wtorek, 15 kwietnia 2014

Dziewica bezglutenowa

Tak mogłam się określać całkiem do niedawna.
Otóż moi mili. Dzisiaj powstał mój pierwszy , bezglutenowy chleb !! Jestem z niego taka dumna, bo jest po prostu przepyszny. Strasznie się cieszę! Dzięki temu ograniczanie glutenu Potomiastemu już nie będzie tak skomplikowane. Teraz mogę mu dawać chlebek codziennie , tyle na ile ma tylko ochotę :)
Głównemu zjadaczowi oczywiście tak posmakował, że zjadł 3 grube pajdy na kolację! Dla nas szok, bo wcześniej chleba nie tykał, gdy podano do stołu. Co najwyżej chwytał w locie kromkę czy bułkę i spożywał bez dodatków. Dziś zjadł jak człowiek - z dodatkami !
Chleb jest PYSZNY ( chyba się powtarzam ! :) ), wysoki, miękki, z chrupiącą skórką, idealnie wilgotny, o dobrej konsystencji i co najważniejsze, prosty w robocie! Dla mnie, laika i do niedawna narkoglutenowca, kompletnie nie do odróżnienia w smaku od domowego chleba z mąki z glutenem. To jeden z lepszych , jakie zrobiłam samodzielnie. Autorką przepisu jest OlgaSmile, która niesamowicie inspiruje mnie na co dzień swoim blogiem.
Muszę tylko popracować jeszcze nad kolorem jego wierzchniej skórki, gdyż wyszła biała ;-) ale wszystko w swoim czasie!


wtorek, 8 kwietnia 2014

OMC Stylista Fryzur

Ojciec Potomka - jak wspomniałam wcześniej  - inżynier. Ale z duszą artysty :P I przede wszystkim człowiek stąpający po tej ziemi z bardzo mocnym przekonaniem, iż pozżerał wszelkie rozumy świata. :)
To tytułem wstępu.
Rozwinięcie :
Gdy po raz kolejny na placu zabaw pomylono naszego Potomka z dziewczynką zapadła decyzja o pierwszych postrzyżynach.
Myśleliśmy o tym już od bardzo dawna, ale jakoś nam nie było po drodze ( zupełnie jak ze sprawą nocnika i odpieluchowania :) ). Nigdy nie było odpowiedniego czasu, a poza tym, ludzie z nas zabobonni ( w sumie to matka jest wodzirejem w tej kwestii) , więc skoro Potomek nie mówi, to lepiej zostawić jego włosy w spokoju :) Ale przyszła kryska na matyska, czy jakoś tak ...

Jako, że Matka zdaniem Ojca nic nie potrafi dobrze zrobić ;-) a może inaczej... nie potrafi tak dobrze jak Ojciec ( o.. to jest dobry opis sytuacji), OP postanowił sam dokonać zbrodni pozbycia się włosków Pisklęcia . Taki oprawca z niego.

Miał tylko podciąć.. skrócić o centymetr... Znacie to uczucie, gdy wchodzicie do fryzjera i mówicie "Proszę podciąć tylko końcowki!" , a wychodzicie z łysą głową ? No to Potomek chyba dziś się tak poczuł.

Od początku zatem.

Stanowisko fryzjerskie zostało przygotowane. Stołek pod lampą dla klienta, fotel dla fryzjera, nożyczki, woda, grzebień.. Wszystko jest na miejscu. Potomek wystylizowany, obłożony papierowymi ręcznikami i z naciągniętym śliniakiem pelerynką jak na prawdziwy salon fryzjerski przystało. Bajki przygotowane. Czas rozpocząć zabieg.
Ojciec skrupulatnie rozpoczął cięcie. Matka zabawia dziecko jednocześnie próbując opanować ruchy skrętne głową, starając się utrzymać ją pionowo wedle życzenia OP. Pierwsze przymiarki naszego nowego stylisty. Matka próbuje wtrącić dwa słówka, że chciałaby, żeby było tak i tak... Stylista zarządza cisze, jako że musi się skupić na dziele. No dobra! Niechże mu będzie. Tysiąc myśli na raz w głowie matki się przewija, czy zrozumiał co ustalaliśmy? czy wie jak to zrobić ? czy na pewno oglądnął odpowiedni filmik na yt ??

Nagle BUCH!! spada na ziemię pukiel włosów długości 6 cm!!! Matka jak nie wrzaśnie! "Ale moment!!! miało być skrócenie końcówek!!! a tu co to, co to, co to tu do jasnej Anielki spadło.. spadło... spadlooo ??"
"Jakich końcówek ???? Potomek przyszedł do fryzjera , więc fryzjer go tnie! Cicho,bo mnie stresujesz !"
Tnie??? O Potomiasty! To wpadłeś jak twój dziadek przed laty ! ;-)

Kurza twarz! Dziecko łyse wstanie ze stanowiska fryzjerskiego. Padnie trupem jak się w lustrze zobaczy! Matka padnie trupem jak go w lustrze zobaczy! Święty Barnabo! Jakżesz tu z takim na spacer potem wyjść ?? Toż to trzeba będzie po krzakach jeno pomykać, co by nikt nie zobaczył.
Matka zamyślając się tłumaczy sobie, że to tylko parę tygodni, że przecież to nie jej lalka z dzieciństwa, którą jej brat dożywotnio oszpecił wycinając nożyczkami połowę rudych, sztucznych włosków, że Potomek taki śliczny, to może i w nowej, ekstremalnej fryzurze nie będzie wyglądał źle, a w ostateczności kupimy modny kapelusz i też jakoś ujdzie...Nagle BACH!!!! spada kolejny pukiel włosów! Matka ma zawał!

"Cicho kobieto!" przez zęby cedzi stylista. To siedzę cicho, w końcu to stylista. Tydzień czasu ogladał kanały fryzjerskie na yt. Wie co robi!

