Mam pewien dylemat .
Siedzę przed monitorem i przypominam sobie swoje najmłodsze lata, mając na uwadze dzisiejsze zasypianie Potomka. Ale od początku.
Chciałam nauczyć moje dziecko samozasypiania. Wydawało mi się, że jeśli ono zdobędzie tę umiejętność, ja będę się lepiej wysypiać. Skończy się bowiem mizianie i kizianie w środku nocy przez 40 minut co 2 godziny, skończy się wyginanie palców moich rąk, stawanie na nich, gdy Potomek nie ma ochoty spać o 3 nad ranem, skończą się pobudki w oczekiwaniu na podanie ręki mamy czy taty.
To , o czym wówczas myślałam, podyktowane było spojrzeniem na moje potrzeby.
Ale dzisiaj , a dokładniej rzecz ujmując teraz, zastanawiam się , czy wzięłam pod uwagę potrzeby Potomka?
Sięgnęłam pamięcią do swoich dziecięcych lat i, o ile sobie dobrze przypominam, byłam już dużą dziewczynką, gdy rodzice przestali mnie usypiać. Najpierw ta czynność zarezerwowana była dla mamy, a gdy urodził się brat, obowiązek spadł na tatę, gdy pojawiła się siostra, byłam już na tyle duża, że obecność rodzica w łóżku była wręcz niepożądana. Moja pamięć twierdzi, że usypianie było dla mnie bardzo ważne :) pamiętam też, że wędrowałam w nocy do łózka rodziców. No i teraz pytanie klucz : skoro mnie pozwolono cieszyć się bliskością rodziców tak długo, mojemu rodzeństwu, mężowi i większości znajomych, to czy ja, Matka Polka, mam prawo na siłę i dla własnych potrzeb zabierać Potomkowi tą niewątpliwą dla niego przyjemność ( gorzej z rodzicami)? A rozterki biorą się stąd, że od 3 dni łóżeczko stało się wrogiem Potomka. Przestał sam do niego wchodzić i się bawić, gdy po czytaniu bajeczki odkładam go do spania jest płacz i lament. Uspokaja się po kilku sekundach, ale nigdy wcześniej tak nie było, ponieważ wiedział, że usiądę przy łóżeczku i podam rękę, do której mógłby się przytulić. Czy wybrałam odpowiedni moment na takie zmiany ? Wypadek, szpital, stres, frustracja, bunt dwulatka.....i tak dalej. Podjęłam tę decyzję, ponieważ najcięższe dla mnie okazały się noce. Nie miałam siły siedzieć godzinę przy łóżeczku, gdy Boro budził się cyklicznie co dwie. Kiedyś jedna z osób, będąca dla mnie autorytetem w kwestiach życiowo egzystencjalnych powiedziała mi , że dopóki mnie samej jakoś szczególnie nie przeszkadza to , w jaki sposób Borys usypia, śpi i funkcjonuje, to żeby nie kombinować i nie robić nic na siłę. Że jest czas w życiu matki, kiedy tylko "daje" i nie otrzymuje nic w zamian. I tak jest od zarania dziejów i będzie przez kolejne tysiąclecia. Takie jest życie i już koniec, trzeba zaakceptować. Ale to mija... szybciej niż człowiek myśli. Przyjęłam to za pewnik. Dzisiaj nie opuszcza mnie jedna myśl. Mianowicie taka, że wtedy, po szpitalu chyba zbyt egoistycznie podeszłam do sprawy , myśląc tylko o swoim wyczerpaniu. Zapomniałam o potrzebach mojego synka. Wiem, że wg wszystkich poradników ,tych mądrych i tych nieco mniej mądrych, dziecko powinno zasypiać samo. I tu kluczem jest wyraz "powinno". A kto tak twierdzi? Kto o tym decyduje, co dziecko powinno, a czego nie ? Dlaczego mam kierować się zdaniem obcych ludzi , a nie własnym instynktem, skoro ja, stara baba , też czuję przyjemność z przytulenia się do innego ciała , gdy zasypiam i skoro jako matka nie do końca jestem pewna, czy dobrze robię pozbawiając moje Pisklę tego, czego on akurat pragnie - bliskości, ciepła i poczucia bezpieczeństwa na sam koniec jego dnia, podczas zasypiania.. W końcu do cholery, chyba nie będę go usypiać do trzydziestki??
