wtorek, 4 czerwca 2013

A rok temu.... ;-)

04.06.2012r.
8.00
Dokładnie rok temu o tej porze wchodzilismy na salę przedporodową nr 100 w krakowskim szpitalu Ujastek, po uprzednim zalogowaniu się na izbie przyjęć. Przyjechaliśmy spokojnie, bez pośpiechu, z dzieckiem w brzuchu ;-) termin porodu miałam na 5 czerwca 2012r. Poród miał być indukowany, miałam umowioną położną i lekarza.
Potomek od zawsze musiał postawić na swoim jak widać i nie pozwolił matce zadecydować o tym, kiedy się urodzi. Już bowiem o północy z 3 na 4 czerwca matka poczuła coś dziwnego. Jak się potem okazało - zaczynał się poród. Jako, że matka wcześniej nie rodziła, nie wiedziała do końca czy to JUŻ, czy to po prostu zmyła.  Liczyła dzielnie skurcze, a o 4 postanowiła się wykąpać, bo mówili jej zawsze, że to taki rodzaj testu, jeśli to zmyła, to po kąpieli skurcze miną, jeśli nie - to zabawa zacznie się na dobre. Matka wyszła z wanny, to była pierwsza długa,  gorąca kąpiel od 9 miesięcy. Do tej pory brała krótkie prysznice (nie to, że miała niemalże rok brudasa). Skurcze ani nie ustapiły, ani się nie nasiliły. Matka zwątpiła i znak zapytania pojawił jej się nad rozczochraną głową... Wiedziała że jest sierotą, ale nie przypuszczała, żeby aż taką, co to nie wie czy rodzi,  czy jeszcze nie... Była 5 nad ranem, adrenalina zaczęła już dawno działać, matka była rześka niczym rwący, górski potok. Postanowiła,  że o 7 zadzwoni zapytać kogoś mądrzejszego. Zaczęła od położnej. I tu nastąpił pierwszy zonk, gdyż telefon pani K był wyłączony :-/ postanowiła więc wykonać telefon do lekarza...no cóż... Chyba wszystko było wtedy nie tak,  jak sobie zaplanowała. Lekarz też nie odpowiadał. W końcu po setnym telefonie odebrał zaspanym głosem. Wyjechał!  Nie ma go!!  O litości!!  Nie rodzę!!! Potomku, proszę natychmiast wrócić na swoje miejsce!!!!  Matko, chyba nie wyjechał razem z położną!!!??? Co robić??  Lekarz mówi, żeby jechać do szpitala. No to skoro tak mówi, to jedziemy. Może tam jakoś powstrzymają ten falstart. Co za uparte dziecko!  Jakby nie mogło poczekać 24 godzin, do wtorku. Tak jak matka ustaliła!  ;-) może wezmę nospę - pomyślałam - to się cofnie!  ;-) taaa jasne.
Zebraliśmy bety i w drogę.
Matka się bała okrutnie, stąd te plany i ustawki. Stąd ściskanie nóg i blokada przedporodowa. Chociaż z perspektywy czasu niczego nie żałuje i dziś zrobiłaby prawie ( prawie) tak samo!
Jesteśmy! Wchodzę na izbę. Co mam powiedzieć?  Dzień dobry!  Rodzę?  Hmmm... No chyba tak się mówi... ? Tak też zrobiłam. Nie zareagowali jakoś specjalnie emocjonalnie. Kazali czekać.  Ok. Noł problem, ja mogę rodzić nawet jutro, jeśli chcecie. Z lekarzem i swoją położną. Nie zgodzili się. Cóż...
Najpierw papiery. W międzyczasie telefon od położnej. Nie przyjedzie. Cudownie wprost!  Ale ma koleżankę na dyżurze ( jest nadzieja) .
Badanie. 1 cm. Po byku! To może jednak uda się jutro?  nie zapytali jednak, czy chcę wracać, to się nie wychylałam. Ojciec inżynier, porodów nie odbierał. Może tu jednak bezpieczniej?
Wchodzi lekarz dyżurny. Coś mówi, matka zdaje sobie sprawę, że chyba przygłuchawa się stała. W ciąży zatkało się jej jedno ucho i czasem zmuszona była czytać z ruchu warg. Powiadamia o tym Pana doktora. Ten zaś albo był równie nierozgarnięty jak matka, albo źle ją zrozumiał, bo zaczął pokazywać na migi. Kurna chata!  Matka czyta z ruchu warg, spoko koleś, ale migowego nie zna...!!! Na zawsze pozostanie w mej pamięci pokazywanie przez doktora : rodzi pani, proszę zejść z fotela, ubrać się i usiąść na tym krześle. ( a co się umachał rękami to jego, nie pytajcie jak pokazywał, że rodzę ;-) ). Potem pani położna dała mi dokumenty do podpisania. Pogadałyśmy chwilę,  lekarz się przyglądał jakby ufo zobaczył. I ta mina... To ona jednak słyszy????  Ale chyba nie zrozumiał, bo mówiąc, że teraz mam iść na salę i wyjść tymi drzwiami również się namachał.
Wyszłam posikana ze śmiechu. Yyyy zaraz...a może tak właśnie wody odchodzą....? Ee nie, to nie to!  fuck, co za obciach ;-) pan doktor chyba się już pogubił. Nie wiedział , czy matka jest głucha czy głupia.
Sala 100, wchodzi położna, mówi że będzie z nami rodzić. Świetnie!  Podoba mi się, możemy rodzić. I co?  I znów dziecko postanawia,  że zrobi inaczej niż chce jego matka. Akcja ustała.....
Przychodzi dr kartofel, znaczy się Pyra, ale czy to nie wszystko jedno?  ;-) ustalamy, że rodzimy, na przekór Potomkowi. Ojciec wychodzi po... Śniadanko. Dziad jeden. Ja tu o głodzie, z Pyrą jakąś na dodatek przy łóżku, milion kabli, goły tyłek. A idź w pierony!!!!
Wraca, zadając mi zagadkę. " Wiesz kto tu jest????? " , " Nie wiem, święty Mikołaj do...(piiiiii)  cholery!? " . W duchu myślę, że może mój lekarz, albo położna, ale nie. Odpowiedzią na zagadkę jest mąż przyjaciółki z lat studenckich. Urodziła o 10! Bliźniaczki!  Aaaaa to dlatego nie odbierała telefonu. No nie dziwię się!  ;-)
Ojciec włącza tv. Leci 'Na dobre i na złe '. Wychodzi, bo przyszli pogrzebać trochę w matce. Grzebacze wychodzą, ojca nie widać. Świetnie. Co tym razem ?  Obiadek???
Matka zerka na tv. W Leśnej Górze też ktoś rodzi. Ooo, to tak to się robi?  Ok, szybki kurs, notuj!! Albo chociaż zapamiętaj! 
Wraca ojciec w sam raz na punkt kulminacyjny. Zawahał się, ale widzę, że wchodzi dalej w głąb pokoju. "Tak to się robi!  Już umiem ". Nie zareagował. Za to mówi : " Wiesz kogo spotkałem? " . Kurna, ja tu przechodzę szybki kurs, a on sobie jakieś schadzki urządza!!  "Kogo?? " , "Chinkę że szkoły rodzenia!  " . No extra, super. Toż to wiadomość, wprost news dnia!  Co mnie jakaś Chinka!!?? JA TU RODZĘ!!!  Cierpię!  ( chociaż w sumie tak bardzo nie cierpiałam). 

