii prowadzenia długotrwałej diety przeciwgrzybiczej, pozbawionej wielu składników odżywczych i glutenu. Polecił, by pozostać przy diecie eliminacyjnej, która wykluczała alergeny, jednakże wprowadzić gluten, drożdże i cukier ( w małych ilościach) i przede wszystkim się opamiętać, bo grzybica była, ale już jej nie ma, a leczymy przede wszystkim objawy. Potem tylko trzymamy ją ( grzybicę ) w ryzach, stosując zdrową, zrównoważoną dietę. 
Polecił także, by skupić się na rozwoju psychologicznym chłopca, a dietetyczny na razie częściowo odpuścić. Zauważył bowiem, że w gabinecie chłopiec był zbyt ruchliwy, a po 40 minutach nudów uderzył bezpodstawnie rączkami w ścianę, co wzbudziło w profesorze wielkie zdziwienie i uznał to za nieprawidłowy objaw. Matka zaczęła wracać więc myślami do kwestii zaburzeń psychicznych u dziecka. Bo skoro nawet gastrolog to zauważa, i to do tego profesor, to musi coś w tym być! Dopiero jakiś czas później, analizując jeszcze raz to spotkanie przypomniała sobie, że dopóki sama nie wspomniała o pewnych diagnozach wysuwanych przez neurologopedów i panią dr D od napiecia mięśniowego, profesor nie zauważał nic niepokojącego w zachowaniu chłopca. A powiedziała o tym, bo podczas rozmowy profesor zapytał, czy było jakieś wskazanie lekarzy, co do zastosowania diety. Opowiadając ich historię matka niechcący opowiedziała ją ze szczegółami, myśląc, że każda informacja może być istotna, przez co zasugerowała pewne rzeczy profesorowi. 
A potem sobie zrobiła osobiste kuku. Wciąż miała w myśli słowa profesora,w końcu to porządny specjalista, co prawda nie psychiatra, ale przecież leczy dzieci z zaburzeniami codziennie ma z nimi do czynienia. Wyraził także słowa uznania w kierunku dr D, która leczyła syna matki z napięcia mięśniowego. Wspominał panią doktor jako wybitnego specjalistę w tej dziedzinie. Matka opowiedziała, że syn jest pod jej opieką od 3 miesiąca życia, że po wyleczeniu napięcia mięśniowego wróciła na wizytę kontrolną parę miesięcy temu, ponieważ neurologopeda zasugerowała zaburzenia integracji sensorycznej, które objawiały się napięciem i chodzeniem na palcach, pewną wrażliwością w obrębie twarzy, dłoni i brzucha. Pani dr D zauważyła, że napięcie powróciło, ale zdiagnozowała, że dziecko nie ma problemów z integracją senso motoryczną, a z emocjami. To one powodowały wg pani dr napięcie mięśniowe, to również one sprawiały, że syn wspinał się na palce, niezależnie od sytuacji. Skierowała więc syna do psychologa dziecięcego, nazwała go "dzieckiem na nie" i "małym tyranem". Dodatkowo orzekła, że ma krzywe nogi i płaskostopie. Zaleciła kontrolę raz na kwartał. Tak też sobie wpisała w swoich karteluszkach. Matka olała tą diagnozę. Uznała, że jej dziecko nie potrzebuje psychologa, a terapii SI. Za to po tej właśnie wizycie postanowiła sama udać się do psychologa, by odnaleźć gdzieś w tym całym ambarasie początek swojej nowej drogi. 
Słowa pana profesora nie mogły jednak wylecieć z głowy matki. Wzięła sobie do serca i te rady, które dotyczyły diety, ale wciąż myślała o sugestii dotyczącej problemów psychologicznych jej syna. Niedługo później jedna z logopedek, która zajmowała się synem dała matce znak sygnał, żeby udała się ponownie do dr D w sprawie diagnozy zaburzeń integracji sensorycznej. Ta wizyta była "polecona". Pani doktor podobno miała wiedzieć , dlaczego do niej przyszli i tym razem nie sugerować napięcia emocjonalnego, tylko pomóc uzyskać diagnozę SI. Czekali trzy miesiące na wizytę, a dzień wcześniej zostali zaanonsowani u pani doktor przez znajomą osobę. Na wizycie pani dr orzekła, że nie widzi zaburzeń ze strony sensomotorycznej, natomiast widzi ogromne napięcie mięśniowe, które wynika z napięcia .. emocjonalnego. Mimo, że matka ufała tej lekarce , po owej wizycie zaczęła zionąć do niej nienawiścią. Zaraz po wejściu, gdy syn poprosił matkę o bidon z piciem, pani doktor oburzyła się, że odważył się przeszkodzić im w rozmowie. Dość donośnym głosem oznajmiła mu, że ona teraz rozmawia z jego mamą i prosi go, by im nie przeszkadzał. Matka rzuciła dwa kojące słowa do syna, z torebki wyciągnęła bidon i resoraka. Synek poszedł w kąt bawić się autkiem. Zachował się bardzo grzecznie i, jak dla matki, prawidłowo. Pani doktor uważała jednak inaczej. Oznajmiła, że zachowania społeczne syna nie są prawidłowe, że żyje we własnym świecie i nie  interesuje się otaczającym go światem. Swoich poglądów nie zmieniła nawet po tym, gdy matka zawołała po imieniu swoje dziecko, a to w sekundę się odwróciło, udowadniając tym samym, że  nie siedzi głęboko w swoim świecie, tylko bawi się autem z zainteresowaniem. Matka wspomniała również, że zawsze logopedzi wspominali, iż w tym całym ambarasie prawidłowe zachowania społeczne i pokazywanie palcem oraz dobry kontakt wzrokowy, reagowanie na swoje imię i polecenia to są argumenty ku temu, by nie kierować ich na "Zacisze".  Pani doktor miała jednak zgoła inne zdanie. Ponownie skierowała ich do psychologa i ponownie zapisała sobie notkę o iksikach, płaskostopiu, wrastających paznokciach u stóp, dziecku na nie i małym tyranie. Dodała także, że niekontrolowanie tarzał się po podłodze , był bardzo zdekoncentrowany, nie interesował się matką i rozmową z lekarzem, nie siedział przy matce tylko w kącie. Zasugerowała także nieprawidłowości ze spektrum autyzmu, skierowanie do psychiatry oraz obaliła wszelkie teorie związane z leczeniem opóźnionego rozwoju mowy twierdząc, że logopedzi to specjaliści od ćwiczenia dykcji z aktorami, a syn nie mówi , bo nie chce i nie ma potrzeby komunikowania się z otaczającym światem. 
Gdyby matka usłyszała to parę miesięcy temu, zapewne zgodziłaby się z opinią pani doktor. Ale szczęśliwie się złożyło, że była już na tyle pewna swojego dziecka i na tyle dobrze zdystansowana, że ofukała kulturalnie panią doktor, powiedziała co o tym myśli i wyszła z gabinetu. Postanowiła udać się do psychologa dziecięcego, dokładnie tego, do którego skierowała ich pani doktor, nie innego, po to, by udowodnić starej prukwie, że  nie ma racji. Matka była już pewna, że psycholog nie potwierdzi diagnozy lekarki, dlatego szła z większym spokojem niż zazwyczaj .  W zaburzenia SI, zagrożenie dysleksją, czy skrzyżowaną lateralizacją była skłonna uwierzyć, bo ponoć ojciec dziecka miał podobne problemy w dzieciństwie. Ale reszty nie dała sobie wmówić. Już nie! 
Matka była z synem na trzech wizytach u psychologa. A w zasadzie u psychologów, bo to był zespół. Dziecku przeprowadzono testy rozwojowe, przyglądano mu się bacznie, przeprowadzono wywiad z obojgiem rodziców. Koniec końców chłopiec dostał pozytywną opinię. Badanie oraz ocena psychologiczna sugerowały prawidłowy rozwój dla wieku dziecka zdecydowanej większości obszarów funkcjonowania chłopca. Zaobserwowano umiarkowane spowolnienie generowania mowy, które mieści się w dolnej granicy normy, nieco niżej dla jego normy wiekowej. Orzeczono, że opóźniony rozwój mowy nie wynika z zaburzeń rozwojowych, tylko jest efektem różnic indywidualnych. Jako przyczynę podano także oparzenie i pobyt w szpitalu na OIOMie, gdy chłopiec miał 17 miesięcy. Dziwne.. nikt ... nigdy.. żaden inny specjalista nawet przez moment nie pomyślał, że to była dla tego dziecka trauma. Skoro rodzice tak mocno to przeżyli, to przecież poparzone dziecko odczuwało to po stokroć mocniej. Nikt nie pomyślał, że może ta wrażliwość dłoni, buzi i brzuszka wynikała właśnie z tego faktu, a nie z żadnych zaburzeń SI. Że może napięcie emocjonalne wynikało z jego doświadczeń życiowych, z braku możliwości swobodnej komunikacji, z napięcia, które powstało w rodzicach po tym, jak dziecko się oparzyło, a potem przestało mówić i zaczęły się wycieczki po specjalistach..... Że agresja mogła wynikać z buntu dwulatka znerwicowanej matki, a niekoniecznie z zaburzeń psychicznych. 
Ostatnie zdanie z opinii psychologicznej brzmiało następująco : 
" Na podstawie obserwacji zachowania dziecka podczas 3 sesji diagnostycznych wydaje się, że zgłaszane przez rodziców "nerwowość", duża aktywność ruchowa, zachowanie opozycyjne nie wykraczają poza normy zachowania charakterystyczne dla przełomu 2 i 3 r.ż. ". 
Matka sama nie wiedziała, czy po przeczytaniu tego zdania odczuwać wstyd czy szczęście.... Czuła z pewnością niewyobrażalnie wielką ulgę. To zdanie, jak i cała opinia, pozwoliły jej na zamknięcie pewnego etapu w jej życiu. To zdanie stało się dla niej kłódką i kluczem, na które zamknęła straszny rozdział życia - swojego i jej dziecka. Zamknęła więc te drzwi. Zamknęła na ową kłódkę, a klucz wrzuciła do Wisły. 