;-)

Sytuacja powtarza się kilkukrotnie, matka sto razy zamiera. Łzy napływają jej do oczu. Żal cztery litery  ściska. Chociaż tyle, że Potomek siedzi cicho i nie smęci. Dobrze że nie ma lustra przed sobą, bo by tak różowo nie było. Zamykam oczy i widzę tylko to :
http://blog.kamilwojewoda.pl/
Rozumiem Cię dziecko! Też mi przykro! 
Jedno jest pocieszające. Straszono nas , że Potomek będzie się kręcił, będzie wierzgał każdą kończyną, fruwał po ścianach z powodu zalegających na cielsku resztek kłujących końcówek.. a tu proszę... cisza, zero jęknięć, skupienie na bajce. CZAD! Chociaż pewnie dlatego, że żadne końcówki go nie kłuły .... BO TO NIE BYŁY KOŃCÓWKI !!!

No cóż.. pozamiatane... trzeba przyjąć klęskę na klatę. OP stwierdził, że to był pierwszy i ostatni raz. Kolejnym razem Potomek zostanie zaprowadzony do profesjonalnego stylisty ( ciekawe, bo niecałą godzinę wcześniej miałam wrażenie, że takowy stoi przede mną ;-) ) bo to "ciężki kawałek chleba" :)
Trochę opitolony zamiast ostrzyżony, trochę wyszczerbany zamiast wystajlowany, nieco przykrutki....

Zakończenie:
A mnie się nawet podoba :)

Musimy zrobić jakąś bardziej profesjonalną sesję, bo ta była spontaniczna :)








środa, 2 kwietnia 2014

Reorganizacja

Nie wiem od czego zacząć , żeby połowa z Was nie uznała mnie za totalną kosmitkę :)

Może zacznę od tego, że prawie 2 tygodnie temu byliśmy z Potomkiem u logopedy. Tak jak wspominałam, nie możemy się z nim ostatnio coś dogadać :) Potomek jest w tzw grupie ryzyka, ze względu na swojego ojca, który jest szczęśliwym posiadaczem wszelkiego rodzaju dys - dysleksji, dysgrafii, dyskalkulii i Bóg wie jeszcze jakiego "dys", on sam nie jest pewien, ale twierdzi, że dobrze nie jest :) Do tego dochodzi nam wzmożone napięcie  mięśniowe, które miał jako noworodek i które rehabillitowaliśmy do ukończenia 12 miesiąca życia.
Ojciecj Potomka do 3 roku życia nie mówił, potem się rozpędził tak, że niewielu było w stanie go zrozumieć. Pamiętam, że na początku naszej znajomości, po kilku minutach rozmowy telefonicznej, prosiłam, żeby jednak wysłał mi smsa, bo zrozumiałam tylko "Bo wiesz.... brbrrbikhrkhjrkhrkjrh".

Możecie sobie wyobrazić rozmowę.
-"Bo wiesz...hjfdhkhdfkjdkfj"
-Aha....
-"blfjadkajflksjflksdjfsldjflks"
-Oooo... Aha
-"ljdaljdlasjdlsdjflksdjfsdjkfsdkfjskd"
- No coś ty ?!
-"ljfsdjfsdjflsdjflsdflsfksdljf"
- Wiesz co .. nic nie rozumiem... jakieś zakłócenia chyba są.... napisz mi smsa!
Jeb słuchawką !!!
 :)

Z czasem on sam chyba zaczął mówić wolniej , starzeje się, wiadomo, każdy wtedy zwalnia. A może i ja nauczyłam się rozumieć ten bełkot, ot tak po prostu. Przy kontakcie twarzą w twarz nie miałam problemu, po prostu czytałam z ruchu warg ! :)
Chyba mnie zatłucze jak to przeczyta. Gdybym się nie pojawiała dość długo, to .. no wiecie.. mnie nie będzie, stary pojdzie siedzieć , a Potomek zostanie sierotą.. Słabo... ! Ale brnę dalej, co  mi tam :D

Pozostałe dys- chyba mu jakoś specjalnie życia nie utrudniają. Jest inżynierem, więc poematów nie pisze, błędy poprawia mu Word. Liczyć? Już dawno nic nie liczył poza pieniędzmi na koncie, a w zasadzie ich ulatywaniem. Używa kalkulatora, więc ku mojemu nieszczęściu , nigdy się nie sztachnie.
To co ja zauważam na co dzień, to przekręcanie nazw własnych i niektórych słów. Czasem to śmieszne, chociaż może być też męczące, bo potrafi prosić mnie o nóż, a chodzi mu tak na prawdę o widelec i ni huhu nie możemy się dogadać :)

No w każdym razie zmartwiło mnie to, że Potomek ociąga się z mówieniem i miałam wrażenie, że 22 miesięczne dziecko powinno być trochę bardziej wygadane. Do tego dochodziła ogromna nadpobudliwość, agresja, brak koncentracji.  Potomek nie siedzi, nie odpoczywa, nie relaksuje się jak jego ojciec na kanapie. On jest wiecznie w ruchu, jadłby na chodząco, pił na stojąco przebierając nogami , zabawa na siedząco też jest beznadziejna.

Logopeda uznała nas za trudny przypadek. Kompletnie jej się nie dziwię. Potomek miał ciężki dzień wtedy, ale ostatnio ma ich dość sporo, więc dla mnie to nie było nic nienormalnego. Zaleciła wizyty co tydzień. Wstępnie orzekła, że mamy do czynienia z opóźnionym rozwojem mowy. Ale , że spoko - to nie tragedia. Na początek jednak trzeba opanować jego nadpobudliwość i kompletny brak umiejętności skoncentrowania się przez więcej niż sekundę na czymkolwiek, ponieważ w przeciwnym wypadku nie będziemy w stanie przeprowadzić terapii. Czyli etap pierwszy - tzw. behawiorka :)

W międzyczasie dzięki jednej dobrej duszy nawiązałam kontakt z inną duszyczką , która poradziła mi , żebym na samym początku ograniczyła cukier i kazeinę. I powiedziała jakie badania mogę zrobić, żeby wyeliminować przyczyny nadpobudliwości czy dekoncentracji . Powiedziała, że dzięki temu łatwiej będzie wyciszyć Borysa i przygotować do terapii i może behawiorka nie okaże się taka ciężka jak to zazwyczaj bywa. Aczkolwiek ja uważam, że jestem posiadaczką wyjątkowo rozpieszczonego elementu i wcale by mu to nie zaszkodziło. No, ale... pomyślałam "Wchodzę w to!".