12:00
Dr Piotr ( nie ziemniak, już inny)  mówi, że coś nam słabo idzie i opowiada o jakimś gazie i dobrym humorze. Panie, ja mam wystarczająco dobry humor już, żadnych gazów, dajcie mi rurkę w kręgosłup i po zabawie!!  Po bolesnym grzebaniu na skurczu, błagalnym wzrokiem spoglądam na położną. "Matko Polko to tylko palec dr Piotra, nie ziemniaka, za chwilę przeciśnie się tędy Potomek." NO WŁAŚNIE WIEM!!!! A CZY NIE MÓWIŁAM ŻE CHCĘ RURKĘ !! GDZIE JEST TEN CHOLERNY ANESTEZJOLOG!!!
Decyzja jest taka, że czekamy na postęp. W przeciwnym razie zero rurek. Fuck! Potomku, no skończ łaskawie co zacząłeś!!!  Inaczej mamusia będzie zła.
Wchodzi ojciec. "Wiesz kogo spotkałem???" Noż szlag by to!  Anestezjologa??? Ten to ma zabawę!!  Gdzie on łazi? 
Przerzucam kanał w tv. "Emergency" , poród, extra. Ciekawe czy ona ma rurkę?!
Dają mi piłkę. "Bujaj się! " woła ojciec. No to się bujam. Wpada położna, znów będzie bolało. 

15:00
Juhuuuu!!! Dadzą mi rurkę!!!  Położna też widzę, zadowolona. Może dlatego, że nastraszyłam ją, a mówiłam całkiem poważnie, że bez rurki wstanę i wyjdę i tyle mnie będą widzieć. ;-)

16:00
Anestezjolog z rurką wparowali na salę. Ufff, jestem w domu. Cudownie!!! 
Słyszę, że po 15 minutach będę w raju. Leżę więc, odpoczywam zastanawiając się jak wygląda raj. 

17:00
Raj nastał!! Błogo, cudownie, miło!!  Nagle mój nie zmącony niczym spokój przerywa rozpoczynający się popłoch. Każą mi wstać i iść. No jak to????  Ale mój raj????!!!!  Słyszę : " Na fotel do 101. Rodzimy!! ". Stary zielony... Cudownie! Czyżby znowu jakaś wycieczka ? 

18.10
Podają mi małego, fioletowego Kosmitę, za grosz nie kumającego czaczy!  Jeezuu, co robicie??  Przecież go upuszczę!!!  "A czemu płaczesz? " takie były pierwsze słowa matki Polki do Potomka. Very smart ;-)

04.06.2013r
18:10
Ot i jest!! Siedzi obok mnie. Mały blondas z węgielkami zamiast oczu i irokezem na czubku głowy. Na piersi bodziaka dzierży napis : "Daddy and I agree Mommy is the Boss " . Mój Mały Bohater!! Mój Synek!
Bez Niego życie, choć pewnie lżejsze, to jednak nie miałoby sensu!  Dziecko, teraz mówi matka twa, słuchajże ( to po krakowsku)  : dajesz mi w kość każdego dnia, codziennie dzięki Tobie zasypiam zmęczona tak, jak nigdy w życiu nie bywałam, ale nie zamieniłabym tego na nic innego - tego jestem pewna!!  Dajesz mi radość  i nadajesz  memu życiu sens!  Jesteś najważniejszy! Kocham Cię Potomku!!

niedziela, 26 maja 2013

Dzień Matki

Dzień jak co dzień, ale mimo wszystko :) : najlepsze życzenia dla wszystkich matek Polek!
Matka obchodzi pierwszy raz to zacne święto, niestety Potomek się nie popisał, w nocy marudził, a na dobre wstał o 5.30  :/ Daję mu jednak szansę....może się jeszcze poprawi :-) 

sobota, 25 maja 2013

Cytaty z poradników cz. 1

Matka ma trochę czasu, więc podczytuje ostatnio same mądre książki :)
Oto fragment jednej z nich, który mnie po prostu urzekł :D

"Trzecie Grono Gniewu niech zilustruje smutne świadectwo młodej mamy, którą nazwę Melanie: 

Jeśli mąż jeszcze raz mi powie, że potrzebuje odpocząć, ponieważ "cały dzień harował" , to wyrzucę wszystkie jego ciuchy na trawnik przed domem, dam na luz w jego samochodzie i będę patrzeć , jak toczy się w dół ulicy, a potem sprzedam cały jego bezcenny sprzęt sportowy za dolara na eBayu. A na koniec go zabiję. On na prawdę nic nie rozumie! Jasne, pracował cały dzień, ale z mówiącymi po angielsku , w pełni sprawnymi dorosłymi przyuczonymi do korzystania z ubikacji.
Nie musiał zmieniać im pieluch , kołysać do snu ani wycierać obiadu ze ściany. Nie musiał liczyć do 10,  żeby się uspokoić, ani po raz 303 243 243 oglądać Barneya, ani też sześć razy na dzień wystawiać cyca, żeby nakarmić głodne dziecko. WIEM TEŻ, że nie jadł na obiad kanapki z dżemem i masłem orzechowym. Miał DWIE piętnastominutowe przerwy na "spacer" , godzinę na wyjście do siłowni  i godzinę w pociągu do domu, w czasie której mógł czytać albo drzemać. 
Więc może nie dostaję wypłaty , może cały dzień łażę w dresach, może biorę prysznic raz na 2-3 dni, może cały dzień "bawię się " z dziećmi... I tak napracuję się więcej w ciągu godziny niż on w ciągu całego dnia. Więc weź sobie swoją wypłatę, wsadź ją sobie do banku, a mnie pozwól łaskawie raz w miesiącu pójść zrobić sobie pedicure i nie słyszeć komentarzy w rodzaju <<Jakbyś poszła do pracy, miałabyś własne pieniądze.>> 

Auć ! I - jeśli wolno dodać - bingo. Ostrzegam: jeśli jesteś mężczyzną, ten podrozdział nie będzie dla ciebie przyjemną lekturą. Ale może być najważniejszą rzeczą, jaką przeczytasz w tej książce. " *

Cóż mogę rzec...? Melanie , z ust mi to wyjęłaś ! :-) Gdyby matka wylewała żółć, zacytowałaby zaprzyjaźnioną kobietę i dodała, że obetnie mu jądra zardzewiałą żyletką.