Na deser pozostawiła sobie tylko wizytę u starej prukwy, niosąc ze sobą dokumentację psychologiczną. Przedstawiła ją pani doktor. Ta zaś po badaniu orzekła, że u chłopca napięcie znikło, paznokcie nie wrastają, płaskostopia nie ma, iksiki sie zmniejszają i aż 2 cm brakuje im do przekroczenia niebezpiecznej normy. Dziecko jest spokojne, zainteresowane rozmową i otoczeniem, lubi dzieci ( które zauważył na placu zabaw pod oknem i radośnie z tego powodu krzyknął) i ma wyraźny ciąg do towarzyszenia im w zabawie. Zero problemów, zero zaburzeń, zero dysfunkcji. Gdy  matka zapytała o chodzenie na palcach, pani doktor uznała, że to efekt napięcia emocjonalnego. Matka przypomniała jej, że psycholog wykluczył napięcie na tle emocjonalnym. Pani dr wypowiedziała takie oto słowa: "Ach! To widocznie jest po prostu nerwowym dzieckiem i ma taki temperament." Ciekawe dlaczego to "po prostu" nie mogło być tak jednoznaczne 3 miesiące  lub pół roku temu ??? 
Na sam koniec, żeby nie wypuścić towarzystwa z niczym i postawić jednak jakąś diagnozę orzekła, że dziecko ma zeza, ale to nic dziwnego, bo mama też ma! Pewnie tak samo sprawa wygląda w przypadku krzywych nóżek - również po matce, z tego co zaobserwowała. 