Przypomniałam sobie, że dokładnie rok temu gościłam u siebie doradcę od laktacji, a w zasadzie była to pani, a więc doradczyni, która podczas luźnej rozmowy opowiadała mi o tym, czym się zajmuje w życiu poza sprawami dotyczącymi karmienia maluchów. Pani była dietetyczką, ale taką zafiksowaną na zdrowe żywienie. Sama jest na diecie bezmlecznej, bezjajecznej i bezglutenowej, czy jak mawia moja znajoma "bezglutowej" :D Z konieczności, nie z zamiłowania.
Wiedziałam, że wprowadzenie diety poprzedzone jest u jej pacjentów badaniami, w szczególności na nietolerancję pokarmową. U Potomka co jakiś czas pojawiają się jakieś wypryski, wysypki, cuda wianki, do tego wszystkiego próby wątrobowe, które robiliśmy w styczniu wyszły lekko poza normą. Myślę sobie "a co mi szkodzi, zadzwonię!" .

No i udałam się po poradę.
Pani dietetyk wstępnie powiedziała mi co mam zrobić  "na razie", a resztą zajmiemy się po wykonaniu odpowiednich badań w porozumieniu z lekarzem pediatrą, z którym ona współpracuje. No niech będzie.

Stanęło na tym, że będziemy się badać pod kątem nieproszonych gości, takich jak pasożyty i Candida oraz pod kątem nietolerancji pokarmowej, z racji tych wykwitów oraz tego, że Potomek w swej niedalekiej przeszłości przechodził nietolerancję mleka krowiego. Do tego w wywiadzie wyszło na jaw, że budzi się "w nocy koło północy", wierci w łóżeczku, przekręca, mamrocze w nocy, popłakuje przez sen albo budzi się z krzykiem nie do uspokojenia. Wiem, że na to mogą mieć wpływ przeżycia w ciągu dnia i nadmierna stymulacja np telewizorem, dlatego z elektronicznych pudeł powyciągaliśmy kable, żeby sprawdzić, czy jeśli nie ogląda tv to dalej pojawiają nam się problemy. Niestety pojawiają się. Nie uznajemy się za patologiczną rodzinę, chociaż bywało, że talerze fruwały :) ( no cóż.. dwa włoskie temperamenty). Dlatego też postanowiłam pójść za dalszymi radami.

Wykluczyłam sacharozę z jego diety, mleko krowie i produkty mleczne, kozie i w ogóle odzwierzęce. Nieproszeni goście gustują właśnie w takich produktach. Nie będę dziadom , jeśli są, urządzała imprezki kosztem własnego dzieciaka. No fuc...g way !
Własnymi ręcami przygotowuję mleka roślinne. Dziś np. kokosowe ( świetne do kawy , polecam!) :) Ograniczyłam gluten, z racji tego, że zachodzi podejrzenie, że może uczulać. Do wyników badań mamy go ograniczać, czyli np  fundować Potomkowi co drugi dzień totalnie bezglutowy. I tak się staram robić. Wszyscy tak jemy, cała Potomkowa rodzina trzyosobowa. Zakazane dla Potomka produkty wpierdzielamy nocą D:
Jest mi łatwiej gdy i my nie jemy przy nim tego, czego mu nie wolno. Przyznam, że ja przełykam niektóre rzeczy bez gryzienia, bo mi nie smakują :) ale Ojciec i Potomek całkiem się rozsmakowali w takim menu. Ojcu ostatnio podeszły bezglutowe kotlety mielone z indoooora. Twierdzi , że smaczniejsze niż tradycyjne. Dziś będzie bezglutowy schabowy , zobaczymy jakie wrażenie zrobi. A to dla mnie duży sukces bo moja połówka rodem pochodzi ze Ślunska i jego żołądek nie pała z natury miłością bezglutową, zatem cieszy mnie fakt, że udało mi się połechtać tę część wnętrzności mojego męża :)

Zaliczyłam już kilka porażek. Okazuje się bowiem, że z mąk bezglutenowych wychodzi jedno wielkie GIE bez względu na to, co chce z nich zrobić, bez użycia mąki z glutenem czy gumy "cośtam"  :) Ale i do tego dojdę , jeśli  będzie trzeba.

Ponadto , ograniczyliśmy tv i pochodne . I to jest nasz największy sukces! A Potomek też się dość szybko z tym pogodził. Nie pamiętam , kiedy ostatnio "chodził" tv w pokoju dziennym. Nie wiem co się dzieje na świecie :) Ale jakoś mi to nie przeszkadza zbytnio.

Po 2 tygodniach mogę napisać, że mamy nieco inne dziecko. Spokojniejsze, mniej agresywne, przede wszystkim  (wierzę) , że zdrowsze. Zdecydowanie lepiej śpi, chociaż wciąż w nocy koło północy zatacza kręgi w łóżeczku i mamrocze czy popłakuje.
Zostaje nam tylko do ujarzmienia bunt dwulatka, ale na to chyba nie ma recepty :) W przyszłym tygodniu zajmiemy się badaniami. Póki co skontrolowaliśmy jamę brzuszną ( byliśmy na usg) i wszystko jest ok, wątroba też. Więc jesteśmy spokojniejsi.