* John Medina "Jak wychować szczęśliwe dziecko. Wszystko , co powinniście wiedzieć o rozwoju waszego malucha. " (2010r)



poniedziałek, 20 maja 2013

Matka cukiernik !

Czemu ja się zawsze wpakuję w coś , w co nie powinnam !!!!!!???
Jak zwykle chciałam znów pokazać swoją polskość w świecie matek i postanowiłam sama, własnoręcznie upiec tort dla mojego kochanego Potomka na roczek, który to odbędzie się niebawem. Oczywiście zadanie potraktowałam bardzo poważnie, przygotowywałam się prawie miesiąc, czytałam o biszkoptach , sposobach na nieopadnięcie, kremach, masach, dekoracjach, barwnikach, smakach, masach plastycznych, obczaiłam chyba wszystkie internetowe sklepy dla cukierników. Zawzięłam się, bo przecież moje dziecko kończy roczek, a więc JA , Matka Polka powinnam własnoręcznie wykonać dla niego tort. Musi on być piękny, smaczny, niepowtarzalny, oryginalny, najlepszy na świecie !
Jakie szczęście, że postanowiłam odpowiednio wcześnie sprawdzić swoje umiejętności cukiernika ! Można chyba zaryzykować stwierdzeniem, że Matka zdolności plastyczne ma ,   co prawda ma też problem z kadrowaniem (o, tak ! tu przypomina mi się pewna bardzo zabawna historia z lat studenckich w czasie praktyk po pierwszym roku, ale muszę ją niestety ominąć, wtajemniczeni będą wiedzieć o co chodzi i obawiam się , że tylko oni będą uważali historię za śmieszną, no cóż.. trzeba by było tam po prostu być ! :P ) ale na szczęście umiejętność kadrowania  w tym przypadku nie była niezbędna. Rozpoczęłam więc przygotowania do before tortu. Przyszły mi barwniki, pisaki dekoracyjne, zakupiłam marshmallows'y , kilogramy cukru pudru, wynalazłam odpowiedni smak tortu, który będzie smakował wszystkim gościom , obejrzałam wszystkie filmiki na youtube, poczułam się "naumiana"  , nagle ozdrowiałam i dziś postanowiłam zabrać się do pracy. Założyłam fartucha ;-) No i wszystko, jak ta ostatnia naiwna, postanowiłam zrobić sama , od początku do końca. Dobrze, że chociaż nie przyszło mi do głowy siać zboże i rozdrabniać jego ziarno na mąkę !

 I dziś już wiem ! NIE, nie zrobię tego mojemu dziecku !!! Zamiast pięknego , wyrośniętego biszkopta wyszedł mi klocek z zapadniętym środkiem. Na pewno jest pyszny, ale no cóż... gdy wszystkie biszkopty stały w kolejce po urodę, on chyba skręcił nie tam gdzie trzeba i zagubił się po drodze. Pomyślałam sobie.. :"a ... co tam.. następnym razem na pewno wyjdzie lepiej!" Ale to niestety nie koniec. Krem wyszedł w sumie nawet niczego sobie. Zobaczyłam światełko w tunelu i postanowiłam dalej brnąć w tą farsę. Największe problemy zaczęły się przy wykonywaniu masy plastycznej. Jest 23, a ja pół kuchni mam w niebieskiej , klejącej się mazi, którą na prawdę ciężko oderwać od tego, do czego się przykleiła. W połowie odklejania mazi od mebli postanowilam wrócić do swych mistrzów w youtube i nagle okazało się, że nie mogę oderwać tego cholerstwa od rąk !!!!!! Pomogła woda, za to mój kran nie jest najszczęśliwszym przedmiotem w kuchni w chwili obecnej,  zmienił barwę na niebieską.. hmm jakby mu się tak przyjrzeć, to nawet mu do twarzy w tej dekoracji. Jak się można domyślić, część masy wylądowała w kanalizacji. Ale nie.. nie poddaję się ! Nie ja ! Przecież najważniejsze, że wykonam ten tort i te cholerne dekoracje sama. Douczyłam się na podstawie filmików jak ogarnąć powstałą kuwetę  i powróciłam do akcji.
Po pewnej chwili masa plastyczna zostala ogarnięta, lekko stwardniała , przyjęła 1,5 kg cukru pudru :P ( w przepisie jest podana troszkę mniejsza wartość :) ) , ale dzięki temu pozwalała się formować. Rozpoczęłam wałkowanie... niestety , ciepło, które się wytworzyło podczas tejże czynności, zepsuło całą moją misternie wykonaną dotychczasową pracę i wałek utonął w niebieskiej masie :/ Z tym też sobie poradziłam, to wszystko dla mojego dziecka, jedynego zresztą. Matki są w stanie zrobić na prawdę wiele :D Opanowałam kryzys i wałkując, wyobrażałam sobie siebie jako super gospodynię domową, piekącą ciasta dla siebie, rodziny i znajomych. Wyobrażałam sobie zachwyt wszystkich gości i dociekliwe pytania, jak to wykonałam, podziw, blichtr i oklaski. W myślach wędrowałam daleko w przyszłość, gdy przyjaciele zlecają mi wykonanie tortów dla swoich pociech, ojców, matek, mężów i żon. Czar prysł, gdy okazało się, że aby masa wylądowała na torcie, należy ją .. odkleić od blatu. No cóż .. za pierwszym razem się nie udało. Za drugim i czwartym też nie. Gdy wałkowałam masę po raz piąty okazało się, że chyba zbytnio stwardniała i już nie daje się tak fantastycznie formować i modelować. Postanowiłam więc dolać odrobinkę wody... Ja cię pierdzielę !!!! To był koszmar. Cała zabawa zaczęła się od nowa. Kleista maź zajęła swoimi mackami kolejne części kuchni...... Masa przyjęła kolejne 1,5 kg cukru pudru, a blat został naoliwiony resztkami oliwy z oliwek. Ale .. uffff... znów udało się ją rozwałkować. Niestety coś z proporcjami się podziało ( nie dziwota!! ) i w momencie kiedy przenosiłam ją na tort po prostu.. się rozpadła ......zaczęłam więc łatać dziury. Myślę sobie : tu troszkę przygniotę, tu naciągnę, tu nadmiar urwę, tam przykleję, będzie git!
 Aha! Siuuuur :D
Zamiast pięknej, delikatnej i gładkiej masy dekorującej tort , wyszła dziurawa płachta niechlujnie rzucona i dosztukowana na siłę. Popatrzyłam na to cudo , łzy stanęły mi w oczach, pocieszałam się, że moje dziecko i tak nie będzie wiedziało o co chodzi,a gościom mogę powiedzieć, że to celowy zabieg. Brnę dalej ? A jakże !!! Teraz kolej na misia . Przezornie, odłożyłam sobie część masy na tę figurkę wcześniej. Zrobiła się fajna, bardzo plastyczna, lekko przyschnięta, extra.. nadzieja wróciła !
Teraz droga Matko Polko musisz pokazać swój talent artystyczny. Wszystko w twoich zręcznych aczkolwiek grabiastych dłoniach. Jeśli miś się uda, to na resztę nie będą patrzeć :)
Lepiłam tego dziada chyba z 10 razy przez godzinę. Tak strasznie się starałam, ale za każdym razem przypominał inne zwierzę , i z pewnością daleko mu było do misia. Ostatecznie wyszedł jakiś przygrubawy prosiak .. niebieski ( dla niepoznaki rzecz jasna), z wielkim ryjem, mięśniem piwnym, wyłupiastymi oczami i przykrótkimi kończynami. Posadziłam gościa jednak na środku tegoż fantastycznego ciasta i.. zapomniałam, że pod spodem środek jest zapadnięty, tak więc dupa prosiaka zapadła się razem z wcześniej położona masą plastyczną we wspomnianą część ciasta i ugrzęzła . Wtedy wybuchłam śmiechem, bo cóż innego mi pozostało. Mój misterny plan nie wypalił. Nie mogę tego zrobić mojemu Potomkowi ! Zasługuje zdecydowanie na coś lepszego ! :) Na sam koniec przyszedł Ojciec, włożył prosiakowi w łapę wykałaczkę, urwał trochę plastycznej masy i wyciął z niej chorągiewkę, a do ust wsadził wymodelowaną fajkę. Potomku, moje dziecko kochane, mamusia przeprasza !!!!! Na szczęście nigdy tego paskudztwa nie zobaczysz, a tym bardziej nie zapamiętasz. Mamusia napisała już do pani, która specjalizuje się w tortach artystycznych, będziesz mieć najpiękniejszy tort pod słońcem ! Obiecuję ! :)