I wszystko byłoby super, gdyby tylko zechciał nie budzić się w nocy :/
Żeby było jasne, nigdy nie wypłakiwał się w łóżeczku, zawsze stałam w pokoju, czekałam, nie wychodziłam, najdalsze miejsce w które zaszłam to był próg :) , gdy płakał , podchodziłam, głaskałam po główce, mówiłam, że jestem, że poczekam do momentu, aż zaśnie..... ale zaburzyłam jego dotychczasowy sposób zasypiania. Po stresie , który go dotknął, naraziłam na kolejny , związany ze zmianą wielce umiłowanego przyzwyczajenia, które dawało mu zapewne wewnętrzny spokój, ukojenie, poczucie bezpieczeństwa, czort wie co jeszcze. Nie mówi, to nie wiem , mogę się tylko domyślać. Do tego przestawiłam łóżeczko o 90 stopni i chyba naważyłam sobie piwa.
Szczerze nie wiem co robić. Brnąć w to dalej, by uniknąć wprowadzania kolejnych zmian, czy właśnie wycofać się z nowego sposobu usypiania i powrócić do dawnych rytuałów. W sumie, samo usypianie nie stanowiło dla nas problemu , najgorsze bywały pobudki nocne. Odkąd zasypia bez dodatkowych bodźców nie budzi się tak często w nocy, ale pojawiła się niechęć do łóżeczka i marudzenie przy układaniu do spania. Zanim zaśnie , choć widzę, że jest mocno śpiący, około 5-6 razy sprawdza, czy na pewno stoję w pokoju, tak jak mu obiecałam. Czuję , że to dla niego jednak jest pewnego rodzaju dyskomfort, a może i nawet brak poczucia bezpieczeństwa? Czy powinnam mu fundować takie "atrakcje"? O kim mam myśleć w pierwszej kolejności w przypadku 18 miesięcznego dziecka? O sobie i zaspokojeniu swoich potrzeb, chociaż w minimalnym zakresie , czy o tym, żeby spełniać tylko i wyłącznie jego potrzeby? Co jest lepsze: wyspana i w miarę wypoczęta matka, czy zasypianie Pisklęcia bez płaczu ? Czy ten płacz kiedyś się skończy ? Co się będzie działo, gdy Boro zostanie przeniesiony do swojego osobnego pokoju? Czy czas "dawania" już się skończył, a przyszła pora na "branie"?
Jakiś wewnętrzny głos podpowiada mi , że zbyt dużo analizuję :)
A instynkt nawołuje do nawrócenia się :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sen Potomka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sen Potomka. Pokaż wszystkie posty
środa, 20 listopada 2013
sobota, 16 listopada 2013
Uczymy się samozasypiać.
Jakoż matka rzekła , tak i zrobiła. Dwie czapki czekają już na Potomka.
Pierwszą prezentuje sam Potomek :
Drugą sztukę mogę pokazać dzięki uprzejmości Krowy ponieważ model śpi ( dzięki Bogu) :
Trzy dni z głowy, praca leży w odłogach, w domu syf, Potomek nigdy nie oglądał tylu bajek , co ostatnio... ale.... czapki na zimę są :D
Muszę jeszcze tylko podszyć je jakimś polarem, tu niestety będzie problem, bo kompletnie nie wiem jak się do tego zabrać :/ Wyjścia mam trzy:
1. wyrwę sobie włosy z głowy, obgryzę wszystkie paznokcie, zarwę kilka nocek, zwyzywam wszystkie przedmioty w domu , ale w końcu nauczę się szyć :) ( co będzie wielkim wyzwaniem i sztuką na skalę światową, ponieważ należę do osób, które nawet guzika nie potrafią przyszyć).