Na początku było mi żal Potomiastego. Bardzo! Nie mam dalej pewności, czy potrzebna mu taka dieta, ale uznałam, że nie zaszkodzi. Natomiast widząc poprawę własnymi , dużymi , czarnymi oczętami wiem, że dobrze zrobiłam. I już tego nie żałuję. Od braku cukru nikt jeszcze nie umarł. A mleko w każdej chwili mogę wprowadzić z powrotem jeśli okaże się, że to nie ono nam szkodzi. Potomek przeszedł detox, który oduczył go jedzenia wyłącznie białej bułki i serków homogenizowanych, chociaż podejrzewam, że przyzwyczajenie i wręcz uzależnienie od tych produktów jest na tyle jeszcze silne, że gdyby zobaczył taki serek czy Monte, to z pewnością oddałby za nie życie :) Nie mówiąc już o słodyczach, co uważam za swoją osobistą porażkę.

Wymyśliłam nasz własny substytut "serka". Gotuję i miksuję kaszkę jaglana z owocami i dziecię wpierdziela, aż się uszy trzęsą. Z równym zapałem co serek homo, czy inny deser.

Najbardziej ciężko mi z tym calym glutem. To białko wraz z kumplem cukrem są teraz wszędzie , w niemal każdym gotowym produkcie , czasem skrzętnie ukryte w składach, ale wprawne oko matki wszystko wyczai :) Niedługo zrobię doktorat z żywienia, jak babcie kocham.
Gdybyśmy musieli wyeliminować go całkowicie, to chyba sobie palnę, ale żyję nadzieją, że jednak los nas oszczędzi. :)
Niech się jeszcze okaże, że uczula Potomka jajko i już w ogóle będzie pełnia szczęścia w gnieździe. Ostanie się jeno woda i pieczywo chrupkie :)

No i przy okazji :
Macie jakieś pomysły na bezmleczny i bezcukrowy deser z tofu albo posiłek drugośniadaniowy czy kolacyjny ?





środa, 19 marca 2014

Chwila spokoju ....

O matko... jak dobrze usiąść po tak długim czasie i mieć pewność, że jeśli zacznie się post, to będzie go można skończyć tego samego dnia. :)
Witajcie po długiej przerwie!!!!!!! Co u Was???
A u nas ....
Oficjalnie ogłaszam nasz domowy szpital za otwarty! Wczoraj uroczyście przecięłam wstęgę z czerwoną kokardką, gdy swym zgrabnym noskiem zaczął pociągać Potomkowy Ojciec. Już czuję, że to będzie kolejny piękny tydzień, jeszcze piękniejszy niż ten z rotawirusem. Ach.. Skąd tyle szczęścia na raz... no sami powiedzcie ! ?

***** no i to by było na tyle jeśli chodzi o piątkowy wieczór , gdy pisałam ten post :) ********

Musiałam oderwać się od pisania i zamienić się na chwilę z kurę domową. Czekało na mnie pranie - prozaiczna sprawa. Poszłam więc śmiało wieszać je na balkonie, gdy w tym samym czasie Ojciec P miał się nim zaopiekować. Powiesiłam, dumna i zadowolona, że wreszcie pogoda pozwala na rozstawienie suszarki na świeżym powietrzu. Rozmyślalam w tym czasie o wielu sprawach, odlatując myślami gdzieś daleko. Podchodzę do drzwi balkonowych.... ZAMKNIĘTE !! Ki czort???! Stukam, pukam, wołam "Halooooo". Cisza..... Nagle .... za winklem, przy drugich drzwiach prowadzących na ten sam balkon , słyszę jakieś pukanie. Podchodzę... Potomek. Stoi uśmiechnięty i bije sobie brawo , w przerwach stukając w szybę. Najpierw pojawiła się konsternacja...o co kaman?! Po kilku sekundach oprzytomniałam. Tak wiem.. wolno mi to idzie, ale po ciąży nic nie jest już takie proste i nawet mój mózg to wie. A w zasadzie, przede wszystkim ON.
Reasumując, dotarło do mnie, że zostałam uwięziona przez moje dziecko na balkonie. Zerkam przez dziurę w firance cóż się dzieje z Ojcem Potomka i czemu do cholery jeszcze go tu nie ma. Patrzę w strachu, spoglądam, wyginając śmiało swe ciało ( dobrze , że był już półmrok) i co ja do cholery jasnej paczę???? Wyciągnięte syry na łóżku wystające zza lekko uchylonych drzwi do sypialni!!!! Miał się bawić z dzieckiem, a polazł spać. Klasyk :) Tu, najpierw w mojej głowie, a potem na mych ustach, w niemym ułożeniu warg, pojawiło się kilka dość dosadnych wyrażeń, których publicznie nie powinnam ujawniać. A, że łaciną posługuję się dość sprawnie, to łatwo można się domyślić cóż takiego matka wykrzykiwała.
OK... nic tak nie pomaga jak spokój i opanowanie..... Zatem wzięłam kilka wdechów i postanowiłam uporać się z sytuacją. Stwierdziłam, że najprościej będzie zacząć od przekonania syna, że jednak warto jest wpuścić mamusię z powrotem do środka. Dialog przebiegał marnie. Potomek postanowił najpierw pobawić się w kuku , potem w chowanego ( znikł, przepadł, a ja miałam zawał), potem w machanie, puszczanie buziaczków, i samonagradzanie w postaci bicia braw, oklasku i splendoru . EXTRA! Na nic zdały się moje prośby, by okazał mi litość. Na nic stukanie w szybę i próby obudzenia Ojca.
W końcu matka postanowiła przypomnieć sobie kilka sztuczek, których nauczyła się od samego McGyvera dawno, dawno temu. Zaczęła rozglądać się dookoła szukając jakiegoś cudownego narzędzia, coś na zasadzie "Sezamie Otwórz Się", dzięki któremu znów mogłaby się znaleźć w pieleszach własnego M. Drugim okiem szukała jakiegoś miejsca do spania i czegoś do jedzenia. Może wreszcie trzeba będzie zjeść tę zupę, która stoi na balkonie od tygodnia ? :D
Strasznie chciałam wykorzystać umiejętności nabyte podczas oglądania serialu w młodości, ale jednak nic pomysłowego nie przychodziło mi do głowy. Jak wspominałam - efekt uboczny ciąży dotyka mnie do dnia dzisiejszego.
Nagle dostrzegłam, że Potomek zamykając mnie na balkonie nie przekręcił klamki do samego końca. Drzwi są rozwierano uchylne, zatem istniała szansa na pojawienie się w górnej jego części jakiejś szpary dzięki temu niedociągnięciu ze strony zamachowca. Nie myliłam się . Stałam tak przy tej dziurze szerokości 1 cm i wołałam imię mego męża przez dobre dziesięć minut. Prosiłam też Potomka, by poszedł łaskawie po tatusia. Nawet , wyobraźcie sobie, że poszedł. Tyknął go w syrę, ale ten tylko poruszył nią w górę i zaczął girą machać, dając do zrozumienia biednemu dziecku, że nie jest zainteresowany żadną formą kontaktu. Shit happens !
Po kilkunastu minutach Stary się obudził. Podchodzi do okna, odsłania firankę i mówi zaspanym głosem :
- "Po jakiego grzyba zamykasz się na balkonie?! Oszalałaś! "