A teraz niech ktoś mi powie, jak ogarnąć ten syf w kuchni ?!
( może będzie na youtube :P  )

Matko Polko ODDAJ FARTUCHA !!!!

:( 

niedziela, 19 maja 2013

Prątkujemy :-/

Okrutny tydzień...  W środę w nocy Potomek wykazywał początkowe objawy jakiegoś choróbska, we czwartek okazało się,  że gile lecą z nosa jak nutki ;-) piątek był zatem dramatyczny, nic Potomkowi nie pasowało, ani jedzenie, ani spacerki, ani zabawy, nawet zbawienna niekiedy bajeczka "Uki " nie pomagała.  Przylepił się do matki na dobre i postanowił nie puszczać. Niepożądanym skutkiem tegoż przylepienia okazało się choróbsko matki, które ujawniło się już w sobotę rano, a dzisiejszego dnia rano osiągnęło apogeum. Mój Boże.... Nie pamiętam kiedy czułam się tak strasznie. Temperaturę miałam ostatnim razem po porodzie, czyli rok temu, więc odzwyczailam się od tego fantastycznego uczucia. Na szczęście Ojciec się zlitował i pojechał po obiad, gorący rosół postawił matkę na nogi. Czuję, że to coś co jeszcze we mnie stacjonuje nie odpuści zbyt szybko :-( przysięgam że następnym razem albo zalożę Potomkowi papierową torbę na głowę,  żeby nie prątkował,  albo sama będę chodzić w kostiumie kosmonauty. Na dodatek zero litości z jego strony ;-) od rana myślę czego się nałykać, żeby jutro jakoś funkcjonować. Trzymajcie kciuki ;-)

sobota, 18 maja 2013

Matka

Matka się przebadała ostatnio pod kątem wszelkich alergii ( no prawie, jeszcze zostały do zrobienia testy skórne na pleśnie i grzyby oraz ewentualnie pokarmówka). No i wyszło szydło z worka. Ma uczulenie na roztocza... kontaktowo i wziewnie, a także pallad, propolis, nikiel i kobalt.... Brzmi groźnie! ;-) Matka dostała rozpiskę co ma zrobić, żeby wypędzić roztocza oraz jak żyć, żeby skóra ją nie swędziała. Ciężka sprawa... Ponoć trzeba wyrzucić metalowe garnki , porcelanę, barwione szkło, dywany, zasłony, koce, kapy , do tego nie spożywać produktów z puszek, marchewki, ziemniaków, sałaty, szpinaku, orzechów, pomidorów, wody z kranu ( lol!!), kakao, czekolady, herbaty, wina, piwa ( buuuuuuuu.. :( ), fasoli, grochu, śledzi, ostryg, grzybów, cebuli, rabarbaru, kukurydzy, szparagów. Nie dodawać proszku do pieczenia i nie używać grubo mielonej mąki. Ponadto sugerują matce nie kontaktowanie się z : zegarkami, kluczami, guzikami, suwakami, pierścionkami, narzędziami ( oo.. to lubię ! może wreszcie Ojciec sam będzie wbijał gwoździe , i tak matce to nigdy nie wychodziło, mimo dość sporych zdolności manualnych), kolczykami, kluczami, płytkami ortopedycznymi, brzytwami, maszynkami do golenia... ( hmmm.... świetnie, niech Ojciec pomyśli nad zasponsorowaniem laserowej depilacji), oprawkami do okularów zawierającymi nikiel, naczyniami kuchennymi (WTF?!). Matka pyta więc jak żyć ?!Trochę się bowiem pogubiła...Pozostaje jej chyba izolatka , jedzenie w plastikach i picie odżywek w proszku :)W sumie... może trochę schudnie .. (?!)
A co u Potomka ? No jak zwykle.. matka ma pełne ręce roboty, a on postanowił się rozchorować. Także nocki znów mamy z głowy :(

czwartek, 9 maja 2013

Co u nas?