Dodam, czego pewnie się domyśliliście, że zezowatą matką jestem podobno ja :) a zezowatym, radosnym i zdrowym chłopcem, który krzywe nogi odziedziczył , jak zeza,  po swej matce jest nikt inny jak sam Potomek. 

Do czego zmierzał ten długi wywód ? 
Przede wszystkim do tego, żeby nie dać się zwariować , jako i ja dałam. Aby od początku wierzyć w siebie i własną rodzinę i zawsze odpowiednio dystansować się do sprawy. Żaden lekarz, czy specjalista nie zna tak dobrze mojego dziecka jak ja sama. Nie pozna go też na jednej piętnastominutowej wizycie. Pech chciał, że na pierwsze spotkanie u logopedy przyszliśmy o złym czasie. Była to pora drzemki Borysa, czas poszpitalnej czkawki, emocje które udzielały mu się ode mnie. Borys pokazał się z najgorszej strony  - przyznaję - niektóre zachowania nawet mnie samą wówczas mocno zdziwiły. Niestety ta paskudna opinia ciągnęła się za nami prawie rok. Zżyłam się z naszymi miłymi paniami logopedami, a było ich trzy. Lubię je prywatnie, uważam też że dysponują ogromną wiedzą. Czasami jednak zastanawiam się, czy ta wiedza nie wybiega znacząco poza ich kompetencje. Czy nie powinny skupić się przede wszystkim na pracy nad mową, a nie na diagnozowaniu zaburzeń, o których gdzieś coś czytały, pracowały z dzieckiem z owymi zaburzeniami albo ktoś wykładał im to przez zaledwie godzinę na wykładzie czy szkoleniu. Świetnie, że są specjaliści, którzy zwracają rodzicom uwagę na pewne nieprawidłowości, bo dzięki temu wiele autystycznych dzieci zostało objętych odpowiednio wcześnie specjalistyczną opieką. Ale na Boga! Apeluję! Do lekarzy, logopedów i innych specjalistów : wykażcie się Państwo choć odrobiną empatii !! Miejcie świadomość, że rzucone przez Was słowa na wiatr potrafią zostać w głowie rodziców przez bardzo długi czas ! Że te słowa potrafią czasami zaburzyć życie rodzinne i wprowadzić wiele złego. Rodzic zawsze chce dla swojego dziecka jak najlepiej, zrobi wszystko, żeby nie dopuścić do krzywdy latorośli, ale przez zauważalne od jakiegoś czasu zaszczucie płynące ze strony specjalistów potrafi przestać nad tym panować i zatracić dystans do całej sprawy i ewentualnego problemu. 
Tak jak kiedyś modny był autyzm, tak teraz jego rolę przejmuje terapia SI. Mojemu synowi sugerowano to zaburzenie od dawna. Obecnie, po przeanalizowaniu całej sytuacji, po opinii psychologicznej oraz obserwacji mojego dziecka oświadczam, że na żadną diagnozę SI nie mam zamiaru pójść. Moje dziecko kocha obcinanie paznokci, ma coraz mniejszą wrażliwość na ciecz w obrębie poparzonego ciała, nie ma problemu z myciem głowy, przegryzaniem, jedzeniem, połykaniem, lubi wodę, basen, nie ma obniżonego napięcia mięśniowego, jest sprawne motorycznie. Codziennie fundujemy mu stymulację ruchową na placu zabaw  ( barierki, trzepaki, wspinaczki, huśtawki, koniki, równoważnia, chodzenie bez butów po ciepłym piachu, jazdę na rowerze biegowym, ćwiczenie równowagi). Mimo, że sami jesteśmy mało aktywni, staramy się, by Borys więcej się ruszał niż my. A że on to lubi, to nie jest to trudne. Nie łapiemy go na każdym kroku za rękę, pozwalamy się przewrócić, spaść na trawę czy piach, nie krzyczymy "Nie biegnij, bo upadniesz!" , "Nie biegnij bo się zgrzejesz!", prosimy tylko by uważał i zawsze , gdy wymaga tego sytuacja, jesteśmy obok "w razie co". Ale nie było tak od początku. To fakt :) Musieliśmy się tego nauczyć. 