czwartek, 27 lutego 2014

Przesrane w dosłownym tego słowa znaczeniu.

No to dopadło i matkę....
Pierwszy raz w życiu.. nie wiadomo skąd ( choć podejrzewam złośliwych studentów w ramach zemsty za ciężką sesję :) ).
Grypa żołądkowa - słyszał ktoś coś kiedyś .. coś ????
Gdyby nie fakt, że dzień później poległ Ojciec Potomka, a widzę, że i Pisklę powoli zbiera, to pomyślałabym, że to inna przypadłość :)
Dzięki Bogu dziś czuję się już znacznie lepiej. Od poniedziałku miałam zacząć super , ekstra, fantastyczną dietę... Lodówka pełna, zakupy na tę okoliczność zrobione, tylko szkoda, że nawet patrzeć na nie nie mogę, a co dopiero jeść. W każdym razie - świetny start jak na dietę, co najmniej 2 kg mniej w 3 dni :) Żałuję tylko, że wszystko otoczone takim cierpieniem.
Oszczędzę szczegółów, bo w tym wypadku to wręcz niewskazane. Mam tylko nadzieję, że na luźnych dwójkach u mego Potomiastego się skończy i że mogę sobie śmiało pogratulować decyzji sprzed jakichś 18 miesięcy o szczepionce  p/rota.

Dzisiaj też tlusty czwartek... nigdy nie miałam lepszego !!! :) Nawet nie mogę patrzeć na pączki... ileż to kg mniej to tracenia :)

Oczywiście plany snułam już od zeszłego tygodnia, odszukałam sprawdzone przepisy, zaopatrzyłam się w produkty, miałam zrobić sobie dyspensę w diecie... i duuuupa. Trudno.. może w przyszłym roku.
Także nie pochwalę się dzisiaj pięknymi zdjęciami dorodnych pączusiów z białym paskiem wokół. Ale może Wy coś wrzucicie? Jak tam Wasz tłusty czwartek ??

środa, 29 stycznia 2014

Wyniki Konkursu karnawałowego!!

Było ciężko...z kilku powodów, raz że matka musiała znosić fochy "maszyny losującej", dwa, że maszyna kompletnie nie chciała współpracować, a trzy....wszystkie zdjęcia były tak cudowne, że serce z jednej strony raduje się z wygranych i nagrodzonych,  a z drugiej głęboko ubolewa nad tym, że nagród nie wystarczyło dla wszystkich! Ale... no cóż.. trudno.. matka mogła się liczyć z tym, że po konkursie wpadnie w deprechę, zanim go ogłosiła.

Zaczęliśmy od przedstawienia Szanownemu Jury wszystkich uczestników :

Od razu został wybrany pierwszy zwycięzca!

Następnie przyszła kolej na drugiego zwycięzce: 

I kolejnego : 

Potomek buntuje się po raz pierwszy : 

Po usilnych próbach zachęcenia gościa do zabawy, dochodzę do wniosku, że czas przenieść wszystkich uczestników w inne miejsce : 

Niestety reakcja jest taka : 

a potem taka : 

Po 10 minutach Potomek okazuje kompletny brak szacunku :

i pokazuje gdzie ma moje prośby i zachęty:


Wpadam więc na pomysł : 

i działa !! na chwilę, ale dzięki temu mamy kolejnych zwycięzców : 







Resztę roboty musiałam wykonać sama :) 

Zatem po traumatycznym obradowaniu Szanownego Jury uroczyście ogłaszam listę zwycięzców : 


 Bransoletki Gaami trafiają do : 
Justyny Adamskiej i Patrycji 


Książkę Ewy Bauer "Kruchość jutra" zdobywają 
(w zasadzie to mama zdobywa) : 
Ania Bąkowska i Filip 

Książkę Ewy Bauer "W nadziei na lepsze jutro" odbierze : 
Ania Strączek , która pokazała dzielnego strażaka Franka. 




Książeczka "Bałagan" ufundowana przez Klubo Księgarnię z Krakowa trafia do : 
Agnieszki Kolesińskiej i Mai



Niespodziankę 3D od Tree D Solutions otrzymują : 
Emilia Rosik i Oskarek 




Podgrzewacz do butelek pojedzie do : 
Agaty Jagodzińskiej i Franka 


Kupon rabatowy od mamidadi.pl wygrały:
Asia Łączkowska i Natalka 


Kupon rabatowy wraz z darmową dostawą otrzymują : 
Magda Kus i Wojtuś 


Naklejka ścienna od Wnętrze dla Smyka wędruje do : 
Irminy Jaskuły i Natanka 


Naklejki motywacyjne od MaMy Kalendarz wygrywają : 
Justyna Ostapiuk i Marcelinka 


"Pan Pierdziołka..." od Matki Polki trafia do : 
Ani Wichowskiej i Ignasia



Są też nagrody specjalne, przyznane dla najbardziej urzekających przebierańców. Są to kupony rabatowe od Papijonek. 