2. wezwę emergency, w tym przypadku Potomkową Babcię, która jest zdecydowanie lepsza w te klocki od matki.
3. dam komuś zarobić i zaniosę do profesjonalistki w tym fachu - krawcowej :)
Jeszcze nie wiem, którą drogę obiorę, muszę do tego dojrzeć, a dojrzewam dość długo, więc może na wiosnę zadecyduję co dalej.
Apropos spania, bo tak mi się własnie skojarzyło. Ostatnio przeżywaliśmy koszmarne noce z Potomkiem. Nie wiem , czy to poszpitalna czkawka, czy rozpoczynający się bunt dwulatka, czy o co cho... To nie istotne. Trwa to od bardzo dawna, a po szpitalu się nasiliło, także pewnie wszystkie czynniki nałożyły się na siebie jednocześnie.
W każdym razie me dziecko postanowiło budzić się co godzinę i nie zasypiać przez minimum 40 minut. Tudzież rozpoczynać dzień o północy albo o 4 nad ranem ( wówczas czulismy wdzięczność, że darowal nam 4 godziny snu, taki hojny ten mój syn, po tatusiu). Nie muszę chyba pisać, jak bardzo podkrążone oczy miałam po tygodniu i opisywać swój trupi wygląd.
Mogę chyba już śmiało powiedzieć, że jestem dumna ze swojego talentu dydaktycznego ( a jednak) . Udało mi się bowiem nawrócić Potomka na odpowiednie tory , co zaowocowało nabyciem nowej , jakże cennej w życiu matki półtoraroczniaka, sztuki SAMOZASYPIANIA :) 18 miesięcy nocnych katorg, 530 poszarpanych pobudkami wieczorów, 12725 godzin zastanawiania się "dlaczego nie śpisz????/ dlaczego się budzisz??? " i ....... ta dam!!!!! Potomek nauczył się spać :)
Co prawda wciąż jesteśmy w trakcie kursu :) ale idzie nam coraz lepiej i każda kolejna noc jest o niebo lepsza od poprzedniej, każdy kolejny wieczór wspanialszy i w większym wymiarze dla matki, a Potomek z każdym kolejnym DNIEM jest coraz to bardziej wypoczęty i uporządkowany. A jedynym pomagaczem w usypianiu jest pozytywka - miś, nie ma już głaskania, miziania, trzymania się za rączki, itd..... I tak ma być! Trzymajcie kciuki, żeby nam się udało, bo to nowy cel w życiu matki .
Tak prawdę powiedziawszy, nasze ukochane i jedyne ( i nie wiem, czy nie na zawsze) dziecko nie było takie straszne. Nigdy go nie usypialiśmy na rękach, nie był też specjalnie wymagający, jeśli chodzi o kołysanki ( tu akurat się nie dziwię, wystarczy posłuchać czasem głosu matki, sama bym nie chciała, żeby mi tak wyto...ykhm... śpiewano ), gdy był mały nie telepaliśmy wózkiem na boki, nie szukaliśmy magicznych sposobów na zasypianie. Jest typem wrażliwca, jeśli zbytnio podekscytował się w ciągu dnia , noce bywały ciężkie. Od samego początku ze snem był "jakiś" problem. Najpierw spał tylko tyle , ile karmiłam go własnomlecznie, więc pierwsze trzy tygodnie jego życia spędziłam ze stołówką na wierzchu przez 24 ha na de. W akcie bezsilności uciekłam do własnej matki, Potomkowej Babci, która pomogła ogarnąć kuwetę. Siedzieliśmy z Potomkiem na wiejskiej hacjendzie 3 miesiące, sytuacja została opanowana na tyle, że można było powrócić na krakowskie włości . Potem było cudownie , aż w 6 miesiącu Potomek się zepsuł. Wtedy zaczęłam pisać blog, więc nie będę się powtarzać, wszystko jest w archiwum :) I na chwilkę udało mi się ujarzmić ssaka, ale potem znów zszedł na złą drogę. Wtedy to jego ojciec wynalazł fantastyczny sposób na zasypianie, mianowicie podawanie mu ręki przez szczebelki łóżeczka. Już wtedy miałam wrażenie, że kiedyś ten "cudowny sposób" zemści się na nas, jednak było nam z tym tak dobrze, że funkcjonowało to do niedawna. Ale z czasem Potomek stawał się coraz mniej delikatny, ręce bywały podeptane, powyginane, pogryzione i podrapane. Trzeba było powiedzieć "stop", gdyż na dłuższą metę traciło to sens.