Jedno, co na podstawie własnych doświadczeń mogę komuś doradzić, to to, by dać dziecku przestrzeń i pozwolić mu być dzieckiem. Ktoś kiedyś powiedział mi te ważne dla mnie słowa i to one, między innymi, sprawiły, że wróciłam po rozum do głowy, choć długo mi to zajęło. 


P.S. Zeza też badaliśmy :) Dwa lata temu, gdy pani dr D ( i inny specjaliści) sugerowali, że uciekanie oczka niekoniecznie jest związane z napięciem mięśniowym. Najpierw olaliśmy sprawę, ale gdy okazało się, że w rodzinie męża pojawił się taki problem , a otoczenie coraz częściej zauważało, że oczko zezuje, udaliśmy się do centrum leczenia zeza. Tam po szczegółowym badaniu wykluczono wadę wzroku. Nieprawidłowość zdiagnozowano jako zez pozorny wynikający z szerokiej nasady nosa, która pozornie sprawia wrażenie, że dziecku ucieka oko , jak przy zezie zbieżnym. Ja natomiast jestem pod stałą opieką okulistyczną, nigdy w życiu nie miałam postawionej diagnozy zeza, mało tego, nawet nikt tego nigdy nie sugerował. Od niedawna noszę na stałe okulary (wcześniej uzywałam ich tylko do pracy przy komputerze i do czytania) i dziś po raz pierwszy wybrałam się do Pani dr D w okularach. Podejrzewam, że tym samym zasugerowałam jej ....mojego własnego osobistego zeza  :)))))))))))))

P.S. 2 . Zaczynam rozumieć moją mamę i jej wstręt do chodzenia po lekarzach ! 




środa, 10 grudnia 2014

Ćwiczymy lewą półkulę :)

Czasami nawet nie zdajemy sobie sprawy,że czynności, które wykonujemy codziennie mogą stanowić całkiem niezłą dawkę terapeutyczną dla tych wybrańców, którzy mają problem z mową :) 

W taki oto bardzo prosty sposób możemy ćwiczyć z dzieckiem , stymulując lewą półkulę jego mózgu [odpowiedzialna za rozwój mowy]. 
Zdjęcie koszmarne, bo robione z telefonu, ale nie o to chodzi. 

Zadanie było następujące: 
Wyjmij sztućce z koszyka i powkładaj do pojemnika. 
(potem jeszcze pokazałam gdzie są duże łyżki)

Potomek układa sztućce, różnicując je na małe i duże oraz na rodzaje. 

Nasza logopeda poleca również segregację skarpetek :) oraz czynności, które wymagają naprzemiennego ruchu rąk lub nóg, ot choćby wchodzenie po schodach. 

Wiedzieliście, że te prozaiczne czynności są bardzo stymulujące dla naszych dzieci i pomagają w mówieniu ? :) 


Kiedyś jeszcze napiszę o "codziennej terapii" SI [ zaburzeń integracji sensorycznej]. Jak się okazuje, na co dzień dzieciaki wykonują mnóstwo czynności, które pomagają im się "dostymulować"- jak mawiają w żargonie terapeutycznym :) 


poniedziałek, 10 listopada 2014

Matki Polki rozważania (ORM)

Od marca wariujemy z powodu zdiagnozowanego opóźnienia rozwoju mowy u Potomka. Ok! Wariuję ja. Reszta tylko bacznie się przygląda. Doszło do tego, że w obecnej chwili Potomkiem zajmuje się trójka logopedów ! Gdy patrzę na to z boku , myślę tak samo jak wszyscy, którzy oglądają ten obrazek z tej samej perspektywy: 

"WARIATKO! Daj dziecku być dzieckiem! 
Daj dziecku żyć!"