Tutaj wybór był piekielnie trudny, ale wspólnie z fundatorem nagrody zadecydowałyśmy ( babskie grono w pełnej krasie, a najważniejszy głos miały dwie urocze księżniczki), że kupony powędrują  do : 

Małgorzaty Surmaj i Eryka 

oraz do
 Małgorzaty Śliwińskiej i Nadii : 

GRATULACJE! 

Wszystkim uczestnikom okrutnie dziękuję za zainteresowanie konkursem.
Gdyby nie Wy, nie byłoby zabawy! 
Nie odbyłaby się ona także bez Szanownych Sponsorów, którym po stokroć dzięki za umożliwienie zorganizowania całej akcji.

Zwycięzców proszę o kontakt, w celu uzyskania szczegółowych informacji na temat odbioru nagrody. 

Dziękówka !!!
Buziaki
MPP
















piątek, 24 stycznia 2014

Wpuścić czy nie wpuścić ? Czyli życiowe rozterki niczym u Szekspira....

Co roku ten sam dylemat..... Wpuścić czy udawać, że nikogo nie ma ? Wyemigrować lokalnie w tym czasie z domu? Czy może być człowiekiem i nad drugim się nie znęcać ?

Matka pochodzi z rodziny bogobojnej... Oj.. tak....! Jakby  tylko Dziadek Potomka dowiedział się, że takie farmazony tu Matka wypisuje i to publicznie, bezwstydnica jedna, to by ją wydziedziczył i zapomniał po wsze czasy. Ale tak się jakoś złożyło , dziwnym trafem, że za bracią kościelną nie przepada. Wyznaję prostą filozofię ( Bóg - tak, panowie w sukienkach - nie), choć sprzeczna jest ona z wiarą, w której matkę wychowano, przyznaję. Jednak z tych czy innych powodów, których opisywać nie będę, po prostu nie czuję potrzeby utrzymywania kontaktu ze Stwórcą za pośrednictwem tych Panów. Są też Panie łączniczki, ale do nich, póki co,  nic nie mam  :) Chociaż pamiętam taką jedną starą raszplę w czarnym welonie, dzięki której o mały włos nie skończyłam z odstającymi na całe życie uszami, a właściwie to jednym uchem ( to bym dopiero była "łoryginalna"). Umówmy się jednak, że nie trzeba chodzić w czerni , żeby być wredną babą, więc .. darowałam.. zapomniałam.. nie ma tematu. Zdarzenie było jednorazowe, kary za grzech nie będzie.

Tak więc dzisiaj sądny dzień.... Cytując klasyka :P :  "Ksiądz proboszcz już się zbliża, już puka do mych drzwi...".
Od rana smsy od sąsiadów :
"Przyjmujesz???"
Cholera :D nie wiedziałam, że aż takie poruszenie w bloku nastąpi :) o 10 rano nie wiedziałam jeszcze jakie będzie moje nastawienie wieczorem do tej sprawy.
 "Pożycz krzyż" - to mnie położyło na łopatki .

Poszła matka grzebać w szafie, by poszukać krucyfiksu. Zajęło jej to chwilę.. o .. got ya!.. dobra... nie jest źle.. nawet nie zakurzony , no i gitara jak to mówią starsi koledzy Potomka z dzielni . Drogi klerze, zbliżasz się coraz bardziej do mych progów, jest szansa w każdym razie. I tak oto, patrząc na to zawiniątko, sięgnęła myślami wstecz i przypomniała jej się pewna historia.

Kilka lat temu, gdy Matka wprowadziła się do swojego poprzedniego mieszkania, będąc jeszcze powabną studentką, akurat przyszedł czas kolędy. Jako, że dziewczę z matki było wówczas figlarne, może nawet jeszcze nie tak antyklerykalne jak dziś, ale diabeł w dupie siedział, to nie zauważyło kartki na drzwiach, że za parę godzin ksiądz proboszcz wybiera się do niej w gościnę. Niechcący , w tym samym dniu, ojciec Matki a Dziadek Potomka, przybył również w odwiedziny. I ten oczywiście kartkę nie tylko zauważył, ale  i przeczytał. Wchodzi dumnie do mieszkania i jeszcze w progu pyta:

"Ksiądz był ??!!!!"
"Jaki ksiądz?Tu? A po co?"
"Dziecko....." - mina nietęga...oj , kiepsko matulu, kiepsko..."No ksiądz...z parafii... kolędę masz dzisiaj!"
"Jaką kolędę ??? Tatoooooo... ale ja świeczki to mam tylko zapachowe, nie mam kropidła.. pieniędzy.....no i co najważniejsze, wody święconej " :D :D :D "Bałagan mam tu, o ! zobacz jaki! no jak?? nieee.... zgaszę światło , posiedzimy, przeczekamy....co?" Sama nie wierzyłam chyba w to , co mówiłam.
"Jak to nie masz kropidła??????????? A to do kościoła nie chodzisz, taaaaak???? Jakbyś chodziła, to byś miała wodę święconą !!! " toż zabłysnął intelektem Skubaniec :P, nie ma co....  no i zbulwersował się okrutnie :) Pomyślał chwilę, para z uszu całkiem wyleciała .... Mówi ...."Dobra, będzie bez kropidła, zrozumie.. wode wlej z kranu - poświęci. Daj krzyż!!".