Dawno matka nie pisała.... Dzięki Bogu za Androida i jego aplikację, dziś została zainstalowana na telefonie, być może  matka będzie miała łatwiej z pisaniem bloga ;-)
Sporo się wydarzyło. Ale od początku.
Plan Naprawczy zadziałał!!  Nie zapeszając, wygląda na to,iż Potomek ogarnął się w kwestii nocnego snu i jeśli czasem zdarzy mu się jakiś nocny wybryk to jest to po prostu wypadek przy pracy. Zmniejszyły nam się także pod względem czasowym dzienne drzemki. Potomek wszedł chyba w ten dziwny okres, gdy jedna drzemka to za mało, a dwie za dużo. Nie jest łatwo ;-) ale czy kiedyś było?? 
Dni z dwiema drzemkami skutkują pobudką o 5 rano w dniu następnym, jeśli zaś matka chce pospać do 6-6.30 musi przecierpieć swoje i przetrzymać Potomka w ciągu dnia i położyć tylko raz jedyny spać. Często wybieram wyjście nr 1, ponieważ niewyspany Potomek jest jak głodny Polak - wiecznie wkurzony, sfrustrowany i ze wszystkiego niezadowolony.... To ja podziękuję.... Wolę spać godzinę krócej niż przez 12 słuchać wycia, skomlenia i bawić pomiot szatana.
Ponadto Potomek postawił swoje pierwsze kroki, a zdarzyło się to 3 maja. Jednocześnie okazało się, że niezły z niego cykor, samodzielnie pójdzie tylko wtedy gdy trzyma coś w rączkach. Pewnie wydaje mu się wówczas,  że czegoś się podtrzymuje. Dobre i to na początek.
Skończyły się też czasy stoicko spokojnych spacerów, teraz spacery matkę męczą,  a kiedyś wypoczywała kontemplując uroki krakowskiej smogowej przyrody, obecnie smogowa aura jest nadal ale już brak czasu i sposobności na jej kontemplację, gdyż Potomek niezbyt lubi spokojną jazdę wózkiem, hasło " nie spać, zwiedzać " pasuje do niego jak ulał. Prawdę powiedziawszy matkę to cieszy, okazało się bowiem, że ma bardzo towarzyskie i ciekawe świata  dziecko, ale czeka z niecierpliwością kiedy samo będzie mogło podejść do kolegi lub pozjeżdża samodzielnie ze zjezdżalni. Chwilę jeszcze poczeka ;-)

sobota, 6 kwietnia 2013

Plan Naprawczy !

Od kilkunastu tygodni zmagamy się ze skrajnym wycieńczeniem matki i kiepskim snem Potomka, co oczywiście łączy się ze sobą dość konkretnie i to pierwsze, jak się domyślacie, wynika z drugiego. Jeszcze chwila i deprecha ze strony matki była gwarantowana. Postanowiła więc działać. Zebrała informacje z terenu (czytaj: od bardziej doświadczonych mam), przeanalizowała stan rzeczy raz jeszcze, rozważyła za i przeciw, przeczytała kolejną książkę i doszła do pewnych wniosków. Po kolei więc :

Po pierwsze primo : okazało się, że dziecko głodowało. A Babcia Potomka mówiła matce "Mój wnuk jest głodny, daj mu matko jeść !" . Matka zaś zapierała się , że absolutnie, nie przyjmuje takiej opcji,  przecież Potomek jest jak odkurzacz, chłonie wszystko, puszcza nas z torbami powoli, to nie jest możliwe, żeby był głodny. A w nocy już nie wolno karmić Potomka, bo jest na to za stary i jego nerki i układ trawienny muszą odpocząć od dziennego obżarstwa. Babcia wysłuchiwała tych mądrości ze spokojem, chociaż mam wrażenie, że gdy tylko matka spuszczała z niej swój bazyliszkowaty wzrok, ta przewracała oczami ( NA PEWNO ). Ale nie wtrącała się - za co należy jej się 100 punktów i szacuneczek. Babcia wychowała trójkę głodomorów i płaczków.. ale matka sobie myślała : "co tam ta Babcia wie... jest po 50tce... kiedyś inaczej wychowywało się dzieci.. teraz czasy są inne, matka bardziej świadoma niż Babcia.. (taaa) ... i nie będzie się tu cyrkolić z Potomkiem... jeśli matka mówi, że nie jest głodny, to nie jest i koniec kropka! ".... No i nastał czas, kiedy matka musi podkulić ogon i znów przyznać rację Babci Potomka.
Po wstępnych analizach okazało się, że Potomek spożywa zbyt mało mleka w ciągu dnia ( cholerne karmienie mieszane). Matka dołożyła więc porcję mleka do II śniadania , dodatkowo postanowiła, że dokarmi butlą Potomka na noc, po kąpieli, kolacji i cycu.

Po drugie primo : bardzo możliwe, że Potomek znów ząbkuje. Matka zaczęła podawać więc środki na bolesne ząbkowanie: kropelki, syropek, etc.

Po trzecie primo : matka wycięła metki z piżamek, co by Potomek nie miał żadnych sensownych argumentów do tego, aby chcieć budzić się co godzinę.

Po czwarte primo : matka zadbała o komfort snu, poprzez systematyczne wietrzenie sypialni, odpowiednią wilgotność i temperaturę powietrza, świeżą pościel , odpowiednie światło, a w zasadzie jego brak... itd....

Skutek : 
Pierwszego dnia Potomek obudził się dopiero o 1:30 - od tego momentu było ciężko. Pobudki do 4tej co 20-30 minut. Koło 4tej zasnął na godzinę, potem koło 5tej znów na godzinę i tak dotrwaliśmy do 6:15 . Koniec spania.
Drugiego dnia Potomek dostał więcej mleka modyfikowanego na noc i obudził się po raz pierwszy o 3 ! Wtedy też dostał ponowną dawkę leków. Pospał do 5, dostał jeść i spał prawie do 8mej.
Trzeciego dnia Potomek przebudził się na moment o północy , gdy matka wchodziła do sypialni, żeby oddać się w objęcia Morfeusza, ale udało się go uśpić na kolejne 5 godzin ! Niestety o 5tej postanowił wstać  ponownie i nie dało się już za wiele zrobić. Matka wystawiła stołówkę, a po 30 minutach rozpoczęła dzień razem ze swym kochanym dzieckiem, rozczarowana i zdruzgotana po tym, gdy uświadomiła sobie, że przez ostatnie 20 minut w zasadzie była żywym smoczkiem.... :/ Sięgnęła pamięcią wstecz... człowiek wyspany więcej pamięta i więcej rozumie.. okazało się że taka sytuacja i takie bezczelne traktowanie matki przez Potomka ma miejsce każdego ranka od paru tygodni!