Może i jest w tym wszystkim jakaś krzta prawdy? 
Może przesadzam, może za bardzo się napinam, może zbyt wiele wymagam? 
A może nie umiem zaakceptować sytuacji taką, jaka jest?
Na te pytania odpowiedziałby chyba tylko psycholog :) Póki co, jeszcze do niego nie dotarłam, choć zamierzam, bo to wszystko mnie przerasta, więc są one na dzień dzisiejszy jedynie retoryczne. 
To nie jest tak, że żyję sobie w spokoju, prowadzając swoje dziecko od specjalisty do specjalisty, albo nie prowadzając, czy nie zwracając uwagi na jego problem. Nie jest też tak, że radośnie , z usmiechem na twarzy , skocznym krokiem codziennie ruszamy do ćwiczeń i zabaw. 
Przyznam się :) 
Cierpię psychicznie i strasznie ciężko mi z tym żyć :( 
Ciężko mi obserwować dzieci w wieku Potomka, które już mówią, lepiej czy gorzej, ale mówią. Moje dziecko porozumiewa się, ale głównie gestami. Bardzo mnie to martwi i smuci jednocześnie. 
Wiem, że dzieci do siebie się nie porównuje. Wiem, że każde ma swoją odpowiednią prędkość rozwoju. Jedne są lepsze w tym, drugie w czymś innym. Wiem. Teorię znam. 
Ale jestem matką...Nic na to nie poradzę. 
Martwię się o niego gorzej niż o siebie. 
Nie chcę niczego przegapić. 
Nie chcę kiedyś żałować, że czegoś nie zrobiłam i z premedytacją zlekceważyłam.
To normalne?

Od kwietnia br Potomek uczęszcza do państwowej poradni logopedycznej. 
Poszłam tam skonsultować pewne niepokojące objawy, które ujawniły się krótko po oparzeniu. No i tak zostaliśmy w tej placówce do dziś. Do czerwca br. pojawialiśmy się tam raz w tygodniu, zahaczyliśmy nawet o wizytę u psychologa dziecięcego, ale na tej wizycie byłam tylko ja, ponieważ była pierwszą i ostatnią wizytą tego typu. 

W wieku 22 miesięcy naśladował jedynie krowę, mówił tak, nie i powtarzał ( nie nazywał) : mama, tata. 
Tyle. 

Od lipca do września Potomek do logopedy nie uczęszczał, co z perspektywy czasu, oraz po rozmowach z innymi specjalistami uważam za błąd i nie wynikało to z naszej decyzji tylko z decyzji ośrodka i moim zdaniem pewnego zaniechania. Ponoć dwa miesiące w życiu tak małego dziecka to bardzo dużo i tak na prawdę terapia poszła trochę na marne. We wrześniu zaczynaliśmy niejako od początku. 
W nowym "turnusie" okazało się, że możemy się spotykać raz na dwa tygodnie, a czasami nawet raz w miesiącu. Musiałam poszukać kogoś innego, już niestety prywatnie. Znalazłam. Okazało się, że nasza sąsiadka z bloku jest logopedą. Spotykałyśmy się na placu zabaw, ale nigdy nie poruszałyśmy tego tematu, więc nie miałam wcześniej o tym pojęcia. 
Postanowiłyśmy razem popracować. Tak oto Potomek zyskał drugiego logopedę. 

Trzecim logopedą jest Justyna, która prowadzi warsztaty Logo-Motywka, na które za radą pani logopedy zapisałam Potomka. Jest to cykl 15 spotkań, raz w tygodniu, w 3 osobowych grupach, dla niemówiących dzieci w wieku 2-2,5 lat. 

Nie wiem na ile to pomoże i w jakim czasie Borys zacznie dorównywać do swoich rówieśników z mową. Obecnie jest na poziomie 12 miesiecznego dziecka, jesli chodzi o mowę. Pozostałe kwestie rozwojowe oraz rozumienie mowy są w normie, a nawet ponad normę. To opinia specjalistów. 

Obstawiłam siebie i jego z każdej strony. 
Nie wiem czy słusznie? 
Ale pojawiły się pewne opinie, że nie musi to być opoźniony rozwój mowy, ale np alalia i chyba to zmotywowało mnie do takiego obwarowania gościa specjalistami w dziedzinie logopedii. Do tego wszystkiego pracuje ze mną w domu, ale nie na zasadzie godzinnych ćwiczeń przy stoliku. Pracujemy poprzez zabawę, do niczego go nie zmuszam, nie pilnuję czasu, po prostu bawię się z nim tak, by jednocześnie wspierać jego rozwój. Jeśli szukamy nowych zabawek, to raczej nie są one przypadkowe, 30 razy przemyślę zanim kupię, chociaż zdarzają się wpadki i spontaniczne zakupy (np maskotka strażaka Sama :P czy inne bzdety). Chociaż ta maskotka wcale nie jest jednak takim niewypałem. Borys świetnie potrafi się nią bawić, ratować z opresji inne zabawki, a nawet siebie :)

Obecnie Borys potrafi powiedzieć :

słowa:
mama, tata, baba, dziadziu, jejo ( wujek), jaja(k) (strażak), Mimi ( Michał), Bo (Borys), tak, nie , nie chce, da(j), brum brum, dzieci, księżyc, mini mini (określenie bajki), mniam mniam ( jeść), lwa (nie mówi lew, tylko lwa, a w zasadzie łwa), papa ( ale p zamienia na t), o-o (piosenki), ej, nie ma, miau(kot)