Żesz psia kostka, motyla noga, i wszystkie inne owady i ssaki..... Krzyż ???????? No toś poleciał stary.  Mam jeden.. z bierzmowania, nawet ładny, taki delikatny .. ale hmm...nie wożę go ze sobą, no ludzie... Gdybym miała wówczas  takich wspaniałych sąsiadów, jakim ja jestem obecnie ( no co .. posłodzić zawsze sobie można, nie ? ) to bym skroiła krzyż w 5 minut, tata nawet by nie zauważył, że to nie mój, tylko pożyczony, no ale szczęście mi wówczas nie dopisało i musiałam stawić czoła rzeczywistości.
"Dziadku przyszłego Potomka, nie posiadam krzyża w domu." ... i tu pominę opis sytuacji, trwało to z 15 minut, uratował mnie przed ostatecznym skarceniem i umoralniającą gadką trwającą godzinami wspomniany wcześniej watykański gangsta.
Wszedł do burdelu ( jak to brzmi), na oburzającą opowieść Dziadka Potomka o braku kropidła, z walizki wyciągnął swoje prywatne, odwalił co miał do odwalenia, w końcu wody nie poświęcił, bo nikt już o tym nie pamiętał ( że też go nie zdziwiło, że kropidła brak, a wodę święconą posiadam...) , popisał coś sobie w kajecie, zgarnął kasę od Dziadka i poszedł. A .. no własnie.... koperty też brakło, ale nie rozumiem jak mój Szanowny Ojciec mógł oczekiwać, że w domu studenckim odnajdzie kopertę .... Po co studentowi czysta koperta? U mnie były tylko te po rachunkach za prąd .

Skutek tego wydarzenia był taki, że parę miesięcy później , pod choinka w ramach prezentu , Matka odnalazła... tak!!!!!..... mini zestaw do przyjmowania księdza po kolędzie :) Takoż i mam kropidło, mam też dwa świeczniki ze świeczkami,  które mają jakąś swoją fachową  nazwę zapewne, mam krzyż stojący i naczynie na wodę święconą ! :D

Styczeń , parę lat później... Matka w objęciach Ojca Potomka. Puk puk....rozlega się stukanie do drzwi. I co ja paczę ???  Miniaturki watykańskiego gangsta w białych komżach. Shit happens... Co robić ? Ojciec cicho mówi na ucho : "Wpuścić, bo ślubu nie da ! " :D
"No, a Ciebie to jak tu wytlumaczę, hę??"
"Zna brata???"
"Nie."
"To pozna!"

Styczeń 3 lata później ...nowe lokum, ta sama parafia... Matka z brzuchem krząta się po domu. Stuk puk.... Ciążowy mózg Matki już dawno sobie odszedł w siną dal, ale ciąg skojarzeń pozostał w pamięci : styczeń, wieczór, choinka świeci, stuk puk, w tle słychać zawodzenie "przybieżeli..."...  dżiiiiiiiiizzzzzzzz..... znowu oni? Co robić ??? Ojciec: "Wpuść , bo nie ochrzczą! " :)

Dwa lata  później...

Matka się nastawiła, kartkę przeczytała, na necie sprawdziła jeszcze raz , upewniając się, kiedy ma gości, posprzątała, koperta jest, zestaw do przyjmowania kolędy gotowy, 10 minut temu oddany przez sąsiadkę z dołu, zatem emocje rosną, Matka oczekuje... Bo Matka to trochę taki człek, że boi się odmówić. A i Panowie w czerni z miejscowej parafii nie zaleźli jej za skórę, nie zaglądają do portfeli, głośno o kasę się nie dopominają, pomagają najbiedniejszym, robią zbiórki, organizują dla dzieciaków różne dodatkowe zajęcia, bez niemoralnych propozycji, takie poczciwe czarne watykańskie gangsta, więc jak już zajdzie drogę to Matka nie splunie, tylko uszanuje... A i na starość Matka mięknie, to pomyślała, że w tym roku cyrku nie odstawi. A poza tym, z Potomkiem ciężko się ukrywać, bo To przecież czujniejsze niż kundel jest, i choćby nie wiem ile bajek obiecywała, ile ciastek dawała i kusiła najlepszymi smakołykami, to i tak paszczy nie zamknie, gdy  ktoś puka do drzwi.
Pojawia się jednak kolejny dylemat. Ile dać ?

Ojciec: "daj dychę ! "
"Oci .. ochu.. oszalałeś???"
"Ślub masz?"
"Mam."
"Ochrzcili?"
"Taaaa..."
"To nic już więcej od nich  nie chcemy...Daj dychę !"

Wyglądam przez wizjer.. o ... miniaturki w komżach już zagospodarowali klatkę.

"E...chłopaki! Macie wodę?"
"Nie prze pani, skończyła się, bo nikt tu nie miał swojej"

Kurna chata.... jakbym mieszkała na parterze, to by nie było problemu. Znowu wyjdę na nieprzygotowaną bezbożnicę, no ale najważniejsze , że kropidło jest :) I krzyż! :)

Wchodzi gangsta. Nawet sympatyczny. Nowy . Nie widziałam go jeszcze. Potem się okazało, że nie taki nowy, bo od sierpnia pracuje w okolicy, no ale.. nie widziałam , to dla mnie NOWY :)


"Woda z kranu prze księdza" mówię.
"Kranówka? Takie lubię najbardziej!"
"Mogę zapodać Żywca jak ksiądz woli."
"Nie trzeba, z takiej też można zrobić świętą."

Luz w ramionka, jedziemy z koksem. Potomek patrzy i z osłupienia wyjść nie może :)

Matka się zestresowała.. klęka się , czy się nie klęka .. ??? Dziadek Potomka to by wiedział .... a tu...? zero kultury i obyczajowości w tym domu. Jedno dłubie w nosie, drugie kręci koła dużym palcem u stopy po podłodze, i ja... chciało by się rzec, cała na biało.. ale nie.. cała czerwona.. Kleknąć do jasnej ciasnej, czy nie??