Wnioski : 
Powoli odchodzimy od karmienia piersią.... no trudno... kiedyś to musiało nastąpić, teraz nadchodzi era posiłków z proszku ! :) Przez stres, niewyspanie i skrajne wycieńczenie matka zaczęła mieć pewnie problem z tym i owym i dlatego Potomek się nie najada. A matka nie ma już sił na pobudzanie tego i owego, a więc idziemy po bandzie i kończymy ten mleczny interes.
Potomek jest już dużym , dorodnym chłopcem. Potrzebuje zjeść porządną porcję żarcia, a nie jakieś tam.... no wiecie ... resztki tego czy owego :)

Matka uznaje metodę kontrolowanego wypłakiwania się za BEZNADZIEJNĄ i NIEHUMANITARNĄ .  Przeczytała pewną książkę, wypróbowała na własnej skórze tę metodę , w zasadzie na skórze Potomka i już wie, że nigdy , przenigdy , prze przenigdy nie sięgnie ponownie po to cudo. Na swoje wytłumaczenie może tylko napisać, że tonący brzytwy się chwyta.
Szybko poszła po rozum do głowy i wróciła na dobre tory.

Matka powoli wygania ojca z pokoju, który okupuje od dłuższego czasu. Pokój ten przeznaczony był docelowo dla Potomka , który niebawem go zasiedli. Razem z Potomkiem daliśmy ojcu 3 miesięczne wypowiedzenie. Jakoś to przetrzymamy, ojciec się ogarnie, wyniesie do swej prawdziwej siedziby to co ma wynieść i zwolni izbę dla Pisklęcia, o ! taki mamy plan !


No... to by było na tyle, jeśli chodzi o analizy, obserwacje i wnioski.
Miłego weekendu !!!

Myślmy intensywnie o wiośnie !!! Może wreszcie łaskawie nadejdzie !!! :D 








środa, 3 kwietnia 2013

Matka sprzeda Potomka !

I dopłaci ! :)

Uwaga, ogłoszenie :

Sprzedam lub wynajmę na okres do osiągnięcia pełnoletności ! *
Dorodny, dobrze zbudowany, odżywiony, piękny, uroczy, czarujący. STOP. Blondyn z brązowymi , wielkimi oczami! STOP. Nieprzesypiający nocy, budzący się co godzinę, wyjący. STOP. Wyżerający wszystko z szafek, z wilczym apetytem prawie niemożliwym do zaspokojenia. STOP. Nie potrafiący zabawić się sam, nie nauczony samozasypiania.  STOP. Smoczkowy. STOP. Karmiony mieszanie, mlekiem typu HA drogim jak fix. STOP. Wznoszący ręce do opiekuna i krzykiem wymuszający wzięcie go na ręce. STOP. Nie znoszący się ubierać i rozbierać. STOP. Z siedmioma zębami ( reszta w drodze). STOP. Mijające napięcie mięśniowe oraz nietolerancja mleka krowiego - gratis! STOP. Raczkujący, stabilnie stojący z podparciem. STOP. Siedzi! Robi "papa" a od piątku 29 marca 2013 potrafiący czynić "kosi kosi" , co sprawia mu niesamowitą radość i wywołuje rzadko spotykany uśmiech od ucha do ucha. STOP. Biadolący "ajajajajajajaj dzidzia" . STOP. Wskazuje oczko u misia, wrzuca klocki do wiaderka, mikserka i innych dziurawych zabawek. STOP. Rozmiar 80-86. STOP. Do Potomka dodaję miesięczny zapas soczków, kaszek i mleka. SSSSTTTTOOOPP!!

Anyone????


* Matka żartuje, nie handluje dziećmi, tym bardziej swoimi !!!!!!! Ogłoszenie napisane na potrzeby bloga rozrywkowego :)

środa, 20 marca 2013

Plan dnia matki - czyli info dla wszystkich facetów!

Matka opisze dziś co robi ( zresztą nie tylko ona, ale każda inna zapewne też) w ciągu dnia, co by pokazać bezdusznej płci brzydkiej , jak wygląda dzień i dlaczego nie jest tak, że leży do góry brzuchem, w maseczce na twarzy i plastrami ogórka na oczach, a pięknie wyrzeźbiony Adonis o skórze oliwnej nie podaje jej drinków z palemką.

A więc od początku:

5.30-6.00 : Matka rozpoczyna swój dzień i niestety musi otworzyć lewe i prawe oko, bowiem jedno , jak się wydaje przeciętnemu facetowi - nie wystarczy! Następuje karmienie Potomka, daj Boże, jeśli matka karmi nadal piersią i nie musi po omacku zapitalać do kuchni, żeby podgrzać mleko ! Zatem przy dobrych wiatrach ma jeszcze 10 minut na drzemkę z wyciągniętą na wierzch stołówką.

6.10 - 7.00 : Matka próbuje się zwlec z łóżka. Czasami udaje jej się jeszcze ujarzmić Potomka, który wnosi się niekiedy na wyżyny intelektualne i miewa ochotę na poranną prasówkę, czyli "przeczyta" sobie w samotności jakiegoś Brzechwę czy Tuwima. Niekiedy ratują ją bajeczki puszczane w TV Puls od 6 rano ! Niestety bywa i tak, że Potomek postanawia pokazać, gdzie mama ma oczko, przez 10 minut wbijając swoje małe paluszki w jej oczodoły, ewentualnie zainteresuje się zębami , nie swoimi rzecz jasna, fundując matce poranne czyszczenie uzębienia, próbując wepchać całą swoją rączkę , aż po łokieć w paszczę matki ( i jak tu nie kochać ?!) .

7.00-8.00 : Matka zmuszona jest opuścić alkowę. Następuje poranna toaleta Potomka ( przecież nie matki, matka swoją poranną toaletę czyni .. wieczorem), a więc przewijanie, mycie rączek, buzi, ubieranie, smarowanie, niemowlęcy make up. Potem we dwójkę idą do pokoju dziennego , gdzie jest kącik zabawowy i centrum dowodzenia matki. Następuje rozkładanie zabawek, próba zainteresowania Potomka czymkolwiek, aby skorzystać z chwili nieuwagi i skoczyć do toalety lub zrobić sobie kawę. Co robi w tym czasie ojciec Potomka?
..................................
....................................
...................................
...................................
................................... ŚPI !!!

8:00 wstaje ojciec!

8.00-9.00 : Ojciec przeprowadza poranną toaletę. Co robi w tym czasie matka? Ano.. szykuje jedzenie dla Potomka, który zaczyna otwierać szeroko swój dzióbek i krzyczeć "am.... amm.... am.... am...." uderzając rączkami w ławę , podłogę albo w matkę, ponieważ NAGLE stwierdził, że jest najgłodniejszym Potomkiem na ziemi. Matka w pocie czoła przygotowuje więc potomkowe śniadanie. Czy matka jadła śniadanie? Nie! Matka je śniadanie na kolację.