Marzyłam o chwili, gdy kładę Potomka spać, daję buziaka, wychodzę z pokoju i mam 4 godziny dla siebie, bez przerw na pobudkę, bez poświęcania ręki i poddawania jej Potomkowym torturom, ot.. taki moment w ciągu dnia, kiedy można złapać oddech. Jeszcze nie do końca tak jest , jak sobie wymarzyłam , ale ręka ma się coraz lepiej, nie jest już pomagaczem. Potomek zasypia sam w łózeczku, matka póki co zbliżyła się do progu w drzwiach, może za tydzień będzie już za drzwiami :) Zobaczymy.
Aha.. no i skłamałam... mamy dwa pomagacze. Konik i .... smok. Dwa zwierzaki :) Ale smokiem zajmiemy się potem, na razie nie czuję się na siłach . Na samą myśl o tej trudnej akcji przechodzą przez me ciało dreszcze i oblewają mnie siódme poty :)
Pierwszą prezentuje sam Potomek :
Drugą sztukę mogę pokazać dzięki uprzejmości Krowy ponieważ model śpi ( dzięki Bogu) :
Trzy dni z głowy, praca leży w odłogach, w domu syf, Potomek nigdy nie oglądał tylu bajek , co ostatnio... ale.... czapki na zimę są :D
Muszę jeszcze tylko podszyć je jakimś polarem, tu niestety będzie problem, bo kompletnie nie wiem jak się do tego zabrać :/ Wyjścia mam trzy:
1. wyrwę sobie włosy z głowy, obgryzę wszystkie paznokcie, zarwę kilka nocek, zwyzywam wszystkie przedmioty w domu , ale w końcu nauczę się szyć :) ( co będzie wielkim wyzwaniem i sztuką na skalę światową, ponieważ należę do osób, które nawet guzika nie potrafią przyszyć).
2. wezwę emergency, w tym przypadku Potomkową Babcię, która jest zdecydowanie lepsza w te klocki od matki.
3. dam komuś zarobić i zaniosę do profesjonalistki w tym fachu - krawcowej :)
Jeszcze nie wiem, którą drogę obiorę, muszę do tego dojrzeć, a dojrzewam dość długo, więc może na wiosnę zadecyduję co dalej.
Apropos spania, bo tak mi się własnie skojarzyło. Ostatnio przeżywaliśmy koszmarne noce z Potomkiem. Nie wiem , czy to poszpitalna czkawka, czy rozpoczynający się bunt dwulatka, czy o co cho... To nie istotne. Trwa to od bardzo dawna, a po szpitalu się nasiliło, także pewnie wszystkie czynniki nałożyły się na siebie jednocześnie.
W każdym razie me dziecko postanowiło budzić się co godzinę i nie zasypiać przez minimum 40 minut. Tudzież rozpoczynać dzień o północy albo o 4 nad ranem ( wówczas czulismy wdzięczność, że darowal nam 4 godziny snu, taki hojny ten mój syn, po tatusiu). Nie muszę chyba pisać, jak bardzo podkrążone oczy miałam po tygodniu i opisywać swój trupi wygląd.