12 słów !!! 2,5 roku!
 pod opieką logopedyczną od kwietnia br, z przerwami :/ 
 chyba nic nie zapomniałam wpisać  
<miazga> 

wyrazy dźwiękonaśladowcze: 
mu, be, iha, ihi (pociąg), brum brum, aaa ( spać), łaaa (lew, dinozaur), iii (świnka), eheee (płacz dziecka), ijo ijo (pojazdy na sygnale), uuu ( samolot), miau (kot), pies: cmokanie lub czasami powie hau hau


samogłoski : 
wszystkie oprócz y
raczej pojedynczo, nie w sekwencjach. 

sylaby: 
za pierwszą logopedą potrafi dużo powtórzyć, szczególnie dźwięcznych ( ba, be, bu itd) , w domu nie chce. 

czyta: 
wszystkie samogłoski, sylaby mu, be, kilka spółgłosek (B, S, H, C, D) nikt go tego nie uczył. 

Buduje zdania dwu lub trzywyrazowe, używając znanych sobie słów lub słowa i gestu(ów). 

Pokazuje wszystko: przedmioty i czynności. 
Dużo "opowiada" po swojemu, brak echolalii, podcięcie wędzidełka 24.10.2014r. 

Ten post piszę głównie dla siebie, abym mogła po jakimś czasie zerknąć i spojrzeć jaki jest postęp i czy moje szaleństwo ma sens. I przede wszystkim, żeby móc wreszcie spokojnie spać po jakimś czasie , widząc jego postępy :/ 




czwartek, 10 lipca 2014

Nie taki bilans straszny jak go malują

Matka nie lubi chodzić do lekarzy. 
Z wizytami Potomka idzie jej kiepsko, a ze swoimi własnymi to już po prostu jest dramat. 
Co najśmieszniejsze , Matka to klasyczny hipochondryk , diagnozujący się u dr Google'a :) 


Były w moim życiu takie historie, kiedy to z pomocą tego Pana postawiłam sobie diagnozę zapalenia opon mózgowych ( które okazały się de facto ostrą grypą), zapalenia stawu skroniowo - żuchwiowego ( wiecie , że taki macie ?? :) ), który okazał się po prostu bolącą ósemką. W tym drugim przypadku byłam prawie pewna swojej diagnozy i dość długo upierałam się, że pan dentysta nie ma racji, bo przecież objawy pasują jak ulał do całej litanii objawów zapalenia owego stawu, o których pisał mój osobisty felczer Google. 
W sumie moje wizyty u lekarzy polegają głównie na tym, że idę, oznajmiam co mi jest i czekam na potwierdzenie. Taka zdolniacha ze mnie :) 
Chociaż może nie, bo zazwyczaj moje diagnozy są nietrafne, dlatego przestałam takoż czynić , wrzuciłam na luz, leczę się sama i po przychodniach nie chodzę :) 

Z Potomkiem jest inaczej. 
W tym przypadku boję się szarlataństwa i dr Google'a, dlatego  głównie opieram się na opinii specjalistów (mimo iż swoje sobie myślę :) ). Może szczęściem jest też to, że Potomek ma wspaniałą opiekę medyczną  i ludzie, którzy o niego dbają są dla nas osobami pełnego zaufania. 

Dziś na bilansie dwulatka dowiedziałam się, że wszystko jest ok, dzieć mierzy 93,5cm i waży 15,5kg, zatem plasuje się na 75 centylu. Co oznacza, że od ostatniego mierzenia i ważenia, w przypadku obu parametrow,  spadł poniżej 90tego centyla i bardzo dobrze, bo do tej pory zazwyczaj mieścił się na samym końcu siatki centylowej, a wagowo w zasadzie wychodził lekko poza nią. 

Z całą resztą też jest gites, zęby wszystkie są, żadne spróchniałe :) ale z zauważalnymi krzywiznami od smoczka ( tego przyjaciela chyba nigdy się nie pozbędziemy ....<sic!> ), stulejki brak, lekkie iksiki - do skontrolowania. Już byłam wcześniej to sprawdzić, mamy czekać jeszcze do września i wtedy przyjść na kontrolę. Kręgosłup prosty, serduszko w porządku, odpieluchowany ( no prawie, bo dwójka nadal w pieluchę leci, ale walczymy). Zez widoczny, ale.. pozornie :) Czyli nadal jest hipnotajzing, ale nie groźnie dla jego rozwoju i zdrowia. Kontrola wzroku po 3 roku życia. 

W szczepieniach braki -  i na razie nadal tak zostanie. 
O właśnie - poszukuję dobrego, rozsądnego i mądrego neurologa dziecięcego z Krakowa, który pomógłby nam ułożyć indywidualny kalendarz szczepień. Czy ktoś , coś  wie w tym temacie może? 