Watykański gangsta rozgląda się po pokoju.. Cholera, szuka krzyża.. prze księdza.. na stole stoi.. z zestawu.. Dziadek ofiarował, piękny jest! U nas nic innego nie uświadczysz, chociaż kiedyś w ramach prezentu , zaraz po ślubie, dostaliśmy Matkę Boską patronkę Płodności od teścia, no ale niestety zamknęłam ją w szafie, bo o dzieciach wtedy nie myślałam. Mogę wyjąć.... Momencik.  Nie wiem już , czy powiedziałam to głośno, czy tylko pomyślalam, ale nagle człowiek w czarnej kiecce mówi :  "Spokojnie!" . Taka sytuacja ....

Potem już było tylko gorzej. Najpierw Ojciec Potomka rozgaworzył się o jakimś wymienianiu się kolegami i matkami, gdy ja tymczasem biłam w myślach głową o mur....Zestresował się chłopak i chyba mu siadło na mózg już totalnie. "Dziwnie mówisz" zripostował "czarny". Toż to ja tyle lat powtarzam!! To nic nowego prze księdza. Ja mam tak na co dzień i muszę z tym żyć !
Potem wygłaszał peany o tym, jak to nam się świetnie powodzi , a ja przed oczami miałam tylko tą przysłowiową dychę w kopercie.....Wstyd...Trzeba chyba po kryjomu dorzucić jeszcze z pięć razy tyle , skoro tak świetnie nam się wiedzie.
A na koniec, jak już Księdzu był jedną nogą za drzwiami , mając zapewne w pamięci wcześniejszą rozmowę o toalecie, mój mąż, moja druga połówka, ojciec mojego dziecka , 30 letni , wydawałoby się, inteligentny mężczyzna i przyszłość narodu, z dumą ogłosił..."Nie chce się ksiądz wysikać przed wyjściem,? Bo nie wiadomo, czy ktoś inny pozwoli."

Noż ja cię pierdzielę...
I nie wiem z kim życie jest łatwiejsze? Z Dziadkiem czy z Ojcem.....

Tak oto, w "kilku" słowach Matka streściła Wam część swojego marnego żywota :) Nie wiem czy dotrwaliście do końca :) W każdym razie, dziękuję za uwagę.
:)
I miłego weekendu. Z Bogiem :)

Czekam na foty konkursowe!! Jeszcze chwilka i koniec zabawy !!














czwartek, 23 stycznia 2014

Z wizytą u.....

Konkurs w toku, a matka w międzyczasie szlaja się tu i ówdzie :) Opisze Wam jedną z milszych wizyt, która miała miejsce na początku stycznia.

Od razu zaznaczę, że nie jest to post sponsorowany! Gdyż Matka w komerchę nie leci .

Będę pisać o miejscu, które na prawdę bardzo mi przypadło do gustu i z tegoż to powodu chcę zachęcić  mieszkańców Krakowa , a także odwiedzających miasto  turystów do skorzystania z gościnności przesympatycznej właścicielki owej przestrzeni.

Podczas poszukiwań sponsorów do konkursu nawiązałam znajomość z Sylwią Strzelecką, właścicielką Klubo Księgarni, mieszczącej się na krakowskim Kazimierzu, która to bez zbędnych formalności i "niewiadomojakich" znajomości zgodziła się zostać fundatorem nagrody i , jak już pewnie wiecie, ofiarowała na rzecz konkursu książeczkę "Bałagan". To okrutnie fajna i ciepła osoba, która urzekła nie tylko mnie :)

Pewnej soboty wybraliśmy się z Potomkiem po odbiór rzeczonej książeczki.

Miejsce do którego weszłam okazało się być przytulną, niewielką kawiarenką z szeregiem regałów, małym barkiem na końcu sali  i kilkoma stolikami , obok których dziarsko stoją wygodne fotele od Button Design (są na prawdę super wygodne !!). Pachniało świeżo parzoną kawą ...mmmmm.....raj dla duszy matki :)
W ogóle, bardzo urzekł mnie wystrój tego miejsca, widać, że ktoś miał pomysł i włożył w to kupę serca. Jako projektant zwracam na to uwagę i powiem szczerze, w tym przypadku  nie zawiodłam się, bo lokal trafia w mój gust. Czułam się tam bardzo dobrze, ciepło i tak.. po domowemu :)
To taka miejscówka, w której można schować się przed mrozem i zimnem, napić gorącej herbaty czy kawy, przy okazji zagłębiając się w wybranej przez siebie i dla siebie lekturze.  A księgozbiór jest dość bogaty i myślę, że zachwyci nawet najbardziej wybrednego czytelnika. Poza tym Sylwia okazuje się być niezłym głosem doradczym, zna dobrze każdą książkę, którą oferuje.
Moją uwagę oczywiście przykuły dwa regały, jeden z pozycjami dla dzieciaków i drugi z tematyką dotyczącą architektury i sztuki. Nie będę wymieniać konkretnych pozycji, gdyż chce Was zachęcić do odwiedzenia i samodzielnego zapoznania się z tym, co Klubo Księgarnia oferuje swoim gościom.
Jestem pewna, że każdy znajdzie tam coś dla siebie! Zapewniam , że jest w czym wybierać, a oferta jest interesująca i przede wszystkim niesztampowa.

Zapamiętajcie ten adres : Berka Joselewicza 9 !! Koniecznie !! Nie zawiedzie Was ! :)
My z pewnością  tam wrócimy !! 
Jeszcze raz dziękujemy za miłą gościnę !!! 

Potomek od razu zorientował się , który fotel jest najwygodniejszy.  
Obok niego - książeczka zapakowana w prezent od Klubo Księgarni dla Matki Polki - torbę materiałową :) 





Uroczo, prawda ? 

Na końcu sali znajduje się barek......


.....w którym możecie w bardzo rozsądnych cenach zamówić  : 



Zachęcam też do odwiedzenia bloga księgarni : http://kluboksiegarnia.blogspot.com/


Ciekawe kto z Was stanie się posiadaczem ufundowanej książeczki :) ??? Nie mogę się już doczekać wyników  !