Mogę chyba już śmiało powiedzieć, że jestem dumna ze swojego talentu dydaktycznego ( a jednak) . Udało mi się bowiem nawrócić Potomka na odpowiednie tory , co zaowocowało nabyciem nowej , jakże cennej w życiu matki półtoraroczniaka, sztuki SAMOZASYPIANIA :) 18 miesięcy nocnych katorg, 530 poszarpanych pobudkami wieczorów, 12725 godzin zastanawiania się "dlaczego nie śpisz????/ dlaczego się budzisz??? " i ....... ta dam!!!!! Potomek nauczył się spać :)
Co prawda wciąż jesteśmy w trakcie kursu :) ale idzie nam coraz lepiej i każda kolejna noc jest o niebo lepsza od poprzedniej, każdy kolejny wieczór wspanialszy i w większym wymiarze dla matki, a Potomek z każdym kolejnym DNIEM jest coraz to bardziej wypoczęty i uporządkowany. A jedynym pomagaczem w usypianiu jest pozytywka - miś, nie ma już głaskania, miziania, trzymania się za rączki, itd..... I tak ma być! Trzymajcie kciuki, żeby nam się udało, bo to nowy cel w życiu matki .
Tak prawdę powiedziawszy, nasze ukochane i jedyne ( i nie wiem, czy nie na zawsze) dziecko nie było takie straszne. Nigdy go nie usypialiśmy na rękach, nie był też specjalnie wymagający, jeśli chodzi o kołysanki ( tu akurat się nie dziwię, wystarczy posłuchać czasem głosu matki, sama bym nie chciała, żeby mi tak wyto...ykhm... śpiewano ), gdy był mały nie telepaliśmy wózkiem na boki, nie szukaliśmy magicznych sposobów na zasypianie. Jest typem wrażliwca, jeśli zbytnio podekscytował się w ciągu dnia , noce bywały ciężkie. Od samego początku ze snem był "jakiś" problem. Najpierw spał tylko tyle , ile karmiłam go własnomlecznie, więc pierwsze trzy tygodnie jego życia spędziłam ze stołówką na wierzchu przez 24 ha na de. W akcie bezsilności uciekłam do własnej matki, Potomkowej Babci, która pomogła ogarnąć kuwetę. Siedzieliśmy z Potomkiem na wiejskiej hacjendzie 3 miesiące, sytuacja została opanowana na tyle, że można było powrócić na krakowskie włości . Potem było cudownie , aż w 6 miesiącu Potomek się zepsuł. Wtedy zaczęłam pisać blog, więc nie będę się powtarzać, wszystko jest w archiwum :) I na chwilkę udało mi się ujarzmić ssaka, ale potem znów zszedł na złą drogę. Wtedy to jego ojciec wynalazł fantastyczny sposób na zasypianie, mianowicie podawanie mu ręki przez szczebelki łóżeczka. Już wtedy miałam wrażenie, że kiedyś ten "cudowny sposób" zemści się na nas, jednak było nam z tym tak dobrze, że funkcjonowało to do niedawna. Ale z czasem Potomek stawał się coraz mniej delikatny, ręce bywały podeptane, powyginane, pogryzione i podrapane. Trzeba było powiedzieć "stop", gdyż na dłuższą metę traciło to sens.
Marzyłam o chwili, gdy kładę Potomka spać, daję buziaka, wychodzę z pokoju i mam 4 godziny dla siebie, bez przerw na pobudkę, bez poświęcania ręki i poddawania jej Potomkowym torturom, ot.. taki moment w ciągu dnia, kiedy można złapać oddech. Jeszcze nie do końca tak jest , jak sobie wymarzyłam , ale ręka ma się coraz lepiej, nie jest już pomagaczem. Potomek zasypia sam w łózeczku, matka póki co zbliżyła się do progu w drzwiach, może za tydzień będzie już za drzwiami :) Zobaczymy.
Aha.. no i skłamałam... mamy dwa pomagacze. Konik i .... smok. Dwa zwierzaki :) Ale smokiem zajmiemy się potem, na razie nie czuję się na siłach . Na samą myśl o tej trudnej akcji przechodzą przez me ciało dreszcze i oblewają mnie siódme poty :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