A z zaskakujących informacji mogę dodać jeszcze to, że Potomek .... CZYTA :) 
Jednym z jego ćwiczeń u pani logopedy jest taki obrazek  z zeszytu : 


Ćwicząc tę część mówimy : "Lala mówi A" i pokazujemy jego paluszkiem ( lub sam to robi) na literkę A. 
Dalej w zeszycie ma wklejone zwierzątka , np barana ( BE BE) i węża (SSS) i co ja dzisiaj paczeeeee...?
Moje dziecko przynosi mi książeczkę , otwiera ją i : 

-"Mama?!" 
-Tak Synku ?
- A, Be, SSS
- ????? - myślę sobie - nie ogarniam :)
podchodzę więc do stoliczka przy którym siedzi Potomek, a gość powtórnie recytuje znane mu literki pokazując je jednocześnie paluszkiem w zwykłej książeczce z bajkami <3 wyszukując za każdym razem daną literkę z ciągu liter w zdaniach! 
a potem domaga się braw i splendoru :) 

Radość Matki - OGROMNA!!! 
Emocje - BEZCENNE!!! 

Miłego dnia ! :) 





wtorek, 8 lipca 2014

Ćwiczenia poprzez zabawę cz.2 /pomoce w opóźnionym rozwoju mowy/

Potomek przemówił do nas ludzkim głosem całkiem niedawno. Pamiętam dokładnie ten dzień, kiedy po raz pierwszy usłyszałam wypowiedziane przez niego w świadomy sposób słowo "mama'. 
Stałam wówczas na balkonie "kątem plując" - jak mawiała moja przyjaciółka - aż tu do mych uszu dotarł cienki głosik małego ludka, który stojąc w swoim łóżeczku , w naszym wspólnym pokoju ( taaaaak wiem... wygląda na to, że będziemy dzielić jedną izbę aż do jego osiemnastki :D ) poczuł się widocznie bardzo samotnie i postanowił przywołać matkę do siebie. Początkowo myślałam, że to głos osiedlowego dziecka, bo skąd mogłam przypuszczać, że mój Potomek nagle zacznie mówić, skoro tyle czasu się wstrzymywał. <"kompot zawsze stał na stole" :) znacie to ?>
Gdy uświadomiłam sobie, że to moje dziecko mnie woła, niemalże w sekundzie znalazłam się w sypialni. Radość trwa do dziś!!! 
Tenże jednak osobnik w ciemię bity nie jest. Gdy tylko zrozumiał  że na jego wezwanie "mama" lecę-pędzę co sił w nogach, żeby usłyszeć to jeszcze raz , robi to po tysiąckroć w ciągu dnia.
Obecnie już nie lecę - pędzę na każde zawołanie, bo co tu dużo mówić - osłuchałam się :) , ale uwielbiam gdy mnie woła, mimo pękających bębenków i wiecznego trajkotania :) Słowo "mama" w jego wykonaniu - jak zresztą każde inne, ale to akurat wyjątkowo - jest dla moich uszu najpiękniejszą melodią świata ! 

Zabawne jest to, że mimo tego, iż Potomek plasuje się wśród rówieśników na liście dzieci niemówiących, to "gada jak najęty" non stop. On po prostu się nie zamyka. I wiecie, że on "gada" z sensem ? Potrafi powiedzieć bardzo niewiele. Myślę, że roczne dzieci więcej mówią :) ale czasami to snuje taaaaaakie historie używając tylko tych słów, które zna, że kopara opada. Tzn mnie opada, bo pewnie inni uznają mnie za chwilę za wariatkę - ale do tego już przywykłam , więc spoko - nie krępujcie się ! 
Moja teściowa mówiła mi kiedyś, że ze swym dzieckiem, a mym mężem i ojciem Potomka, rozumieli się bez słów. Myślałam sobie wtedy w duchu "Jasne! Po prostu się domyślałaś!" . Ja też się domyślam :) ale na prawdę w 98% rozumiemy się z Potomkiem bez słów. Potrafię zrozumieć to, co mi opowiada, używając tylko 4 wyrazów.
-"Mama??"
- Słucham Cię Synu.
-"Haloooo, baba, dziadzia, bum bum, ja " 

:) 

tłumaczenie Matki : "Mamo, zadzwoń do babci i dziadzi niech do mnie przyjadą"

No dobra, może jestem walnięta , może brakuje mi piątej klepki, może życie na bezglucie poczyniło pustki w mózgu moim, ale wiecie co?.. wali mi to :) Cieszę się, że potrafię zrozumieć moje dziecko i ba! nawet sobie z nim pogadać tak, że mnie uszy od słuchania i żuchwa od gadania bolą. Cieszę się każdym jego słowem i wiem , że mamy problem. Ale na prawdę wkładam w jego terapię całą siebie i wierzę, że skoro w ciągu 8 tygodni zrobił taki postęp, to teraz już będzie tylko lepiej. Mało tego : skok w jego rozwoju jest na prawdę mocno zauważalny, więc nawet nie wypada mi myśleć inaczej. 

Ale do rzeczy! 
Pokaże Wam, jak wspólnie z logopedą nauczyliśmy Potomka wołać świadomie mamę i tatę.