9.00 -10.00 : Ojciec wyszedł do ciężkiej pracy, matka zaś próbuje zwalczyć kryzys niemowlęcy związany ze snem, bowiem jeśli matka zaczyna usypiać Potomka koło 9tej , to ma jak w banku, że czeka ją 40 minut płaczu, wierzgania nóżkami, rzucania się po łóżeczku niczym opętany przez szatana jegomość. Dlatego matka sobie daruje tę wątpliwą przyjemność i postanawia razem z młodocianym terrorystą przeczekać chwilowy kryzys i rozpocząć usypianie w okolicach 10tej, co w gruncie rzeczy nie jest takie straszne, a nagrodą za kilkanaście ciężkich minut jest zasypianie Potomka w 3 minuty! Uf... śpi... Co robi więc matka?

10.00 -11.30 : Matka ogarnia gniazdo. Próbuje odgrzebać je spod lawiny okruszków, kurzu, piasku pospacerowego przyniesionego w dniu poprzednim  na kołach wózka. Idzie się opłukać wodą, bo na długą, gorącą kąpiel z bąbelkami ( pisząc to, nie mogę się powstrzymać od głośnego śmiechu) musi jeszcze dłuuuuugo poczekać. Matka stara się dbać o siebie na tyle na ile pozwala jej na to czas, aczkolwiek ma wrażenie, że ojciec jest sto razy bardziej zadbany, w końcu to on poświęca godzinę na poranną toaletę, zaś grafik matki przewiduje na tę czynność tylko 5 minut! Tak więc toaleta poranna zaliczona, gniazdo odgruzowane, zmywarka opróżniona, brudne naczynia zapakowane na kolejną turę mycia, pranie posegregowane na kolory, zimna kawa dopita, dwa chrupki kukurydziane zjedzone, poczta odebrana, lodówka przeglądnięta, plan żywieniowy dla ojca i Potomka na dany dzień ogarnięty, lista zakupów zrobiona. 11:29:30 matka siada.

11:30:00  - Potomek kracze... obudził się !

11:30-12.00 : Schemat bardzo podobny , przewijanie, karmienie, wciskanie klocków. Matka żałuje, że nie ma takiej zabawki, która miałaby 100 dziurek, a nie 5 :( Potomek uwielbia wciskać klocki do "dziurawych" zabawek. Ale nie umie sobie ich sam jeszcze włożyć, więc pomaga mu matka. Gdyby tak włożyć 100 klocków w 100 dziurek Potomek miałby zajęcie na co najmniej 15 minut :) Chyba to opatentuję ! :)

12.00-14.00 : a więc klocki wciśnięte, matka ma więc dwa wyjścia, albo znów zatkać dziurki ( po raz setny) i zachęcić Potomka do zabawy albo włączyć bajkę i zacząć przygotowywać siebie i Potomka do spaceru. Wybiera zazwyczaj rozwiązanie nr 2. Tu musi działać szybko! Potomek niestety jest mało cierpliwy, nie znosi nudy, marazmu, braku zainteresowania, samotności. A więc w 10 minut matka ogarnia się w temacie , wynajduje ciuszki, dobiera je kolorystycznie, zestawia wzorami, markami, rozmiarami. O siebie nie dba. Na siebie ubiera byle co, byle szybko :)
Odzież wierzchnia - najpierw wkłada ją na siebie matka, no bo przecież ona może ugotować się jeszcze przed wyjściem z domu ( dżizzzzzz... jak ja nie znoszę zimy pod tym względem, pod wieloma innymi w sumie też jej nie znoszę), Potomek nie znosi się gotować w zimowych kurteczkach. Od razu zgłasza sprzeciw. A więc gdy matka wylewa siódme poty ,Potomek postanawia popłakać albo pouciekać matce , by ta wylała jeszcze więcej potu , a na końcu założyła Potomkowi buty , czapkę i kurtkę. Uff.. udało się, jesteśmy już prawie na zewnątrz. Matka nawet nie patrzy w lustro, bo gdyby się ujrzała to pewnie by nie wyszła, więc dla dobra Potomka, spuszcza zasłonę na lustro i przechodząc obok , odwraca głowę w drugą stronę. Spacerując modli się , by nikogo znajomego nie spotkać.. nie dzisiaj... może jutro, gdy będzie lepiej wyglądać ( taaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!! jasne!).
Matka na spacerze odwala swoje obowiązki kury domowej, czyli zakupy. Taka refleksją ją zazwyczaj nachodzi, czy gdyby teraz pracowała, to czy też zakupy byłyby na jej głowie? I kim by wtedy była ? Matką? Pracownikiem? Szefem wszystkich szefów? Nie.. otóż moje miłe panie ( i panowie) .. matka byłaby po prostu pracującą kurą domową, robiącą zakupy!
Zakupy : muszą się odbyć szybko, a więc lista zakupowa to bardzo istotny element dnia matki. Bez niej matka się gubi, zapomina, denerwuje się i przeklina wszystko, co spotka na swojej drodze. Potomek nie znosi zakupów, jest prawdziwym mężczyzną. Zasada jest prosta. Sklep trzeba odbębnić na samym początku, gdy Potomek ma większą cierpliwość i pełny brzuszek. Im dalej, tym ciężej :) Tak więc matka sprintem gania po markecie z listą, zabawiając przy tym swe dziecko, opowiadając mu o gruszkach na wierzbie i ptaszkach w zoo. Potem z załadowanym po brzegi wózkiem wybiera się na spacer. Matka nie musi się ciepło ubierać, jest koniem ... hmm... pchającym....więc jest jej zawsze za gorąco. Cóż mogę napisać.. spacer z tak ciężkim wózkiem nie należy do przyjemności i mówię o przyjemności matki, nie księcia Potomka, ani króla ojca. Dlatego odkryłam ostatnio , nie wiem czemu tak późno, świetną alternatywę.. zakupy on-line. Przyznam szczerze, że uwielbiam i korzystam regularnie.