Mamy u pani Asi taki zeszycik. Na pierwszej kartce wklejone jest zdjęcie Borysa , ma ono na celu pomóc mu zrozumieć co to znaczy "ja" i to, że Borys to właśnie on. Dzieci z opóźnionym rozwojem mowy mają problem także z jej rozumieniem i u nas czasami to widać. 
Zatem zaczęliśmy od fotek. Borys podczas ćwiczeń , a przerabiamy ten zeszyt codziennie, otwierając kartkę z danym zdjęciem musi pokazać paluszkiem na zdjęcie, a potem na osobę, ja ( czy ktokolwiek kto z nim pracuje) jestem lektorem. Mówię : "tu Borys" gdy on pokazuje zdjęcie "i tu Borys" gdy on pokazuje siebie. "tak, tu jesteś TY" -> wskazując paluszkiem na zdjęcie 
"Ja" - przykładając jego paluszek do brzuszka

Teraz doszedł już do takiej wprawy, że w zasadzie palcem operuje sam, ja tylko mówię. Ale początki wykonywania nowych ćwiczeń zawsze są wspomagane przez osobę, którą z nim ćwiczy. 

W taki sposób właśnie nauczył się świadomie wołać mama i tata. 
tu akurat pokazuje Tatę, siedzącego w .. innym pokoju :) 

Wystarczyło z gościem przerobić kilkanaście razy tą część zeszyciku ( to był w ogóle początek naszych zajęć u logopedy, może po drugiej wizycie), żeby nagle go oświeciło, że może nas sam wołać, bowiem do tej pory tylko powtarzał,  gdy go poprosiliśmy, wskazywał również prawidłowo, ale nigdy sam z siebie nas nie zawołał. 

Zeszycik ma sporo kartek :) Ale niestety nie należy on do ulubionych ćwiczeń i zabaw Potomka, zatem ciężko po pierwsze robić foty  (Ojciec ciężko pracuje, żeby Matka mogła pisać bloga :) więc nie ma czasu na robienie nam zdjęć podczas ćwiczeń), a po drugie nie wolno mi rozpraszać ucznia, bo chwila nieuwagi i spierdziela z krzesełka :) 
Będę, co jakiś czas starała się pokazywać, co zawierają kolejne kartki magicznego kajetu :) 

Kolejnym fajnym ćwiczeniem są labirynty. 
Dla Potomka to nowe ćwiczenie, więc nie robi go jeszcze samodzielnie. 
Miał znaleźć drogę od krowy do krowy . Moje niecierpliwe dziecko samodzielnie zrobiło to tak: 

"Poszedł" na skróty po prostu  :) 

Potem ( i myślę, że jeszcze parenaście razy tak będzie ) musiałam chwycić jego rączkę , w której trzymał kredkę i pokazać mu, jak jedna krówka ma dostać się do drugiej krówki. 

To są labirynty, które dla dwulatka są chyba za trudne. Chociaż już sama nie wiem.... 
W każdym razie , mnie chodzi o umiejętność prawidłowego trzymania kredki i po prostu rysowanie esów , floresów. Do tego przy tym ćwiczeniu utrwalamy dźwięki naśladujące krowę oraz samo słowo "krowa", którego na razie jeszcze nie wypowiada :) 
Wzory znalazłam w sieci, wydrukowałam i kseruje na bieżąco. 

I kolejne, fajne ćwiczenie. U nas również nowe. 
Dopasowanie kolorowego przedmiotu do jego cienia. To uczy go spostrzegawczości , musi wskazać dwa takie same kształty. Lepiej nam idzie na kolorowych obrazkach, ale myślę, że to kwestia czasu  - jak z każdym dotychczasowym ćwiczeniem. 
Do tego poznajemy nowe słownictwo. Staram się mu pokazywać  na przedmiotach to, co znajduje się na kartce. Na przykład wygląda to tak : 
"Tu okulary <pokazuje na prawą stronę obrazka> i tu okulary <pokazuję na lewą stronę obrazka> i tu okulary <pokazuję na swoje okulary>"
"Tu parasol <pokazuję na prawą stronę obrazka> i tu parasol < pokazuję na lewą> i tu też parasol <pokazuję przygotowany wcześniej parasol>" 


Łatwiej nam idzie z prostszymi wyrazami, ale podnoszę poprzeczkę powoli :) 


Moim kolejnym celem ( a z panią logopedą przez wakacje się nie spotykamy, więc biorę osobiście byka za rogi), jest nauczenie Potomka wypowiadania słów takich jak : woda, pić, jeść. Bo w tych przypadkach akurat muszę się domyślać, i najczęściej lecę litanią na jego frustrację : 
"Chcesz jeść?" czekam na potwierdzenie lub zanegowanie 
" Pić ?" znów czekam 
"Wodę? " <tak jakby mógł coś innego pić :D >

Trzymajcie kciuki !! 
<jak macie jakieś ciekawe pomysły jak tego dokonać , to będę wdzięczna za każde sugestie :) > 


P.S. Chciałam tylko poinformować Jedną Olę i jej Mamę , że "Bosy" dziś wołał pod waszym oknem "OŁA", więc chyba to nasze kolejne nowe słowo :D 
Buziaki od Bosego :* Wracajcie bo nuuuuuuudyyyy !