14.00-16.00 : Matka wraca ze spaceru i z zakupów. Karmi Pisklę uprzednio ugotowanym posiłkiem lub jeśli jego brak, matka przed wyjściem na spacer kroi warzywa i mięso (trzeba zaznaczyć, że nie kroi ich swobodnie i spokojnie, tylko zazwyczaj z uwieszonym u nogi Potomkiem, który zawsze, gdy czuje jedzenie, dostaje szału, czasami matka mota gościa w chustę, to przynajmniej gwarantuje jej, że nikt jej nie ściągnie gaci, nikt nie rąbnie głową o twardą posadzkę, nikt nie przytrzaśnie sobie paluszków w szufladzie, ani nie ściągnie nieuważnie pozostawionego w ferworze kuchennych rewolucji obiadowych noża na brzegu blatu)  , wrzuca do gara i rozpoczyna gotowanie Potomkowi zaraz po powrocie. Ma 30 minut na zajęcie czymś gościa, a więc co nam pozostaje ? Ano.. wciskanie klocków :D Gdy pyszne niemowlęce jedzenie się gotuje, a Potomek wciska klocki , matka korzysta z okazji i ... nie drodzy panowie, nie maluje paznokci... idzie włożyć wasze gacie do pralki, żebyście mieli co ubrać na tyłek pindrząc się rankiem do swojej ciężkiej pracy !

Przychodzi czas na obiad dla Potomka. Matka swój obiad je na kolację.
Po obiadku istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że Pisklę pójdzie spać na godzinkę, półtorej. Wówczas matka gotuje obiad dla ojca, jeśli ma go już przygotowanego, to drodzy panowie , nie siada na tyłku z nogami w górze, tylko wiesza pranie, ściąga to, które wisiało do tej pory, niektóre matki prasują.... układają w szafkach lub robią tysiąc innych rzeczy, które są w domu do zrobienia, a o których musi myśleć tylko ona.

16.00-17.30 : Potomek na nogach, matka pada z nóg, co 5 minut spogląda na zegar, za chwilę przyjdzie ojciec... będzie lżej. Jeszcze godzinka, 40 minut, 20, 10, 5... ooo.. słychać klucz w drzwiach, hura! "Kochanie, idź sprawdź kto przyszedł" odzywa się do Potomka. Wchodzi ojciec.. głowa rodziny.... mina matce rzednie, bo nagle przypomina sobie, że do domu właśnie wszedł głodny mąż :/ Fuck! A więc ma do wyboru.. albo stać nad kuchnią i odgrzewać obiad, albo jeszcze chwilę zająć się Pisklęciem i .. powciskać klocki, puścić bączka ( nie tego , o którym faceci pewnie właśnie pomyśleli), pokazać misiowi oczko, poczytać Brzechwę, zbudować wieże z klocków, porzucać piłeczką , pogonić się po gnieździe , wydając z siebie dziwne dźwięki, w tym między innymi "akuku" lub ostatecznie rozbawić niemowlaka zabawą w "jak robi Dżanis? Ooooł maaaaj gaaaad! " ( zawsze działa, polecam! :) ). Wybiera różnie.. w zależności od nastroju.

18:00 - ojciec najedzony, zabiera się więc za zwolnienie matki z roli ... matki .. i kury domowej. Zajmuje się Potomkiem. Tenże niestety, akurat wchodzi w swój najcięższy okres w ciągu dnia.. staje się największym maruderem świata, wydaje dziwne dźwięki, czasem płacze, czasem krzyczy... nie ma takiego miejsca w gnieździe , w którym matka może w tym czasie odpocząć, nie słysząc kwęków i jęków.. nawet łazienka się nie sprawdza. Słuchawki i schowanie w sypialni pod kołdrą też nie, ponieważ ojciec i tak przyjdzie , żeby zapytać : "Co mam zrobić? Czemu on jest taaaaaaaaaaaaaki????" JAKI TAKI ?????? WITAJ OJCZE W MOIM ŚWIECIE...! TAKI WŁAŚNIE JEST TWÓJ SYN !

Z radością witam więc 18.30, kiedy to zaczynamy wieczorne rytuały niemowlęce. Najpierw kaszka, co daje nam chwilę ciszy. Potomek zazwyczaj przy jedzeniu nie brzęczy, aczkolwiek zdarzają się różne dni. Czasem np walczy ze śliniakiem, nie wiem.. może mu się kolor nie podoba.. jeszcze nie doszłam do tego, czemu nie chce go mieć na szyi. 

19.00 - kąpiel. Tu stery przejmuje całkowicie ojciec. Matka ma czas na Fakty, czas z Durczokiem czy innym Kamilem stał się dla niej czasem porównywalnym do kawy z przyjaciółką.

19:30 - Matka wkracza do sypialni, widzi wypachnionego, ledwie zipiącego Potomka, i modli się w ciszy, by nagle po włożeniu do łóżeczka nie nabrał ochoty na zabawę, tylko grzecznie usnął.
Ojciec wychodzi, teraz jest  czas jego odpoczynku, matka zaś haruje dalej. Pisklę czasem usypia o 19.45, czasem o 20, czasem o 20.30... bywa różnie. Czasem ojciec zauważając, że matka długo nie wychodzi albo traci cierpliwość, przychodzi na pomoc.

21.00 - czas dla matki ? ALEŻ SKĄD! Przecież trzeba sprzątnąć kuchnię, powiesić pranie, przygotować coś na dzień następny... czasem nadrobić zaległości towarzyskie, zadzwonić do własnej matki, żeby się pożalić, odbębnić poranną toaletę :) Żeby nie było, że nie doceniam - Ojciec również kończy swój czas wolny, rozpoczyna pracę po godzinach...

23.00 - matka padła .

02.00 - pierwsza poważna pobudka ( bo oczywiście wcześniej zdarzają się krótkie przerwy w śnie Potomka, ale zazwyczaj wystarcza podanie smoka). Bywa różnie.. albo zje i pójdzie spać, albo nie zje i pojdzie spać, albo nie zje i nie pójdzie spać.. no.. skomplikowane.

4.00 - kolejna poważna pobudka (pójdzie spać od razu po podaniu smoka lub nie)

6.00 - kolejna.. najpoważniejsza z pobudek... bo ostatnia . Co robił ojciec do tej pory ? SPAŁ ? A co robi teraz?? Śpi !


Kochani Panowie!
Absolutnie nie neguję waszej cięzkiej pracy, absolutnie i bez wątpienia ufam, iż wy również jesteście bardzo zmęczeni.... ale błagam! Nigdy, przenigdy, prze - przenigdy , nie umniejszajcie roli kobiety , która pracuje w domu na co najmniej 2 etatach, opiekuje się nim ,wychowuje dzieci, gotuje wam posiłki, pierze, prasuje, załatwia przy okazji sprawy, których wy nie możecie załatwić bo .. pracujecie. Opisuje dzień młodej matki z małym i jednym dzieckiem. Nawet nie chcę myśleć jak wygląda dzień kobiety z dwójką , trójką czy większą ilością dzieci.... Drogie Panie -chapeau bas !